Bloog Wirtualna Polska
Są 1 202 582 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Dwie gracje

środa, 17 sierpnia 2016 20:10

Album foto

 

Kilka słów dotyczących tytułu. W mitologii rzymskiej Gracje były boginiami wdzięku i radości.
  Pierwsza z nich to u mnie w przenośni Rospuda bardziej niedostępna niż wtedy, kiedy się poznaliśmy w roku 1994.
  Druga - Czarna Hańcza ciągle powabna, ale adoratorów jakby mniej, bo nie ma już zbiorowych wycieczek autokarowych z dużych zakładów pracy. A wtedy przyjeżdżali nie tylko ci, którzy chcieli popływać z wiosłem w ręku. Część chodziła na grzyby, inni łowili ryby w nieustającej rywalizacji. Wszystkich łączyło duże wieczorne ognisko i coś do picia.
Dziś decyduje pieniądz i trzeba samemu dokonywać wyborów zgodnie z własnymi doświadczeniami i preferencjami. Wielbicieli - tych na kajaku mniej, ale bardziej zdeklarownych i świadomych wyboru a nie przypadkowych. Pojawiły się natomiast nowości, kiedyś niedorzeczne, dziś dla mnie obce i niezrozumiałe, ale coraz częstsze. Do tego wrócę.
 O wyborze terminu i trasy zdecdowała właściwie pogoda.Wymusiła również zmianę pierwotnego planu i rezygnację z poznania nowego szlaku. W momencie okienka z lepszą pogodą ruszyłem z Markiem.
Rospudę zaplanowałem wysoko, zgodnie z wieloma opisami od miejscowości Supienie (przed laty zaczynałem niżej z jez Garbaś) Jednak wystartowaliśmy dopiero z Bakałarzewa po tym, jak zobaczyliśmy Rospudę z bliska przejeżdżąjąc przez most w Filipowie. Było tam może 80 cm wolnej wody w zwartym szpalerze trzcin. O wiosłowaniu nie było mowy, kajaki można tylko ciągnąć, więc jak pokonać przesmyki między jeziorami, przez które trzeba przepłynąć zaczynając wyżej ? Myślę, że można rozpoczynać z jez Garbaś decydując sie na brodzenie i holowanie kajaka. Ale to tylko moja sugestia. Magia przewodników od dawna nieaktualizowanych jest pewnie silniejsza od tego o czym piszę.
Te wątpliwości jeszcze pogłębię, bo do Bakałarzewa dopływa kanadyjka, która górny odcinek pokonała w trójkę. Małżeństowo + pies.
Zaczęli od góry z jez. Rospuda nieświadomi z czym przyjdzie im się zmierzyć po drodze.
  - To jak przepłynęli ? - zadaję pytanie.
  - Dzięki żonie - pada odpowiedź.
To ona wyskakiwała na płyciznach, wybierała drogę wg wskazań gpsa, przez trzcinowiska kierowała, przyciągając trzciny. Tylko raz kierował pies, bo w dwójkę musieliśmy odciążyć łódkę, żeby się przedrzeć.
 Ja na kanadyjce potrzebuję ok 15 cm wody za burtą - tyle, żeby włożyć przy burcie wiosło do wody a na kajaku trzeba mieć co najmniej po 1,5 m swobodnej wody z każdej strony.
 Czy to prawda oceńcie sami.
Tymczasem, żeby nie zmarnować reszty dnia jedziemy zobaczyć mosty w Stańczykach. Stąd kilka zdjęć w albumie. Mosty zbudowano przed laty, bez sprzętu, jaki widzimy dziś na wielkich budowach. Projekt był wielkim  wyzwaniem dla projektanów, inżynierów i wykonawców. Dlaczego ten wysiłek podjęto, skoro właściwie niczemu nie służył ? Dziś mosty są własnością prywatną i za opłatą udostępnione dla turystów.
 Święte Miejsce - tam biwakujemy za mostem i za drągiem, bo przed drągiem pani każe sobie płacić za postawienie namiotów na jej terenie. My nie płaciliśmy i nie wiem czy zrozumieli to Niemcy, dlaczego oni musieli płacić a my nie. Może uznali, że to dodatkowe konsekwencje za przegraną pod Grunwaldem i zapłacili.
 W tym miejscu kiedyś przy polowym ołtarzu, na św. Jana odprawiano mszę. Szukam  toy-toja, szukam śmietnika. Niemcy też szukają. To wszystko będzie - gdy tylko nadleśnictwo albo wójt gminy zrozumie, że dziesiątki turystów  odwiedzających to miejsce kajakami i samochodami ma też bardziej przyziemne potrzeby.
Rospudę kończymy w Augustowie.

Przewozimy się na Czarną Hańcze i nocujemy w Wigrach nad Wigrami. Trafiamy tam na dzień przed Światowym Dniem Młodziedzieży. Obok dawnego klasztoru kamedułów na specjalnie urządzonym parku dla Jana Pawła II który tu nocował w roku 1999, trwają uroczystości religijne. Dopiero wieczorem, kiedu odjechały autokary z pielgrzymami, robi się swojsko, cicho i spokojnie. Przychodzi właściciel łąki nad jeziorem i dogadujemy się w sprawie opłat za pobyt. Następnego dnia dopływamy do stanicy we Frąckach. Po drodze mijamy kilka miejsc, których właściciele żądają opłaty (2 - 3 zł) za wyjście na brzeg. NIE PŁACIĆ ! ! ! i nie korzystać z żadnej ławki, zadaszenia itp. Nie dajmy się zwariować i zastraszyć - wyjść na brzeg możemy w każdym, dowolnym miejscu. W przypadku konfliktu trzeba sie powołać na przepisy prawa wodnego i wezwać policję, gdy dochodzi do agresji. Wychodząc na brzeg nie naruszamy niczyjego prawa własności.
 To najważniejszy dla nas i wędkarzy przepis tego prawa:

 Art. 27. 1. Zabrania się grodzenia nieruchomości przyległych do powierzchniowych wód publicznych w odległości mniejszej niż 1,5 m od linii brzegu, a także zakazywania lub uniemożliwiania przechodzenia przez ten obszar.
To, że to prawo nie jest egzekwowane nie oznacza, że nie obowiązuje bogatych.
 We Frąckach duży ruch. Kajaki tych, którzy tu kończą ładowane są na przyczepy. Ci, którzy płyną dalej kanałem do Augustowa rozbijają namioty. Powodzeniem cieszą się również domki rodem z głębokiego PRLu w cenie 22 zł za dobę. Siermiężne, ale prawie wszystkie zajęte. Teraz jest tu również restauracja a z tarasu jest ładny widok na rzekę płynącą w dole.
Kiedy przepływam obok stanicy w Jałowym Rogu szukam bani, z której kiedyś korzystaliśmy. Piec był na zewnątrz, tam rozgrzewano kamienie, które później przetaczano do wewnątrz domku. Siadało się na ławkach ustawionych jak w amfiteatrze. Oczywiście na górze oddychało sie najtrudniej, bo co jakiś czas łyżką wazową ktoś polewał kamienie wodą. Buchały wtedy kłęby pary wodnej, niewiele było widać, wszyscy się bardzo pocili. A później wybiegaliśmy z bani i z pomostu skakało się do Cz. Hańczy. Pamiętam do dziś ten szok termiczny. Bania stoi nadal na dole przy rzece chociaż widać, że już od dawna nie jest używana i zdewastowana. Ale wspomnienia pozostały. Mijamy ok 15 kajaków Białorusinów, którzy wracają do siebie, więc przyspieszamy, żeby na pierwszej śluzie na nich nie czekać.
Rozwidlenie w Rygolu za odejściem na Szlamicę i mostem jest oznakowane. W prawo przez Kan. Augustowski i 7 śluz (w tym jadna dwukomorowa) można dopłynąć do Augustowa. My płyniemy w lewo w stronę Białorusi. Mamy przed sobą dwie śluzy w Tartaku i Kudrynkach. Obie zostały niedawno zmodernizowane i odnowione. Na drugiej śluzie zgłaszamy do SG,.że chcemy dopłynąć do śluzy Kurzyniec. Taki obowiązek wynika z tego, że przez 1,7 km znajdziemy się na granicy Polski i Białorusi. Punkt wpłynięcia na granicę jest łatwy do rozpoznania, stoi tam słup graniczny a na białoruskiej stronie są maszty z kamerami. Budowę śluzy w Kurzyńcu zakończono w roku 1829, w roku 1939 została zniszczona. Onowiono ją w roku 2007, dziś robi ogromne wrażenie. Przede wszystkim wielkością i infrastrukturą. Jest tu zwodzony most uławiajacy w szczególnych wypadkach szybkie przekroczenie granicy. W okresie wakacyjnym czynne jest graniczne przejście turystyczne. Otoczenie ładnie zagospodarowane, wiele osób przyjeżdża tu, żeby dojechać na koniec Polski to wszystko zobaczyć. Mimo pomostu bardziej odpowiedniego dla większych jednostek, szukamy łatwiejszego wyjścia poza strefą kontroli. Biwakujemy na górze przed wjazdem na śluzę, obok ładnych domków, bo jest już bardzo późno. Na drugi dzień (z grzybami) wracamy do domów.
 Obie rzeki polecam dla początkujących czy mniej wprawnych, dla rodzin, które z dziećmi chcą przeżyć coś niezwykłego, przygodę. Woda w obu rzekach jak w Krutyni - krystalicznie czysta, obserwować można wszystko co w niej żyje. To pozostaje w pamięci.
Album foto
Bardzo żałuję, że już nie działa portal Picasa web, przejęty przez Google, na którym do tej pory zamieszczałem bardzie czy mniej udane zdjęcia. Te gorsze (mając tego świadomość) również publikowałem, jeżeli w moim zamyśle miały ilustrować to o czym piszę, lub obrazować szlak, abo pomagać w jego planowaniu. Z tego spływu pojawią się zdjęcia (mam nadzieję, bo zmagam się już z oporną materią) w nowej wersji, pewnie bez lokalizacji, która dla nas jest ważna a opis trzeba wywołać. Zawsze można jednak o coś zapytać przez umierające GG ew na Facebooku, którego nie lubię.
Pozdrawiam wszystkich, którzy realizują swoje pasje.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zestawienie przepłyniętych szlaków

sobota, 21 maja 2016 20:43

 

 

Mapa szlaków zbiorcza kliknij tu, żeby ją otworzyć

 

 Po kliknięciu w miejsce startu oznaczone kółeczkiem pokaże się link do trasy wybranego spływu (nowsze z podziałem na etapy dzienne) Jeżeli punkty startowe nachodzą na siebie - trzeba powiększyć mapę. Przejście do opisu wybranego spływu przez kliknięcie na jego numer. Po prawej i na dole strony jest łącze do wpisów początkowych. 

 

 Nr

Data

km

Szlak

Trasa

Mapy

1

24–30 06 1979

86

 Puszcza Borecka, Łaźna Struga

Czerwony Dwór - Tama k. Rajgrodu

Mapa

2

18–25 05 1980

65

 Pojezierze Brodnickie

Bachotek - jez. Ciche - Iwanki jez. Wielkie Partęczyny - Bachotek

 

3

24–30 06 1980

98

 Puszcza Borecka, Łaźna Struga

Czerwony Dwór - Stare Juchy -Tama 
koło Rajgrodu

 

Mapa

4

30-08 - 06-09 1980

114

Pojez. Iławsko-Ostródzkie

Stare Jabłonki - Iława

 

5

9–11 05 1981

78

 rzeka Warta

Burzenin - Uniejów

Mapa

6

23–31 05 1981

125

 rz. Drwęca i Pojez. Brodnickie

Nowe Miasto - Iwanki - Bachotek ośrodek UMK

 

7

10–18 07 1981

160

 rzeka Brda

Charzykowy - Bydgoszcz

Mapa

8

17-07 - 1-08 1981

72

 Jeziora Mazurskie

Giżycko - Pisz

 

9

30-08 - 5-09 1981

114

 Pojezierze Ostródzko-Iławskie
 rzeki Iławka i Drwęca

Stare Jabłonki – Iława
dodatkowo z Iławy do Brodnicy

 

5–9 10 1981

108

 

10

29-04 - 1-05 1982

102

rzeka Drwęca

Brodnica - Toruń

 

11

30-05 - 12-06 1982

191

rzeka Wel i Drwęca, 
Pojezierze Brodnickie

Tuczki - Nowe Miasto - Bachotek - Iwanki - Bachotek

 

Mapa

12

4–11 07 1982

127

rzeka Krutynia

Sorkwity - Ruciane Nida

Mapa

13

19–27 05 1984

145

rzeka Omulew

Miłuki - Ostrołęka

Mapa

14

29-06 - 7-07 1985

105

rzeka Krutynia

Sorkwity - Ruciane Nida

Mapa

15

7–14 06 1986

119

Jeziora Mazurskie

Jez. Gołdopiwo - Mikołajki

Mapa

16

5–16 07 1986

150

rzeka Wda

Lipusz - Tleń

Mapa

17

16–24 08 1986

107

Kanał Elbląski

Elbląg - Tarda - Miłomłyn - Małdyty

Mapa

18

12–14 09 1986

70

rzeka Wkra

Dziektarzewo - Modlin

Mapa

19

30-05 - 6-06 1987

155

Pojezierze Ostródzko-Iławskie,
 rzeka Drwęca

Iława - Ostróda - Brodnica

Mapa

20

12–22 07 1987

128

rzeka Rega

Łobez - Mrzeżyno

Mapa

21

2–15-08 1987

171

rzeka Czarna Hańcza

Augustów - Serwy - Bryzgiel -Augustów

Mapa

22

11–19 06 1988

144

rzeka Ełk, kanał Rudzki, Biebrza, kanał Woźnawiejski

Ełk - Goniądz - Rajgród - Stacze - Szeligi

Mapa

23

4–10 06 1989

139

rzeka Czarna Hańcza

Augustów - Serwy -Bryzgiel -Augustów

Mapa

24

14–21 07 1990

96

Jeziora Mazurskie

Giżycko - Cierzpięty - Giżycko

Mapa

25

29-07 – 9-08 1991

196

rzeka Drawa

Czaplinek - Nowe Bielice

Mapa

26

13–20 06 1992

105

rzeka Krutynia

Sorkwity - Ruciane Nida

Mapa

27

1–8 08 1992

105

rzeka Łupawa

Jasień - Rowy

Mapa

28

11–13 07 1993

61

rzeka Biebrza

Lipsk - Dolistowo

Mapa

29

26-06 - 3-07 1994

130

rzeka Obra

Kopanica - jez Kursko

Mapa

30

23–28 07 1994

97

rzeka Rospuda i Biebrza

Mieruniszki - Dolistowo

Mapa

31

29-09 - 1-10 1994

36

Jeziora Raduńskie

Wieżyca - Stężyca - Łączyno - Wieżyca

Mapa

32

24-06 - 2-07 1995

131

rzeka Radew i Parsęta

Żydowo - Kołobrzeg

Mapa

33

22–06 1997

32

Wisła

Chełmno - Grudziądz

Mapa

34

3–16 08 1997

300

Pojezierze Brodnickie, 
rzeka Drwęca i Wisła

Jez. Robotno - Brodnica - Toruń - Chełmno

 
Mapa

35

1–14 08 1999

300

Pojezierze Brodnickie, 
rzeka Drwęca i Wisła

Jez. Robotno - Brodnica - Toruń - Chełmno


Mapa

36

15–06 2002

23

rzeka Drwęca

most Pusta Dąbrówka - Golub Dobrzyń

Mapa

37

1–4 05 2003

84

Pojezierze Brodnickie

Bachotek - jez Ciche - Łąkorz - Brodnica

Mapa

38

19–22 06 2003

108

rzeka Drwęca

Świecie - Młyniec II

Mapa

39

19–20 09 2003

80

rzeka Pisa

Pisz - Nowogród

Mapa

40

29-04 - 3-05 2004

138

rzeka Wkra

Działdowo - Glinojeck

Mapa

41

9–4 06 2004

192

rzeka Wkra i Wisła

Glinojeck - Modlin - Płock - Dobrzyń nad Wisłą

Mapa

42

19–28 08 2004

230

rzeki  
1. Gwda, 2. Piława 
3. Rurzyca

1. Wierzchowo - Dobrzyca, 
2. Sikory jez. Komorze - Dobrzyca, 
3. Trzebieszki - Dobrzyca

 

Mapa

43

30-04 - 6-05 2005

160

Rzeki Sidra i Biebrza

Siderka - Wizna nad Narwią

Mapa

44

7–10 08 2005

33

rzeka Skrwa prawobrzeżna

Skrwilno - Rachocin

Mapa

45

12–15 05 2006

106

rzeka Drwęca

Piławki - Tama Brodzka

Mapa

46

27-06 - 2-07 2006

204

rzeka Narewka i Narew

Narewka - Wizna

Mapa

47

25–29 07 2006

124

Pojez. Brodnickie, rzeka Drwęca

Bachotek - jez. Ciche - Iwanki - Golub

Mapa

48

8–17 06 2007

278

Kanał Elbląski, rzeka Drwęca

Jez. Ruda Woda - Brodnica - Młyniec

Mapa

49

19–27 06 2008

338

rzeka Biebrza i Narew

Rogożynek - Pułtusk

Mapa

50

11–15 07 2008

118

Rzeka Zbrzyca i Brda 
Wielki Kanał Brdy

Jez. Dywańskie - Mylof, 
Konigort - jez. Duk - Konigort

Mapa

51

28-07 - 2-08 2008

218

rzeka Pilica

Maluszyn - Warka

Mapa

52

19–24 05 2009

126

rzeka Liwiec i Bug

Chodów - Wyszków

Mapa

53

15–24 06 2009

540

rzeki Drwęca, Wisła, Szkarpawa, Nogat, kan. Jagielloński,
kan. Elbląski, Drwęca

pętla kajakowa Brodnica - Toruń - Grudziądz - Tczew - Elbląg - Ostróda - Brodnica



Mapa

54

13–20 07 2009

194

rzeka Brda

Świeszyno - Koronowo

Mapa

55

7–12 06 2010

185

rzeka Orzyc, Narew, Zalew Zegrzyński, Kan. Żerański, rzeka Czarna

Janowo - Stanisławów

 
Mapa

56

26-06 - 4-07 2010

105

rzeka Słupia

Sulęczyno - Ustka

Mapa

57

11–25 07 2010

603

rzeka Bug

Gołębie - Serock

Mapa

58

9–15 08 2010

163

rzeka Wda

Lipusz - Tleń - Żur - Tleń

Mapa

59

30-04 – 3-05 2011

56

rzeki Dadaj, Pisa Warmińska, Wadąg

Dadaj – elektrownia Wadąg

Mapa

60

21–24 05 2011

58

rzeka  Liwa

Kamieniec - Kamionka

Mapa

61

15-06 – 3-07 2011

110

rzeki Pokrzywna i Wieprza

Trzebielino - Darłowo

Mapa

62

13–24 08 2011

376

rzeki Krutynia, Pisa i Narew

Bałowo - Serock

Mapa

63

30-05 – 1-06 2012

47

kanały Ostródzki, Elbląski i Iławski

Buńki – początek jez. Jeziorak

Mapa

64

29-06 – 9-07 2012

165

rzeka Gauja i etap na Wigrach

Jaunarji k. Enertiis – jez. Dzirnezers, jez. Wigry

 Gauja Wigry

65

26–31 07 2012

131

Jeziorak i odnogi, rzeka Iławka, Drwęca

Szałkowo – Nowe Miasto Lub.

 Mapa Tabela

66

26-09 – 2-10 2012

140

rzeka Orzysza, Pojezierze Mazurskie

jez. Buchta k. Ruskiej Wsi - Cierzpięty

 Mapa Tabela

67

17–22 05 2013

95

rzeka Liwa, Nogat i Zalew Wiślany

Liwa Piekarniak - jaz Białki; Stara Góra - Krynica M.

 Liwa M1 Tabela

68

13–16 06 2013

110

Nogat, Zalew, rzeka Tuga, Szkarpawa

Elbląg - Nowy Dwór Gd - Gdańsk

 Mapa Tabela

69

15–19 07 2013

153

szlak związany z rzeką Noteć

Licheń - Bydgoszcz

 Mapa Tabela

70

16–24 08 2013

167

rzeki Tanew i górny Wieprz

Tanew - Paary – Harasiuki; Wieprz - Hutki – Nielisz

 Tanew Wieprz

71

20–22 09 2013

45

rzeka Węgorapa

Węgorzewo - Mieduniszki

Mapa

72

3–5 07 2014

36

rzeka Dajna

Ostrów Pieckowski – Święta Lipka

Mapa

73

24–30 07 2014

274

rzeki Noteć i Warta

Zamość - Kostrzyn nad Odrą

Mapa Tabela

74

25–27 08 2014

128

rzeka Warta

Licheń - Śrem

Mapa Tabela

75

2–5 05 2015

100

rzeka Wisła

Włocławek – Bydgoszcz

Mapa Tabela

76

25–31 05 2015

361

 rzeka Prosna i Warta

 Kalisz - Santok

 Mapa

77

22–23 06 2015

36

rzeka Guber

Pomnik - Sępopol

Mapa Tabela 

78 

16–22 07 2015

311

rzeka Wieprz

Nielisz  Dęblin

Mapa Tabela

79

31-07 – 4-08 2015 

187

rzeka Bug

Niemirów - Wyszków

Mapa Tabela

80

28-08 – 3-09 2015

125

Zalew Wiślany, Szkarpawa, Nogat 

pętla kajakowa Kępki - Kępki 

Mapa Tabela

81

10–14 05 2016

144

rzeka Łyna

Brąswałd - Stopki

Mapa Tabela

82

19–23 07 2016

121

rzeki Rospuda i Czarna Hańcza

1.Bakałarzewo-Augustów 2.Wigry-śluza Kurzyniec

Mapa Mapa

83

6–7 08 2016

55

rzeka Bug

Drohiczyn - Nur

Mapa Mapa

 

Razem

12343

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dalej nie warto

sobota, 21 maja 2016 20:39

Album foto

Skąd taki tytuł ?
Bo Stopki - dokąd dopłynąłem, to ostatnia miejscowość nad Łyną przed granicą z Rosją.  
 Samochód z kajakiem na dachu postawiłem przy leśnictwie, na rozdrożu, żeby z daleka był widoczny. Łażę po wsi. Zalegam przy przydrożnej kapliczce. Wreszcie widzę, że Marek dojechał. Schodzę, mam dosyć ciągle odtwarzanej tej samej pieśni religijnej. Droga do elektrowni jest krótka, ale uciążliwa. Później się okaże, że będziemy jechać jeszcze gorszymi. Zjeżdżając nad rzekę mamy wyborne miejsce do wodowania. Obserwuje nas załoga elektrowni. Myślę, że kajakarze są dla nich pewnego rodzaju przerywnikiem w pracy. Niemiła niespodzianka spotyka nas za kilka km na końcu jez. Mosąg, gdzie pod mostem drogowym jest jaz. Wprawdzie środkowa zasuwa jest uniesiona, ale przepłynąć pod nią się nie da. Dlaczego nie można było jej unieść o 30 cm wyżej, co by nie miało żadnego wpływu na ustalenie poziomów wody a kajakarzom byłoby łatwiej. Przenosimy się na lewym brzegu. Teraz mamy otwartą drogę aż do pierwszej elektrowni w Dobrym Mieście. Zakładałem pierwszy nocleg w Smolajnach po 37 km, ale Marek dojechał o wiele później i odpłynęliśmy dopiero po południu, więc już po ok 15 km stajemy na biwak w Kłódce na przystani Cerkiewnik.
 Muszę przyznać, że szlak Łyny za Olsztynem jest przygotowany dla kajakarzy, przez co przepłynięcie Łyny staje się łatwiejsze. Pobudowano przystanie kajakowe z rozbudowaną infrastrukturą łącznie z toy-toyami. Jednak wszystkie przystanie, które powstały w miastach są ogromnym nieporozumieniem, bo służą tylko elicie miejscowych pijaków a nie kajakarzom. Tak jest w Dobrym Mieście, na drugiej przystani w Lidzbarku Warm i Bartoszycach i w mniejszym stopniu w Sępopolu. Jeżeli chcecie uniknąć konfrontacji z pijanymi, agresji i wulgaryzmu, w spokoju posiedzieć przy ognisku i odpocząć, to wybierajcie miejsca bardziej ustronne, nie tylko na tej rzece. 
  Czystość wód Łyny jest mitem. Dopiero za Smojanami przestały nam towarzyszyć czarno-brunatne, większe i mniejsze farfocle glonów.
 Widocznie Olsztyn jest bardzo toksyczny dla rzeki.
Na opisywanej trasie za elektrownią w Brąswałdzie są jeszcze elektrownie wodne w Dobrym Mieście, Lidzbarku Warm, Wojdytach i Kotowie, gdzie trzeba oczywiście kajaki przenosić.
 Za Smolajnami coraz częściej rzekę przegradzają powalone drzewa. Miejscami są to prawdziwe zawały. Mimo to, trasa jest łatwa i bezpieczna. To chyba właściciele wypożyczalni kajaków ? udrożnili szlak, żeby przyciągnąć więcej turystów i pieniędzy dla siebie. Przecinanie szlaku spotyka się ze sprzeciwem zwałkowiczów nie tylko na Łynie. Ale zawsze są dwa wyjścia. Bo kto im każe płynąć przeciętą drogą ? Nie muszą z niej korzystać, mogą płynąć obok - pokonując przeszkody i doskonalić swoje umiejętności a turyści mają swoją bezpieczniejszą ścieżkę. Cały szlak Łyny na opisywanym odcinku przepłynąłem jedynką bez wysiadania z kajaka na przeszkodach. Dla zainteresowanych podaję łącze do szczegółowego opisu Łyny. Zwracam uwagę, że przepłynięcie rezerwatu Las Warmiński i jeziora z rządowym ośrodkiem wypoczynkowym w Łańsku wymaga specjalnych zezwoleń.
 I na koniec. Pływając kajakiem w wielu miejscach można spotkać ślady obecności Jana Pawła II, czego kolejnym dowodem jest kapliczka na przystani w Perkujkach. Karol Wojtyła był wytrawnym kajakarzem zanim został papieżem. Oby zawsze pomagał bezpiecznie dopłynąć do celu.  

Album foto

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Po morskich wodach wewnętrznych

niedziela, 06 września 2015 13:13

Album foto


Ten rok jest szczególny, upalny i suchy. W rzekach jest bardzo mało wody i dlatego zaproponowałem trasę, żeby popłynąć może prawie na morze. 
Tym bardziej, że z Zalewem Wiślanym miałem niedokończone porachunki. 

Morskie wody wewnętrzne - to brzmi dziwnie, ale należy do nich Zalew Wiślany. Oprócz niego takimi morskimi wodami są część Zatoki Gdańskiej, Zatoki Nowowarpińskiej i Zalewu Szczecińskiego. Definicja tego określenia jest dostępna w internecie. Również tam można znaleźć inne informacje - nawiązuję tu do wpisu o Bugu i potrawy o nazwie zaguby. 

 Pierwszy dzień zaczyna się fatalnie. Intensywnie pada, droga S7 do Elbląga jest zablokowana, bo wywróciła się cysterna z olejem napędowym. Objazd, korek potworny. Do Elbląga dojeżdżamy z ogromnym opóźnieniem. Ciągle pada. Decyzja - dziś nie płyniemy.  Zmieniamy plany, jedziemy z Elbląga nad Nogat na miejsce odosobnione i doskonale nam znane. Odstawiamy samochody a kiedy wreszcie przestaje padać zasiadamy przy ognisku. 
 Obserwujemy jak pchacz po przepłynięciu przez śluzę Gdańska Głowa i Szkarpawę wprowadza barkę w Kanał Jagielloński. Po obu stronach ma po ok 0,5 m wolnej przestrzeni. Zmaga się z nurtem, musi uwzględniać wiatr. Wykonuje kilka manewrów wstecz i długa barka wchodzi pod mostem w kanał.
 Nazajutrz w ten kanał wpływamy my, mijam znajomą przepompownię w Bielniku Drugim, gdzie kiedyś nocowałem płynąc pętlę z Brodnicy do Brodnicy - opis. Dopływamy do rzeki Elbląg, wita nas wysoka, przytłaczająca, szara budowla. Tym razem skręcamy w lewo - na tor wodny prowadzący z portu w Elblągu do Rosji a rzeka Elbląg jest jego fragmentem. To ma swoje konsekwencje - obowiązek stosowania się do przepisów. Na szczęście mija nas tylko duży żaglowiec a my przez pierwszy przesmyk uciekamy z toru wodnego. 

 Jesteśmy na Zalewie Wiślanym. Woda spokojna, jak na jeziorze, tylko z długą falą. Mijamy Nadbrzeże z nową stanicą i charakterystycznym kominem, później Suchacz. Zatrzymujemy się w Kadynach. Zbyszek rusza na piwo, ja się kąpię, bo upał nieznośny a woda przeźroczysta. Niczego nadzwyczajnego tu nie ma - osłonięte wejście do portu jachtowego, parasole trzcinowe dla wypoczywających i parasole piwne obok mini baru.
 Płyniemy szybciej niż zakładałem, więc przeskakujemy port w Tolkmicku i szukamy miejsca na nocleg. Trzeba pamiętać, że ogromna cześć brzegów Zalewu jest niedostępna, zarośnięta trzcinami i sitowiem. Znajdujemy dogodne miejsce za Tolkimickiem i stawiamy namioty. Kilka metrów od nas biegną tory dawnej Kolei Nadzalewowej. Zachęcam do przeczytania odpowiedniego fragmentu na podanej stronie, bo to ciekawa historia.
 
 Następnego dnia upał od rana. Zatrzymujemy przy Świętym Kamieniu, żeby go obejrzeć i się ochłodzić. Na brzegu, koło torów stoi tablica z opisem tego miejsca. Informacje te są na jednym ze zdjęć w albumie. Teraz płyniemy do widocznego stąd Fromborka oddalonego o 7 km. Dobijamy koło mola i kajaki budzą zainteresowanie spacerujących. Częściej bowiem tu można spotkać jachty niż kajaki. Zatrzymujemy się na dłużej. Po wyjściu z uliczki portowej uwagę zwraca wysoki pomnik Kopernika. Idziemy zobaczyć bazylikę i jej otoczenie, którą obserwowaliśmy z wody. Jest niedziela, wszędzie mnóstwo turystów, również z Niemiec. Trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę historię tego miasta. Dziś mało kto pamięta, że od roku 1963 Frombork odnawiali polscy harcerze w ramach wakacyjnych akcji - Operacja 1001 Frombork. Wracając siadamy w jednej z licznych smażalni ryb i zamawiamy smażonego dorsza. W końcowej części mola jest morskie przejście graniczne dla osób chcących popłynąć na wycieczkę do Kaliningradu lub dokonać odprawy jachtów przed wpłynięciem na wody rosyjskie. Odpływamy z Fromborka, ale woda już nie jest taka spokojna. Chcemy dopłynąć do Nowej Pasłęki i musimy płynąć bokiem do fal, robi się coraz trudniej, bo wiatr od Bałtyku się wzmaga. Kiedy niektóre fale osiągają taką wysokość, że wlewają się do kajaka, przerywamy pływanie i lądujemy a właściwie fala wyrzuca nas na brzeg w Różańcu. Do Nowej Pasłęki zostało 3 km i widać już falochrony portu. Ja stawiam namiot za pasem trzcin, które łagodzą trochę podmuchy wiatru. Plażowicze się rozchodzą, zostajemy sami. Łoskot rozbijanych o brzeg fal towarzyszy nam do wieczora. Umawiamy się, że wstaniemy jutro o 5 rano i przepłyniemy na drugą stronę Zalewu - na Mierzeję Wiślaną. Kiedy się rozwidnia budzę Zbyszka i wychodzimy z namiotów. Pogoda pokrzyżowała nasze plany, bo wysokie fale ciągle rozbijają się o brzeg. Nad Elblągiem widać ciemne chmury, gdzieś nad Bałtykiem jest burza, słychać grzmoty.  Wracamy do namiotów - pływanie w tych warunkach jest niemożliwe. Sytuację pogarsza jeszcze deszcz i gwałtowne porywy wiatru, który zawsze towarzyszy burzom. Ale o dziwo wszystko to nie trwa długo, deszcz przestaje padać ok godz. 8 a wiatr osłabł i falowanie się zmniejszyło. Trzeba to wykorzystać. Szybko się zwijamy nie bacząc, że namioty jeszcze nie wyschły. Odpływamy obierając kierunek na majaczącą w oddali wieżę radarową stojącą po drugiej stronie Zalewu - na Mierzei Wiślanej. Wkrótce po odpłynięciu słychać potężny warkot i widać migające światła czegoś, co szybko się do nas zbliża od strony granicy rosyjskiej. Uciekamy z jego kursu ile sił w rękach. Okazuje się, że to duży poduszkowiec, może turystyczny, który zastąpił dawne tzw. wodoloty? Przepłynął między nami a brzegiem i co ważniejsze, nie spowodował żadnych fal. Tych i tak mieliśmy coraz więcej im dalej byliśmy od brzegu. Gdzieś, może w połowie trasy fale były na tyle duże i mocne, że kajak zaczęło nosić. Nic nie dawało wiosłowanie, kiedy nadchodziła wysoka fala, to ona ustawiała kajak, tak jak chciała. I tak zamagajac się z przeciwnościami powoli zbliżaliśmy się do Mierzei. Wieża robiła się coraz większa i bliższa, aż w końcu widać już było obracającą się antenę. Dopłynęliśmy do miejsca oddalonego od granicy rosyjskiej o 800m. Do brzegu nie mogliśmy jednak dobić, bo porastał go pas trzcin. Teraz zmieniamy kierunek, wiatr mamy w plecy i płyniemy wzdłuż Mierzei w kierunku portu w Piaskach. Zaglądamy do portu, który służy głównie rybakom. Kąpiemy się i odpoczywamy przy klifie. Teraz przed nami długi odcinek do Krynicy Morskiej. Wpływamy do portu, żeby zobaczyć miasto i jego portową część od strony wody. Na nocleg stajemy w miejscu, gdzie kiedyś nocowałem samotnie. Opadła mnie wtedy rodzina dzików. Stawiamy namioty i idziemy do miasta. Krynica szybko się zmienia. Wybudowano nowy, duży port jachtowy, przybyło pensjonatów, inne są w budowie. Z dawnej wsi rybackiej zrobił się prawdziwy kurort. W Strzechówce, restauracji z dobrą opinią, zamawiam turbota - szlachetną rybę przypominającą flądrę. Ryba bardzo smaczna, dobrze usmażona, jednak trzeba się trochę napracować, bo ości ma dużo. Zbyszek ma mniej roboty, bo zamawia schabowego. Mieliśmy zatrzymać się tu na jeszcze jeden dzień, jednak prognozy sugerują zmianę pogody, więc odpływamy następnego dnia. Mijamy Skowronki, to właśnie tu najlepiej przetransportować kajki na odległość 300m, żeby zrobić pętlę z Gdańska do Gdańska wypływając na Bałtyk a później wrócić przez Zalew. Dopływamy w pobliże Kątów Rybackich i prowadzę do wejścia na Wisłę Królewiecką. Po drodze mijamy zwodzony most w Sztutowie a przed nim jest duża przystań. Płynę dalej do Rybiny. Upał nie do zniesienia, wreszcie widać upragniony most zwodzony. Za nim Wisła Królewiecka łączy się ze Szkarpawą, na której jest drugi, podobny most. Zatrzymujemy się na nowej przystani wodnej. Kiedy byłem tu w roku 2013 trwały prace ziemne przy jej budowie. Przy nabrzeżu są ławeczki, pomyślano o kajakach i całego brzegu nie wybetonowano a na brzegu, w nawiezionym piasku bawią się dzieci. Są oczywiście stanowiska dla większych jednostek z dostępem do wody, prądu. W budynku są sanitariaty i umywalki. Biwakować można bez opłat.
 Następnego dnia rzeczywiście od rana pada deszcz, ale później się przejaśnia i znów szybko się zwijamy nie susząc namiotów. Teraz płyniemy Szkarpawą. Na moment zaglądam na Tugę, którą kiedyś dopłynąłem do Nowego Dworu Gdańskiego. Przed Osłonką wtedy stał sznur chyba jakiegoś pływającego rurociągu, dziś już go nie ma. Jest natomiast nowa przystań wodna. Przy przepompowni w Osłonce, która pełniła wtedy funkcję przystani zupełnie pusto. Za Osłonką woda się rozlewa, zaczyna a właściwie kończy się Nogat a uprzejmy wędkarz pokazuje kierunek płynięcia. Można się tu pogubić. Pamiętam, że stały tu tablice naprowadzające na Nogat albo na Zalew. Dziś urządzenia gps są tak powszechne i chyba uznano, że są zbędne. Znów jest bardzo gorąco więc na odpoczynek zatrzymuję się przy dawnej przeprawie promowej w Kępinach. Jeszcze kilka km wzdłuż drogi i zamykamy pętlę w dłuższej wersji, bo przez Rybinę. Dopływamy 2 września do miejsca, skąd odpłynęliśmy. Jesteśmy zmęczeni i jest już późno, żeby wracać do domów. Wieczorem przy ognisku robimy zakończenie sezonu.
 Z Zalewem się rozliczyłem. Naśladowców jednak przestrzegam, że nie jest to łatwy akwen do pływania i trzeba zachować czujność a przede wszystkim zdrowy rozsądek, bo warunki tu zmieniają się gwałtownie. Ale da się go opłynąć.
 Dla mnie ten sezon był rekordowy ze względu na ilość przepłyniętych kilometrów.

Album foto


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Kajakowa armada

środa, 05 sierpnia 2015 11:51

Album foto  filmik

 

500 kajaków. Taka zapowiedź elektryzuje. W tym roku od Drohiczyna ruszy trzecia edycja spływu pod zawołaniem 500 kajaków na 500 lecie woj. podlasiego.
 Bug łącznie z odcinkiem granicznym przepłynąłem w roku 2010 pokonując trasę ponad 600 km. Wtedy w Drohiczynie nie byłem, zatrzymałem się tylko, żeby w restauracji "Stara Baśń" zjeść obiad. I do dziś pamiętam niesmak, po tym jak i co mi tam podano. Dziś, po 5 latach tego miejsca również nie polecam. Atutem jest tylko lokalizacja nad samą rzeką. Ceny (zaguby 4 szt - 25 zł)  jakość, obsługa i nazwa ze Starą Baśnią nie mają NIC WSPÓLNEGO. 
 Stawiam Zbyszkowi warunek, że zaczynamy z Niemirowa, czyli miejsca, gdzie Bug przestaje być rzeką graniczną (do Drohiczyna bagatela 50 km), dalej płyniemy dwudniową wersję spływu "500 kajaków" z Drohiczyna do Nuru a kończymy w Wyszkowie. Razem ok 180 km.
 W Drohiczynie spotykamy się w czwartek po południu. Rozstawiamy namioty i idziemy do miasteczka. Wędrówkę kończymy u Ireny.
 Hi-hi - tak się nazywa pensjonat, który oferuje całą gamę lokalnych dań, oczywiście głównie z ziemniaków. To miejsce polecam, bo jest tu smacznie i taniej, chociaż miejsce wystrojem nie powala. Zamawiam babkę ziemniaczaną i pyszne kraszone kartacze. Intryguje mnie nazwa zaguby, której do tej pory nie znałem. Jest to przyprawiony farsz ziemniaczany zamknięty w cieście naleśnikowym na wzór pierogów. Jeżeli komuś bardziej zależy na wystroju niż jedzeniu, to ma niedaleko "Przy Katedrze", albo "Zamkową". Drohiczyn ma również Górę Zamkową, z której rozpościera się szeroki widok na rzekę. I tylko historycy wiedzą skąd wywodzą się te nazwy związane z zamkiem, bo śladów po nim nie ma żadnego. Jest natomiast bunkier - pozostałość z drugiej wojny światowej po tzw linii Mołotowa. Jest też okazała siedziba biskupa a skoro tak, to musi być katedra. Obok jest seminarium duchowne, cały ten kompleks robi wrażenie. Oprócz innych kościołów katolickich jest też prawosławna cerkiew, których na Podlasiu jest wiele.
 Wracamy do swoich apartamentów, przeładowujemy mój kajak na samochód kolegi i zalegam w swoim namiocie zmęczony po podróży. Musimy rano wstać, żeby przewieźć oba kajaki do Niemirowa, tego samego dnia - w piątek dopłynąć do Drohiczyna i wrócić do Niemirowa po samochód kolegi. Noc okropna, chociaż Zbyszek wybrał bardzo dobre miejsce na biwak, jednak libacje z prawej i z lewej nie pozwalały zasnąć.
 W Niemirowie schodzimy na wodę  już o godz  7:20. Płyniemy szybko do godz. 11:00. Zaczyna wiać oczywiście w twarz, później wiatr tylko się wzmaga. Płynąć bardzo trudno, kajak skacze na falach, wiatr w porywach wyrywa wiosło z rąk. Z przyrodą nie wygrasz, pamiętam niedawny Wieprz. Wiatr przychodzi falami. Gdy wieje, staram się, żeby mnie nie znosiło, gdy cichnie wtedy - cała naprzód. Mijamy Serpelice, jestem zawiedziony, bo przy brzegu cumuje tylko jakaś miniaturowa replika bocznokołowca. Tych dużych dwupokładowych, na które za Serpelicami napadał uzbrojony pirat już nie ma. Obserwowałem to z łąki, gdzie kiedyś biwakowałem płynąc Bugiem granicznym. Pasażerowie musieli się wtedy wykupić. Dostawali za to jadło i napitek, który przygotowywał pirat na sygnał przesłany przez CB radio. Napitku musiało być dużo, bo jak wracali do Serpelic to już rozochoceni, rozbawieni i przy chóralnych śpiewach a głośniki ryczały, aż się trawa prostowała - ... parostatkiem piękny rejs.
 O innym parostatku będzie później. Myślę, że te słynne kiedyś "wynalazki", budowane wg. własnych pomysłów oparte na dwóch kadłubach nie uzyskały certyfikatów uprawniających do żeglugi śródlądowej i dlatego zniknęły, zaginął też serpelicki folklor. Tak było kiedyś.
 Dziś zmagamy się z żarem (na termometrze w słońcu 48º C), porywami wiatru i mieliznami. Tak niskiego stanu wody dawno nie było nie tylko na Bugu. Trzeba nawigować uważnie, przewidując, którędy pójdzie główny nurt. Pływamy od brzegu do brzegu szukając przejścia na przemiałach. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że nie mogłem w kamieniste podłoże wbić szpilek - namiot nie jest dobrze umocowany. Denerwuję się, bo jest bardzo prawdopobodne, że wicher go porwał.
 Dopływam o godz. 15:30 i szybko sprawdzam, czy mam jeszcze gdzie przenocować. Ulga. Mój namiot stoi, namiot kolegi leży w krzakach.
 W sobotę od rana różne firmy zaczynają zwozić kajaki na plażę za naszymi namiotami. Strażacy zamykają dojazd do plaży. Weryfikacja uczestników, losowanie kajaków, rozdanie koszulek, identyfikatorów, witam się z Kasią i Marcinem, pamiątkowe zdjęcia, jest też lokalna TV. Bez zbędnych przemówień komandor daje sygnał do odpłynięcia.
 Od 3 lat spływ jest organizowany pod hasłem 500 kajaków. Liczba uczestników rośnie, bo spływ robiony na bogato przez Rafała Siwka nabiera coraz większego rozgłosu. Wierzę, że za kilka lat tyle kajaków wystartuje. W tym roku płynie 235 osad. Wracam na nasz pomost, do swojego kajaka, skąd lepiej widać całą kajakową kawalkadę. Widok robi wrażenie. Zbyszek jak chart wystartował do walki o palmę pierszeństawa i na mecie zameldował się na szóstej pozycji. Ja odpływam jako ostatni za motorówką straży pożarnej i służbą medyczną.
Po dopłynięcu do Grannego jako jedyny stawiam namiot nad rzeką. Wszyscy inni z wersji dwudniowej wloką się pod górę i stawiają namioty w Nadbużańskim Centrum Turystycznym. Tam biesiadujemy. Duże ognisko okupują amatorzy pieczonych kiełbas, na innych czeka bigos, żurek z jajkiem, bułki, smalczyk, kiszone ogórki, kawa, napitki. Płacić trzeba tylko za piwo. I do tego gra wiejska kapela. Wieczorem jednodniowych oraz tych, którzy wynajęli kwatery w Drohiczynie odwożą autokary. Ja wracam nad rzekę. Decyzja znakomita - spokojnie śpię daleko od gwaru, przy wtórze szumu rzeki na mieliźnie.
 Rzeka tak bardzo opadła, że odsłoniła fragmenty dawnej przeprawy napoleońskiej (zdjęcia i opis w internecie). Szkoda, że o tym dowiedziałem się dopiero po powrocie do domu a spałem tuż obok. Rano mija mnie facet i z tej przeprawy łowi ryby. Po pewnym czasie, przy wtórze kościelnych dzwonów od wsi idzie młoda kobieta i się rozgląda. Domyślam się, że szuka pewnie tego faceta, który wędkuje za mną.
Zagaduję.
 - Szuka pani męża? 
Pani odpoawiada:
 - Nie, męża już mam.
 Rano idę na śniadanie jeszcze bogatsze niż wczorajszy poczęstunek. Drugi etap płynie ok 80 kajaków. Spływ kończy się przed mostem w Nurze. Nad nami brzęczy dron z kamerą. Wracamy spływowym autokarem do Drohiczyna i przeprowadzamy nasze samochody do Nura. Jutro płyniemy dalej już tylko we dwójkę i czeka nas długi etap.
 Odpływamy rano, kiedy jeszcze tak nie praży słońce. Musimy płynąć w koszulach z długim rękawem, ciągle moczę kapelusz, płynę w moskitierze - to daje trochę ochrony przed słońcem. Mijamy mosty Małkini, zatrzymujemy się w Broku. W "Rybce" jemy obiad. Zamówiłem oczywiście zupę rybną, (9 zł) i znakomite okonie. Niestety z frytkami. Każda zupa rybna to niewiadoma, każda smakuje inaczej, zależy od regionu, gdzie jest gotowana.
 Teraz będzie znów o parostatku a właściwie o wraku zatopionego w Bugu parowca. Muszę się przyznać, że nia miałem racji, twierdząc, że został wydobyty z rzeki. Taką próbę podjęto w roku 2006, oraz 2012. Teraz niska woda odsłoniła kocioł i zniszczone koło napędowe (reszta zdjęć w albumie). Do mnie najbardziej trafia wersja, że jest to jednostka z tzw. ftotylli pińskiej, którą sformowano w 1919 roku. Okoliczności zatopienia tego "okrętu" do dziś nie są wyjaśnione.
Wymęczeni słońcem stajemy na nocleg już o 17:00. Miejsce niezbyt dobre, na skarpie, ale zacienione. Stawiam tylko namiot, bo to zawsze najważniejsze, resztę czynności odkładam na później, idę się zamoczyć i odpoczywam w cieniu. Przepłynęliśmy 52 km, ale zmogło nas słońce a nie dystans.
We wtorek mijamy prom w Brańszczyku, szerokie i żwirowe ujście Liwca, Kamieńczyk, most obwodnicy Wyszkowa. Kończymy w Wyszkowie za mostem na miejskiej plaży.
 Przepłynęliśmy 187 km

 Album foto  filmik

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Pokręcona rzeka

piątek, 24 lipca 2015 6:06

Foto

 Jej nazwa nie brzmi sympatycznie a wije się tak, że szybko płynąć nie można, ze względu na ciągłe zakręty. Widać to dokładnie w zbliżeniu i wtedy ocenicie, czy tytuł jest trafny.
 Ta rzeka okazała się dla mnie podwójnie pokręcona.
Umówiłem się w Krasnymstawie z nieznajomym kajakarzem przez to, bez czego już się nie da żyć czyli przez internet. Wyjeżdżam 4:30, po przejechaniu 418 km jestem w Krasnymstawie w umówionym miejscu przed czasem, bo Warszawa okazała się łaskawa i pozwoliła szybko przejechać. Pierwszy telefon od Stacha - nie będę na czas, bo pociąg z Warszawy ma 2 godz opóźnienia. Trudno, czekam, przecież jesteśmy umówieni. Łażę po mieście, mija południe, siedzę przy fontannie w parku i następny telefon - przepraszam, wracam do Warszawy, nie czekaj na mnie - nie dojadę.
 Teraz mózg mi się grzeje, co robić ? Pierwszy odruch - wracam. Później opór, włożyłem w ten plan za dużo energii, przejechałem pół Polski. Bunt, czuję się oszukany. Jednak nie odpuszczę, spróbuję sam.
 Jadę do Nielisza na pierwszy most za zaporą. Zjeżdżam na pobocze, jedzie facet rowerem, nie tylko pomaga mi zdjąć kajak, ale mieszka obok i stawiam samochód na jego posesji. 
 Późno już, ale ruszam na samotne pływanie. 
 Dokucza żar, chcę się przebrać, żeby bardziej ochronić się przed słońcem. Staję na zakręcie, wychodzę z kajaka i ... wpadam po kolana w błoto, jestem utytłany w błotnistym mule. Jak teraz wsiąść do kajaka? Widzę opodal konar sterczący nad wodą. Brnę przez to błoto z trudem i zapadam się jeszcze głębiej. Na konarze utytłany jestem już łącznie ze spodenkami. Mam ostrzeżenie, żeby Wieprza nie lekceważyć. Już wiem, że nie da się wyjść na brzeg i muszę nocować na pierwszej przenosce w Tarnogórze. Dalej nie popłynę. Stawiam namiot przy zadaszeniach na prawej odnodze i przede wszystkim muszę doprowadzić się do normalnego stanu - zmyć z siebie ślady błota.
 Następny dzień zaczynam wcześnie, to taki odruch od zawsze, kiedy pływałem sam. Przenoszę swoje bambetle, albo jak kto woli manele przez drogę, kajak przeprowadzam na lewą odnogę, bo tędy łatwiej go przenieść i czekam na kogoś, kto mi w tym pomoże. Rano wszyscy się spieszą do swoich obowiązków, śmigają na rowerach, ale z czwartym zatrzymanym przenosimy kajak. Daję dwa piwa.
- Pan dołoży jeszcze jedno, żeby dzień dobrze zacząć.
Dostaje trzecie.
 Całe szczęście, że czekając na Stacha przed dużym centrum handlowym w Krasnymstawie, gdzie Biedronka i Tesco egzystują pod jednym dachem, obok siebie, kupiłem dodatkowy czteropak tej waluty.
 W Krasnymstawie za mostem usiłuję wyjść na brzeg i powtarza się dokładnie taka sama błotna historia jak wczoraj. Muszę kupić zapas wody, bo przy tym upale, to ważniejsze niż piwo. Wyjść na brzeg nie sposób, korzystam z tego, że na schodach amfiteatru ? młodzieniec głuszy młodziankę. Kiedy obiecuję, że za przyniesienie wody może coś sobie kupić - ona krzyczy:
- Dawid - dla mnie też piwo ! 
Ja mam wodę, oni piwo.
 Sprawdzam, przede mną jeszcze 24 km do zapory Wieprz-Krzna. To miejsce wyznaczam sobie na dzisiejszy cel. Z reguły przy budowlach hydrotechnicznych jest możliwość wyjścia na brzeg i przenocowania.
Wreszcie dopływam do zapory. Po drodze musiałem przepłynąć pod zwalonym drzewem, później na dłużej zatrzymał mnie zator śmieciowy. To najgorszy widok na rzece z możliwych. Bo powalone drzewo jest efektem działania przyrody, to co mnie zatrzymało sprawili ludzie. Trudność pokonania takiej przeszkody polega głównie na tym, że nie ma punktu podparcia, zaczepienia.
 Jazy na zaporze Wieprz - Krzna są dwa, prawy reguluje przepływ wody na Krznie lewy na Wieprzu, oba są zamknięte. Pech, czeka mnie przenoska. Próbuje wyjść na prawy brzeg, bliżej jazu na Krznie, gdzie stoi siedziba operatora. Wpadam w błoto prawie do pół uda. Do kajaka już nie wejdę, decyduję się przepłynąć na przeciwny brzeg ciągnąc kajak. To zaledwie 8-10 m. Ale ten drugi brzeg jest zarośnięty wysoką trzciną do samego jazu. Wyciągam się z błota ciągnąc za trzciny, wyłażę wreszcie na brzeg. Żadnej ścieżki, nikt od dawna się tędy nie przenosił. Przedzieram się przez haszcze wyciągając z wody kajak. Przy ogrodzeniu i furtce wydeptuję miejsce, gdzie stawiam na namiot. Następny problem - muszę się umyć, ale jak ? Za jazem też jest błoto a więc wychodząc z rzeki i tak się ubrudzę. Mam składane wiaderko, łączę obie cumy - przednią i tylną pomocną przy przenoskach, do tego dowiązuję linkę asekuracyjną wiosła i wreszcie z pomostu jazu sięgam wodę. W nocy pada deszcz, namiot stoi byle jak, ale noc przetrwaliśmy w dobrej kondycji.
 Rano budzą mnie żurawie krzyczące na łąkach za namiotem. Prawie wszystko mam spakowane i załadowane, jestem przygotowany do zejścia najpierw w otchłań błota a później na wodę.
 Przyjeżdża rowerem operator jazów i patrzy na mnie podejrzliwie. Wyglądam pewnie dziwnie. To skutek ukąszeń owadów, wszystkich, jakie tu żyją a nie tego, o czym on w pierwszej chwili pomyślał. W tym roku nikogo z kajakarzy nie spotkał na zaporze.
Już rano żar się leje z nieba, pan proponuję:
 - Zrobię panu kawy.
Siadamy i gadamy.  
 - Ma pan szczęście, bo dostałem smsa i musiałem przyjechać, żeby zmniejszyć wodę na Krznę a więcej puścić na Wieprz. Gdyby pan był wczoraj, ale wcześniej, to bym panu na chwilę otworzył jedną zasuwę, a te ... (wypikane) i tak by się nie zorientowali. Bo teraz wszystko działa automatycznie i jakby dyżurny zauważył, że mu woda wzrasta na Wieprzu, to by robił alarm.
 - Panie - kiedyś ludzie trzymali krowy, które wypasali na tych łąkach, teraz mleko kupują w sklepie. Łąki zarośnięte po pas, panie, a robactwo gryzie okropnie co może, jak ma okazję.
 - Błoto takie się zrobiło, bo woda opadła. Kiedyś byś pan wyszedł normalnie.
 W to ostatnie wyjaśnienie nie bardzo wierzę. Może by sią dało podpłynąć bliżej brzegu, ale rzeka ma po prostu takie muliste koryto.
 Zaporę Wieprz- Krzna w Borowicy oddano do eksploatacji w roku 1958!! W tych siermiężnych czasach nikt nie przewidział, że kiedyś tędy ktoś będzie pływał rekreacyjnie kajakiem. Inne były wtedy priorytety.
 Pytam czy pomoże, bo chciałbym odpłynąć bez brodzenia w błocie.
Siadam do kajaka na brzegu przed błotem a on mnie spycha na wodę. Ale kajak ugrzązł w błocie. Czekam - przynosi długi bosak i ostrożnie mnie spycha na tyle daleko, że mogę odpłynąć.
 Z soboty na niedzielę przyszła niewielka burza i trochę popadało. Stałem już na łączce - nareszcie błoto ustąpiło. Ale w nocy obudził mnie grom. Następna burza, strugi deszczu, niebo przecinają błyskawice, jasno jak w dzień. Wiatr targa namiotem, w porywach tropik łopocze tak, że za chwilę go porwie. Musiało powyrywać szpilki. Mam dodatkowe szpilki i dwa śledzie. Rozbieram się, deszcz siecze po plecach, zimno. Mocuję namiot na wszystkie odciągi a mocniejsze śledzie daję od strony wiatru. Wracam do namiotu, wycieram się jak po prysznicu i za chwilę jest sucho i ciepło. Ale w porywach wiatr ma taką siłę, że namiot chyba tego nie wytrzyma. Strach. Nie będę miał żadnej ochrony przed żywiołem. Nie śpię, podtrzymuję od wewnątrz aluminiowy stelaż, tam gdzie się krzyżują maszty. Maszty są prowadzone w tunelach i chyba to mnie ratuje przed całkowitą zagładą. Gdybym miał starszy namiot z narzucanym tropikiem, tej nawałnicy by nie przetrzymał. Stelaż musiałby pęknąć albo się złożyć.
 Słyszę  trzask i łomot. Rano okazało się, że na drugim brzegu złamało się drzewo.
 Nie piszę powieści, więc resztę spływu przemilczę. Jednak muszę jeszcze wspomnieć innego przyjaznego i młodego człowieka. Mirek ułatwił mi zakończenie spływu na wypożyczalni w Dęblinie i powrót do domu.
Może ten wpis powinien mieć w tytule błoto? Tak się o nim rozpisałem. Ale tylko dlatego, żeby innym zasygnalizować, że to niby błahy,  ale jednak poważny problem na środkowym odcinku Wieprza. Tym spływem Wieprz "wykończyłem", bo górny odcinek przepłynąłem w roku 2013.
Na zakończenie o zdjęciach. Znów ich prawie nie będzie. To drugi spływ, na którym nie mogłem ich robić. Wydaje mi się, że wiem już dlaczego. To chyba akumulator dokonał żywota. Zamówiłem nowy.

Foto


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Przez Prosnę, ale Gubrem.

piątek, 26 czerwca 2015 13:42

Album foto

 

 Na kolejny spływ wybrałem rzekę mało znaną i co za tym idzie mało popularną. Okazało się, że to był dobry wybór, mimo, że nie wiedziałem, czy da się tą rzeką płynąć. Szczególnie w roku, w którym wszędzie notuje się bardzo niskie stany wody. Informacji o tej rzece praktycznie brak, więc tym większa satysfakcja, że plan udało się zrealizować i popłynąć Gubrem od miejscowości Pomnik. Tym bardziej zapraszam do obejrzenia zdjęć.
 Myślę, że zaczynać można jeszcze wyżej np od Gardna godząc się na kilka dodatkowych progów. Na przepłyniętym odcinku naliczyłem ich 6, przy wyższej wodzie większość spływalna bez wychodzenia z kajaka.  
 Nocowaliśmy w Prośnie za mostem drogowym na szumnie nazwanej Zielonej przystani. Jest tu błotniste wyjście, stół i ławeczki oraz miejsce na ognisko.
 Trzeba uważać, żeby nie poparzyć się barszczem Sosnowskiego, który gęsto rośnie tuż przy ścieżce. Zachęcam do przeczytania informacji o tej niebezpiecznej roślinie - prezencie od wschodnich "przyjaciół" o czym nie wiedziałem. Warto tu się zatrzymać i idąc w lewo obejrzeć stare drzewa ogrodu angielskiego i ruiny pałacu rodu Eulenburgów. Po wojnie pałac zajęli żołnierze radzieccy, którzy wnętrza zdewastowali, wyposażenie rozkradli w czym im pomogli okoliczni mieszkańcy. Ostatecznie dzieła zniszczenia dokonali Polacy, bo pałac przejęty został przez Mazurską Hodowlę Ziemniaka. Nie zrobiono w porę remontu dachu (czegoś co dawniej należało do "obszarników") i pałac popadł w ruinę. Dziś te ruiny mają już chyba właściciela o czym informują tablice ze znajomym tekstem - często widywanym nad wodami: "Nie wchodzić - teren prywatny"  
 Niespodzianką były zimorodki, które w locie jak klejnoty mieniły się w słońcu.
 W Sępopolu Guber wpada do Łyny, jednak nie bezpośrednio, bo rzekę blokuje jaz i trzeba wpłynąć w prawą odnogę. Można się ewakuować po prawej stronie, przed wpłynięciem w betonowe ściany. Wyjście niewygodne i strome, ale ma tę zaletę, że kajaki da się wynieść bezpośrednio do drogi i co ważne - jest tam pobocze, gdzie na samochody można bezpiecznie załadować kajaki. 

 Sępopol to małe miasteczko, z mostu za jazem widać połączenie Gubra z Łyną. Stąd do granicy z Rosją jest tylko ok 14 km a ostatnią wsią przed granicą są Stopki z przystanią kajakową (10 km wodą). W drodze powrotnej obejrzeliśmy Dobre Miasto i przystań kajakową w Smolajnach nad Łyną.

A Łyna czeka w kolejce.

Album foto

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Prosną, Wartą do spotkania z Notecią

środa, 03 czerwca 2015 7:35

  Spływ podobny do innych, żadnych szczególnych sytuacji. Tę trasę miałem przepłynąć w ub roku, ale pogoda zmusiła mnie do zakończenia samotnego pływania w Śremie. Wtedy uznałem, ze dalszą część Warty przepłynę później w innym wariancie.
 Wróciłem do tego pomysłu, ale nie mam obszernej dokumentacji zdjęciowej, ponieważ zadziałało prawo Murphego - naładowany przed wyjazdem akumulator nie uruchomił aparatu foto.

 Prosna przed Kaliszem tworzy dwie odnogi, my zaczynamy od mostu na Kanale Bernardyńskim, żeby uniknąć jednej przenoski. Do połączenia z Prosną mamy do przepłynięcia 4,4 km jednak pokonanie tego krótkiego odcinka jest uciążliwe ze względu na płycizny, powalone drzewa i, jak to zwykle bywa we większych aglomeracjach, wszelkiego rodzaju śmiecie. Od połączenia z Prosną płynie się już bez większych utrudnień. Po ok 6,8 km w miejscowości Szadek trzeba tylko kajaki przenosić wpływając w prawą odnogę.

Przed chwilą 3-06-2015 otrzymałem smutną wiadomość.
 Na kamieniu w przystani Gostycyn-Nogawica przybędzie kolejna tabliczka: Lech Bolt (z prawej) - Prezes Klubu Turystów Wodnych PTTK w Chełmnie, społecznik, wielki miłośnik kajakarstwa, inicjator i przez ponad 50 lat Komandor Międzynarodowego Spływu Kajakowego Pojezierzem Brodnickim, Drwęcą i Wisłą nie żyje. To z Jego rąk odbierałem Diamentową Odznakę PZKaj, z nim rozmawiałem w Bachotku w czasie realizacji płyty DVD o Pojezierzu Brodnickim. Przyjmowała go królowa holenderska Beatrycze w uznaniu dla jego zasług. Już nie poprowadzi kolejnego spływu, ale zostanie w pamięci tych, którzy mogli go poznać.

 Po Czeszewie - miejscu godnym polecenia na nocleg, (nocowałem tam dwa razy) dopływamy do przystani w Śremie, gdzie cumują głównie łodzie motorowe. Za pobyt, od namiotu pan kasuje po 15 zł. Mogliby w końcu zrobić jakieś dogodne wyjście na brzeg. Rozczarował mnie Poznań nie tylko widokiem miasta z poziomu Warty, ale również tym, ze jest nieprzyjazny kajakarzom. Pomyślano tylko o tych bogatszych, którzy zamiast wiosła trzymają w rękach koło sterowe. Zaglądamy na przystań na końcu Poznania - to nie jest miejsce dla nas - kajakarzy. Nocujemy w ładnym miejscu za Poznaniem. Na Warcie jest więcej miejsc niż na Prośnie, gdzie można się zatrzymać na nocleg, ale jak to zwykle bywa - kiedy takiego szukasz, akurat trudno je znaleźć. Piszę o tym ponieważ szukaliśmy takiego miejsca bez skutku, żeby uchronić się przed zbliżającą burzą i w końcu postawiliśmy namioty w okropnych krzaczorach, trawie, pokrzywach i ostach.
Często na drugi dzień okazuje się, że było, ale kawałek dalej.

 Zaśmiecanie brzegów rzek jest powszechne i co gorsza tolerowane, ale rzekami już nie płynie tyle plastikowych butelek, co przed laty. Pojawił się nowy rodzaj zanieczyszczeń - związany z tzw grillowaniem i fastfoodami. Każde miasto płaci firmie, która dba o jego czystość. Ale rzadko burmistrz, czy wójt chodzi brzegiem rzeki, czy idzie pod mostem. Nigdy tam nie był na pewno burmistrz Obrzycka. To, że tych śmieci nie widać, to nie znaczy, że ich tam nie ma. Przecież to jest również obszar miasta, więc dlaczego nikt tego nie sprząta? Poza tym ustawienie koszy na śmieci - również nad brzegiem rzeki nie jest chyba dla miasta dużym wydatkiem a zgodnie z logiką powinny one być tam, gdzie są potrzebne.
 Santok, to miejscowość, gdzie Noteć łączy się z Wartą. Nad brzegiem rzeki, przy moście urządzono ładny, duży park wypoczynkowy z infrastrukturą. Ale tu też nie jest łatwo wyjść na brzeg. Brakuje kranu z wodą i innego miejsca potrzebnego każdemu. Obok jest Urząd Miasta, przy którym pod nadzorem kamer, można by było postawić budki z automatem wrzutowym, żeby nie służyły licznie tu gromadzącym się miejscowym pijaczkom. Samo życie.
Dzięki uprzejmości mieszkającego w pobliżu pana możemy u niego rano zostawić swój dobytek i sprowadzić z Kalisza samochody. Niby to proste, ale zajęto to nam cały dzień.
 Kiedy odjeżdżałem do domu zaczęło padać. Mieliśmy szczęście.

A ja zamknąłem Wielką Pętlę Wielkopolską rozłożoną na trzy spływy. 

Ps.

A jednak mam kilka zdjęć z tego spływu. Zrobiłem je komórką.

Foto album  Album to może w tym wypadku tytuł na wyrost, ale dobre i to.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Wisłą od Włocławka do Bydgoszczy

piątek, 08 maja 2015 19:16

Album foto

 Sezon chciałem zacząć zbiorowym spływem do uzdrowiska na Litwie, które upodobał sobie Naczelnik, gdzie bardziej niż troskliwie opiekowała się nim pewna pani doktor. Niestety spływ odwołano.
 Wobec tego już indywidualnie zaplanowałem północne Mazury, żeby móc powiedzieć, że je przepłynąłem całe, czym aż tak wielu pochwalić się nie może. Na Mazurach był każdy, również kilkakrotnie ja tam pływałem, ale to nie znaczy, że je opłynąłem. Spływy zorganizowane prowadzą utartymi szlakami. Oferują gotowy plan, wyżywienie, autokar, hotel, prysznice, wieczorne atrakcje i "cośdopopicia". Taka bardziej komfortowa wersja zyskuje coraz więcej zwolenników.
 Ja wolę własny kajak, własne szlaki, małe ognisko, szczekanie koziołka, kląskanie słowika, który nieraz spać nie daje. A "Daj mi tę noc", albo "Jesteś szalona" zostawiam tym, którzy chcą albo muszą tego słuchać również na spływie.
 Dawno nie było tak zimnego majowego weekendu i dlatego zmieniam pierwotnie planowaną mazurską trasę.
 Bacznie śledząc prognozy pogody umawiamy się z kolegą na sobotę 2 maja na tamie we Włocławku. Zapora, do której dopłynąłem przed laty, stanowi barierę na wiślanym szlaku. Przepłynięcie śluzy obwarowane jest odrębnymi i restrykcyjnymi przepisami. Dlatego Wisła między Włocławkiem a ujściem Drwęcy przed Toruniem nie cieszy się popularnością z tego właśnie względu.
 Schodzimy na wodę w zatoce przy krzyżu. Ten krzyż przypomina, że tam w 1984 roku funkcjonariusze SB z Departamentu IV utopili ciało zamordowanego księdza, chcąc ukryć swoją nienawiść do prawdy.
We Włocławku zawsze wieje od północy. Kiedyś wylądowaliśmy a właściwie fale wyrzuciły nas na piaszczystą łachę przed zaporą i czekaliśmy do późnego popołudnia, żeby móc się stamtąd wydostać.
 Wychodzimy na Wisłę oczywiście już za zaporą i progiem, który chyba został stworzony sztucznie, żeby ostatecznie tu lód się rozbijał na mniejsze kry. Ale to tylko moje domysły.
 Do mostu we Włocławku jest 4,3 km i było to zmaganie się z zimnem, przeciwnym wiatrem i własną słabością, bo to mój pierwszy spływ w tym roku. Im bliżej mostu tym trudniej, dobijam do brzegu i przygotowuję się na "sztormowanie". Po przepłynięciu pod mostem powoli oddalają się kominy Włocławka. Wiatr nie odpuszcza ani na chwilę, ale płynie się jakby łatwiej. Uśpiona czujność mści się natychmiast - w kokpicie mam trochę wody z ostatniej fali. Mijamy kolejne zabudowania, kolejne elektrownie wiatrowe, które już na stałe wrosły w polski krajobraz. Po kilku godzinach zmagania się z przeciwnym wiatrem ukazują się ruiny zamku w Bobrownikach, który zbudowano w odległych czasach, bo jeszcze w XIV wieku ! Na murach widać sporo turystów. U jego stóp jest dobre miejsce na nocleg. Teraz przed nami Nieszawa. Zaczynamy szukać miejsca na nocleg. Jak to zwykle bywa teraz trudno je znaleźć. A wydaje się, że wcześniej były, że na Wiśle z tym nie będzie problemu. Odpowiednie miejsce znaleźliśmy dopiero naprzeciw Nieszawy. Wieczorem wiatr słabnie, ale nadal jest bardzo zimno. Siadamy przy małym ognisku nad rzeką, gadamy, obserwujemy światła miasteczka, nie widać tam żadnej aktywności. My też wkrótce idziemy spać. Przysypiam, wziąłem najcieńszy śpiwór, wprawdzie nie jest mi zimno, ale nie mogę rozgrzać stóp więc zakładam skarpetki. Nad ranem nagrzewam namiot lampą gazową. Z ust leci para, jak w zimie na mrozie. Stoimy przy polnej drodze, za nią jest zielona uprawa. Tam właśnie harcują dwa koguty bażantów. Dalej odpowiada im trzeci i kłócą się zajadle. Słychać jak walczą, wyskakując do lotu i bijąc skrzydłami. Ranek wita nas przepiękną, słoneczną pogodą. Nie spieszymy się z wyjściem wygrzewając się w namiotach po bardzo zimnej nocy. Była to naprawdę zimno. Namioty od zacienionej strony ciągle są okryte szronem. Zbyszek zanotował w namiocie tylko 2 stopnie ciepła, spał w ubraniu, skarpetach i czapce. Ja przetrwałem chyba łatwiej, bo namiot mam z tropikiem i spałem jak zawsze w piżamie z boucle. Te malutkie przestrzenie w pętelkach zapewniły mi chyba lepszy komfort termiczny.
 Wczoraj był Dzień Flagi, która dziś dumnie powiewa na przeciwległym umocnionym brzegu w pobliżu pomnika pojednania polsko-niemieckiego i kolumny z orłem. Nieszawa leży w pobliżu Ciechocinka, w którym byłem kilka razy w sanatorium. To wtedy, poznałem okolice tego uzdrowiska od Nieszawy przez Raciążek, Słońsk, Otłoczyn - jeżdżąc rowerem z sanatoryjnym kolegą. To właśnie z tego okresu pokażę kilka zdjęć zrobionych w Nieszawie. Dziś oglądam znajome widoki z wody.
 Słychać kościelne dzwony, jest niedziela i chyba dlatego w pobliżu przystani promowej, po mszy zgromadziło się sporo ludzi. Cieszy nas widok spokojnej Wisły, nie ma wiatru, jest słonecznie i ciepło. Czekamy i obserwujemy jak prom "Nieszawa" dobija do nabrzeża. Po jakiś czasie widać zabytkową wieżę ciśnień, który zwiastuje Ciechocinek. Przez moment widać nawet odległe tężnie. Wkrótce płyniemy pod mostem autostradowym a na horyzoncie górują wieżowce na Rubinkowie. To już Toruń. Mijamy  ruiny zamku w Złotorii, ujście Drwęcy, nowy most drogowy, most kolejowy i Bulwary Filadelfijskie pełne ludzi. Jest bardzo ciepło, po Wiśle kręcą się łodzie spacerowe. Towarzyszy nam oczywiście widok toruńskiej Starówki. Za następnym, starym mostem drogowym zatrzymujemy się na odpoczynek i posiłek.
 Z góry przez chaszcze przedziera się mężczyzna i trókja dzieci w wieku ok 10 lat. On tylko w podkoszulku niemiłosiernie poparzony przez pokrzywy. Jako były zwiadowca - bo tak mówi o sobie, uczy dzieci maskowania i wtopienia się w otoczenia. Tak uzasadnia nakaz usmarowania twarzy błotem. Dzieciaki zrazu z oporami, później dokładnie wykonują jego polecenie smarując błotem nie tylko twarze ale przy okazji również koszulki. Odchodzą utytłani i umorusani a pan jest dumny z siebie, że przekazuje swoje umiejętności. Może jak był szczupły to służył jako zwiadowca. Jest już nieźle nawalony, więc najtrudniejsze zadanie dopiero przed nim - spotkanie z żoną.
Powtarza się problem ze znalezieniem miejsca na nocleg. Szukamy przez 2 godziny pływając od brzegu do brzegu. Wreszcie stajemy w pobliżu stanowiska wędkarzy, gdzie wieczorem rozpalamy mały ogień i smażymy marynowane plastry mięsa. Noc jest ciepła w porównaniu z poprzednią, ale ranek wita nas deszczem. Dziś nie płyniemy, pada do obiadu. Po południu się przejaśnia i wychodzimy na rozpoznanie okolicy. Za wałami p.powodziowymi rozciągają się kujawskie równiny pól uprawnych. Następnego dnia przed Solcem Kujawskim mijamy pracujące pogłębiarki i barki z piaskiem. Dalej jest kąpielisko i stanica WOPR, kiedyś opuszczona, dziś wygląda na odnowioną i chyba użytkowaną. A teraz mozolnie, bo Wisła płynie długimi prostymi odcinkami, zmierzamy do Bydgoszczy, do Brdyujścia. Gdyby nie czujność pewnie byśmy je minęli. Duża śluza otwarta od strony Wisły, obsługa małej wskazuje nam miejsce, gdzie najlepiej zakończyć spływ. To było pierwsze pływanie w tym roku.

Album foto


Podziel się
oceń
1
1

komentarze (7) | dodaj komentarz

Promień w Ciechocinku

poniedziałek, 10 listopada 2014 21:30

Album foto

 

Sanatorium "Promień" mimo świetlanej nazwy nie błyszczy.
 Dziś - po 21 dniowym turnusie NFZ i powrocie do domu mam okazję porównać to, co można zobaczyć na zdjęciach reklamujących owe sanatorium z rzeczywistością. To mój 5 pobyt w sanatoriach i wiem, że wykwintnego jedzenia można oczekiwać tylko w komercji. Ale wiem też, że dofinansowanie z NFZ i dopłata każdego kuracjusza, mimo skromnych środków, pozwala na takie zaplanowanie menu, że nie będzie to zasadniczym powodem niezadowolenia. Okazało się, że nie tylko mojego. Dyrektor - jak przystało na dobrego ekonomistę - wykazał się fantazją i polotem również w innej sprawie. Wycenił koszt postawienia samochodu na tzw. parkingu (łąka za opuszczonym pawilonem) na ponad 154 zł za turnus !!!  Nie tylko ja NIE skorzystałem z tej oferty.
 Polot sam w sobie nie jest zły, niekiedy uskrzydla, ale trzeba się kontrolować, żeby nie odlecieć.

 O Ciechocinku już pisałem wcześniej po pobycie w sanatorium Krystynka i Zdrowie. Zachęcam do przeczytania wpisu Ciechocinek, ponieważ nowymi zdjęciami odnoszę się do pokrzyw, o których wcześniej pisałem.  Pokazuję to co jest ładne i czym osławiony kurort może się pochwalić, ale pokazuję również to, czego nie znajdziecie we folderach reklamowych. Antyreklamy Ciechocinkowi nie robię, życzę wszystkim, żeby tam nabierali sił. Pokazuję stan faktyczny i zdjęciami komentuję efekty pracy wybrańców we władzach miejskich.
 W związku z tym zmieniam tytuł albumu na "Dwa oblicza Ciechocinka"
Wcześniejsze zdjęcia robiłem wiosną, tegoroczne jesienią. Zapraszam do obejrzenia galerii w nowym wydaniu.

Album foto

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Licheń po raz drugi

piątek, 05 września 2014 12:38

Album foto

 

Licheń to miejsce kultu, do którego raczej nie przyjedzie papież Franciszek. Największe wrażenie na mnie robią schody, na których widać jaki człowiek jest mały. Dla kajakarzy to również dobre miejsce startu w dwie strony. Tym razem popłynę w lewo na Wartę, dwa lata wcześniej popłynąłem w prawo przez Gopło, Kruszwicę, Inowrocław do Bydgoszczy. Popłynę samotnie, bo po upalnym lipcu przyszedł okres gorszej deszczowej pogody i trudno znaleźć towarzysza do znoszenia niewygód.
 Przygodny pielgrzym-turysta pomaga mi zdjąć z bagażnika kajak. Zostawiam samochód w bezpiecznym miejscu i wracając zaglądam tylko do kościoła św. Doroty. Do bazyliki pójdę, gdy wrócę po samochód.
 Na końcu jez. Licheńskiego jest jaz, który pamiętam sprzed dwóch lat. Wtedy założyłem fartuch i spłynąłem jako pierwszy. Marek, z którym płynąłem poszedł po mnie. Obaj bezpiecznie wylądowaliśmy za progiem przy różnicy poziomów ok. 50-60 cm. Teraz pamiętając o tym, że jaz nie stanowił wtedy problemu, śmiało ruszyłem do przodu. Kiedy byłem na progu i mogłem ocenić stan wody - było już za późno. Musiałem spłynąć, mimo, że oniemiałem jak zobaczyłem różnicę poziomów. Nie mogłem zrozumieć dlaczego teraz mam skoczyć co najmniej 1,2 m, bo mogło to być równie dobrze 1,5 m? Kajak obciążony nie tylko przeze mnie, ale również zapasami i wyposażeniem - poszedł cały pod wodę. Byłem pewny, że się wywrócę, ale udało mi się utrzymać równowagę i kiedy zobaczyłem że dziób już się nie pogrąża, ale unosi, z ulgą pomyślałem, że może mi się uda. Nie wywaliłem się. Jak to zwykle za jazem bywa, po obu stronach stali wędkarze. Też nie mogli zrozumieć dlaczego się nie wywróciłem, poza tym dowiedziałem się, że głupich nie brak. Na najbliższym możliwym miejscu, skąd już było widać kominy elektrowni Pątnów, doprowadziłem siebie i kajak do stanu używania. Musiałem się przebrać, bo wykładzina siedzenia i co zrozumiałe również spodnie były mokre, koszula mokra z przodu. Suche miałem tylko plecy. Wydaje mi się, że jak kajak zanurkował wlało się trochę wody górą ponad fartuchem. Wszystko się wyjaśniło wkrótce na pierwszej śluzie w Pątnowie. Po prawej cumuje rząd jachtów motorowych a śluza jest nieczynna. Dzwonię na podany na tablicy numer, przychodzi operator i wyjaśnia, że częstość śluzowań ograniczył Zarząd Dróg Wodnych w Poznaniu. Śluzować można tylko co 3 godziny, co spowodowane jest niskim stanem Warty. Teraz wiem dlaczego na opisywanym jazie był taki uskok. Poziom jez. Licheńskiego się nie zmienił, to Warta poprzez śluzy bardzo obniżyła poziom wody za jazem na jez. Pątnowskim.
Na pytanie:  - ... może coś pan wymyśli? 
- Nie chcę stracić roboty - śluza jest pod obserwacją, monitorowana - pada odpowiedź.
Koniec dyskusji. Siadam na ławeczce i w oczekiwaniu na godz 13 piję piwo.
Do następnej śluzy mam 7,6 km. Płynę pamiętając, że będę musiał czekać do godz 16. Dopływam do śluzy w Morzysławiu, wygramoliłem się z kajaka, jem bułkę i cierpliwie czekam. Niepotrzebnie, bo wkrótce przychodzi pani i dziwi się, że już jestem i że zaraz mnie przeprawi.
 Wpływam na Wartę i wkrótce widać bloki mieszkalne Konina. Planowałem przepłynięcie 50 km i nocleg na przystani w Lądzie. Tymczasem przepłynąłem 38 km i zatrzymałem się o godz 18:15 w dogodnym miejscu przy sezonowej przeprawie promowej za mostem autostradowym koło Sługocina.
Wieczorem deszcz, rano deszcz. Czekam prawie do południa, żeby podsuszyć namiot i wypływam późno. Cały plan spływu się załamał.
 Na drugi nocleg zatrzymuję się w Czeszewie, również przy promie, którym zarządza Nadleśnictwo Jarocin. Służy głównie pracownikom leśnym, przeprawia ich samochody, nazywa się "Nikodem" a czynny jest latem od godz 10 - 18. Prom cumuje przy wsi, ja nocuję na przeciwległym brzegu, gdzie przy potężnym dębie nadleśnictwo urządziło dobrze wyposażone miejsce biwakowe. Gdy się zagospodarowałem - ruszyłem oznakowaną ścieżką dydaktyczną "Starorzecze". Okazało się, że takich ogromnych dębów jest tam więcej. Koło jednego z nich stoi dużo ławek, stołów, jest zadaszenie, oświetlenie, miejsce na wielkie ognisko. Te dęby podziwiał również H. Sienkiewicz o czym informuje pamiątkowa tablica. Polecam to miejsce na nocleg.
 Każda większa rzeka jest dla części kajakarzy nudna, albo nieciekawa, albo taka, na której się "wali kilometry", że użyję określenia dawnego towarzysza spływowego. Kolejny raz powtarzam, że nie ma rzek nudnych, nudzą się ci, którzy po nich pływają. Na rzece ciągle coś się dzieje. Chyba, że nie potrafisz słuchać, obserwować i widzieć. W takim wypadku nawet okulista nie pomoże. Na szczęście jest tyle różnych rzek i możliwości, że każdy może pływać wg. własnych preferencji. Tyle, że nie wszyscy potrafią to zrozumieć. Po tej dygresji wracam na Wartę.
 Trzeciego dnia mam ładną, słoneczną pogodą. Aż do późnego popołudnia. Wtedy od strony Poznania zaczęły napływać burzowe chmury. Zrobiło się nieprzyjemnie. Przygotowałem się na deszcz, który w takich sytuacjach jest gwałtowny i zawsze zaskakuje. Nic się jednak nie działo, grzmiało gdzieś daleko. Jednocześnie z dokładnego opisu, który sobie zawsze przygotowuję w domu przed spływem wynikało, że jestem blisko Śremu. Może dociągnę przed ulewą do przystani. Kiedy widziałem już most przed Śremem pociemniało, zrobiło się zimno i zerwał się wiatr. Na rzece pojawiły się przeciwne fale, ale jeszcze nie padało. Kiedy po 2 km wpływałem pod następny most już w Śremie zerwała się wichura, fale zaczęły przelewać się po pokładzie, prawie wyrwało mi wiosło z ręki. Ledwie płynąłem. Jakoś udało mi się wydostać za most, który zadziałał swą konstrukcją jak dysza zwiększając prędkość przeciwnego wiatru. Szukam wzrokiem przystani, ale mijam umocnione brzegi, później stateczek spacerowy. Wreszcie za miastem widzę nad rzeką jakiś obiekt obserwacyjny. Może tu? Tak, widzę kanał prowadzący w lewo i cumujące łodzie. Płynę jeszcze jakiś czas rzeką pod wiatr, żeby sobie zrobić miejsce na nawrót i szczęśliwie wchodzę w kanał. Na jego końcu jest przepompownia, a kanał do niej prowadzący wykorzystano jako przystań i miejsce do cumowania łodzi. Teraz muszę jakoś wyjść z kajaka. Podpływam w pierwsze możliwe miejsce, jest za głęboko, bo wiosłem nie dotykam dna. Pomost mi odpływa, nie daje oparcia. Jeszcze nie pada, ale za chwilę zmoknę jak szybko się nie wygramolę. Dobrze, że nie zalewają mnie już fale. Dostrzega mnie bosman mariny i każe płynąć jeszcze dalej. Wpływam między dwa jachty, pomost znów ruchomy, ale zapiera się o jedną z łodzi. Bardziej przerzucam się na podest niż wysiadam. Znów mi się udało. Bo zwinność jest wprost proporcjonalna, ale odwrotnie do wagi i wieku. Zdołałem wciągnąć kajak na pomost. Przyjmuję propozycję bosmana, decyduję się błyskawicznie - nie stawiam namiotu. Za 15 zł mogę przenocować w wigwamie, o którym później, albo w przyczepie. Wchodzę do przyczepy obładowany ekwipunkiem, wracam po następny ładunek i zaczyna lać. Bosman ucieka do swojego kontenera. Zakrywam kokpit kajaka deklem, nie rozładowuję drugiego luku i mokry wracam do przyczepy pod dach. Później się okaże, że trochę przeciekający.
Gdy przestało padać kończę rozładowywać kajak i zabezpieczam go na noc. Przebieram się, idę do szefa, częstują mnie herbatą i już wiem, że długo nie zasnę. Obok przyczepy stoi wigwam. Jest to wysoka, obszerna, drewniana konstrukcja. Wewnątrz stoły, ławki, prąd i oświetlenie, miejsce na duże ognisko. Przyjeżdżają samochody z: kiełbasami, napitkiem, drewnem na ogień i oczywiście z piwem. Przychodzą uczestnicy. Wigwam jest zajęty na jakąś firmową imprezę, to dlatego nie mogę w nim nocować.Tymczasem idę obejrzeć miasto i coś zjeść. Wracam, w obiekcie ustawionym przed mariną biorę prysznic. Tańce, śpiewy, co jakiś czas aplauz, bo leci: "Jesteś szalona...". Nie mogę zasnąć. Ale stopniowo robi się ciszej, głośniki milkną ok północy. Przemyślałem wszystko, całego planu i tak nie zrealizuję, po trzech dniach mam dosyć przeciwności. Jutro wracam do domu. A na Wartę kiedyś wrócę, gdy popłynę Prosną.


 Album foto       


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Kajakiem na Woodstock 2014

czwartek, 07 sierpnia 2014 15:27

Album foto

 

Droga zamknięta dla ruchu, upał potworny. Tłok, ludzkie mrowie, tłum dążący w pobliże głównych scen. Niektórzy już nie idą, odpoczywają w rowie na poboczu, bo od miasta to już ok 4 km. Inni, którzy już odlecieli może po piwie, śpią na asfalcie. Piwo leje się tu nieprzerwanym strumieniem, płynie jak ta rzeka w pobliżu. Na plecach - plecak a dla równowagi karton piwa 4x6 puszek przed sobą. Są różne pomysły, aby jego transport usprawnić, bo trudno nieść przed sobą kilometrami ciężar ok 12 kg. Oportuniści biorą po prostu wózek sprzed marketu, bardziej pomysłowi mocują razem 2 deskorolki i ciągną już 4 kartony. Konstruktorzy przywożą osobno małe kółka, oś, kilka szczebli i gwoździe, montują i ciągną nie tylko piwo, ale również plecaki. Zwrócić na siebie uwagę można ubiorem, więc nie brakuje dziewczyn w koniecznie porozrywanych rajstopach, bo taka moda obowiązuje na ten rok. Zdarza się również czapka uszanka, facet przebrany za biskupa błogosławiący tłumy, uniform radzieckiego generała. W lesie rozwinięty szpital polowy, wcześniej w gotowości ambulans. Co chwila, omijając leżących, jadą na sygnale policyjne radiowozy i motocykle, pogotowie ratunkowe albo straż pożarna. Zagrożenie ogromne - sucho, żar leje się z nieba i setki tysięcy ludzi w okolicznych lasach. Uśmiech nie tylko mój budzi pomysłowość może 12 letniego chłopaka, który, żeby przejechać rowerem w stronę miasta, naśladuje perfekcyjnie odgłosy syreny alarmowej łącznie ze zmianą sekwencji sygnałów. Odruch powoduje, że idący przed nim udostępniają mu drogi. Im bliżej centrum wydarzeń tym tłoczniej.
Nie dziwi siostra zakonna, ksiądz siedzący na poboczu i dyskutujący z młodymi, z których jeden mówi:
- ...nie chodzę k... do kościoła, bo k... w kościele jest nudno - ciągle to samo i k... nic się nie dzieje.
Tu wolności mu nie brakuje, bo policja reaguje tylko w drastycznych przypadkach, chociaż na wszelki wypadek rozstawili wozy z armatkami wodnymi. Staję w pobliżu najbliższej sceny, inne są dalej, na zboczu. Obok przygotowane skocznie bandżi, jakieś konstrukcje podobne do rollercoasterów i inne służące również zabawie. Po horyzont namioty, pawilony, sklepy, piwne parasole, prysznice (7zł) i dziesiątki tysięcy ludzi. Nagle ryk, ożywają "głośniki", technicy sprawdzają i ustawiają nagłośnienie. Uciekam spod sceny nie tylko ja. Bolą uszy, czuję, jak we mnie drga moje wnętrze, dziwne uczucie. Potężna energia akustyczna wprawia w wibracje nie tylko ludzkie narządy, w rytm głównie basów trzepocą liście krzaków. Myślę, że moc generowana przez "głośniki" sięga setek tysięcy kW !!!
Byłem ! zobaczyłem ! wracam na przystań "Delfin".
  Wypłynęliśmy spod mostu na Noteci w miejscowości Zamość. Pierwszego dnia musimy pokonać 3 przeszkody stałe. Przez pierwszy jaz się przenosimy, drugi jaz jest otwarty - do młyna w Chobielinie płyniemy bez przeszkód. Tu kajaki trzeba przenosić przez tamę starego, ale czynnego, napędzanego już elektrycznie młyna. Tuż obok w parku znajduje się odrestaurowany dwór a mieszka w nim Anne Applebaum z mężem - znanym politykiem - Radosławem Sikorskim.
 Coraz wyraźniej słychać wybuchy, zbliżamy się do jakiegoś poligonu ? Zaintrygowany pytam o to miejscowego wędkarza. Okazuje się, że nie ma żadnego poligonu. Są stawy rybne i po zainstalowaniu głośników automat losowo odtwarza odgłosy wystrzałów, które mają płoszyć drapieżniki biegające i latające. Dopływamy do połączenia Noteci z Kanałem Bydgoskim, mijamy "Milicję" - tak nazywa się jedna z łodzi motorowych. Czyściutka, krystaliczna dotąd rzeka zostaje zanieczyszczona zielskiem i śmieciem wypływającym z Kanału. Wszystko to płynie przez Nakło. Po prawej przed mostem widać port ze stateczkami wycieczkowymi, które okres świetności mają już chyba za sobą. W tym samym basenie trwają prace wykończeniowe na obiekcie dla wodniaków, ale raczej tych bogatszych - czyli pływających jachtami motorowymi. Kiedyś po drugiej stronie rzeki była przystań dla kajakarzy, dziś opuszczona i niszczejąca.
 Do śluzy za Nakłem dopływamy w ostatnim momencie, w komorze jesteśmy 3 min przed 16:00. To ważne, bo otwiera dziś możliwość dalszego płynięcia. Tak też robimy i zatrzymujemy się na nocleg dopiero na śluzie Gromadno. Pan zarządzający śluzą udostępnia zewnętrzny kran z wodą, co jest wybawieniem od konieczności mycia się w brudnej niestety wodzie. Pod mostem biorę prysznic wylewając na siebie wodę z baniaka. To przynosi trochę ulgi po upalnym dniu, ale do namiotów można dopiero wejść po zachodzie słońca. Operator śluzy mówi, że ... kiedyś to było lepiej. O co mu chodzi ? Wyjaśnienie jest proste - kiedyś systematycznie pływały barki ze Szczecina do Bydgoszczy i stamtąd do Elbląga albo Gdańska. Teraz nic nikomu się nie opłaca, transport drogą wodną również. Śruby holowników oczyszczały rzekę. Jestem zaniepokojony tym, co niesie nurt, bo długo nie da się w tym płynąć normalnie.
Rano śluzuje nas żona tego pana, on jest zajęty czyszczeniem wlotów na turbiny zainstalowane przez prywatnego inwestora na kanale opływowym. Z tego bocznego kanału wypływa dodatkowe zielsko. Prawie stajemy w miejscu. Jednak po kilku km mordęgi jest coraz łatwiej. Rzeka płynie niedostępnym z zewnątrz korytem, oddzielona barierą trzcinowisk, w nurcie słaniająca się wodna roślinność. To wszystko powoduje, że już za następną śluzą rzeka jest tak czysta, że trudno w to uwierzyć. To ulga dla ciała, bo można się w niej zanurzyć i ochłodzić, zamoczyć koszulę i mokrą założyć na siebie. Upał niespotykany.
 Na całej zaplanowanej trasie mamy 14 śluz, ale dzięki wzajemnej informacji o ruchu na rzece, śluzy nie stanowią problemu - czekają na nas otwarte. Forsuję tempo, żeby zanocować w Czarnkowie. Jest tu nowa, dobrze wyposażona przystań wodna. Przy pomostach stoją motorowe jachty, które mogą korzystać z energii elektrycznej doprowadzonej bezpośrednio na pomosty. Jest kuchnia z podstawowym wyposażeniem - można ugotować obiad, zrobić pranie, na co pozwala stojąca obok pralka. Korzystamy z czajnika, żeby zagotować wodę. Oczywiście oprócz WC są prysznice. Wszystko ładnie urządzone i zagospodarowane, ławeczki, zieleń. I to wszystko ... za darmo ! Inna, mniejsza i skromniej wyposażona powstała w Drawsku a budowa obu została dofinansowana z unijnych środków.
 Niestety, nie udało mi się napić piwa z miejscowego, małego browaru. W niedzielę, w środku sezonu ! piwiarnia przy browarze była zamknięta.
 Noteć nabiera siły i potężnieje po tym jak odbiera najpierw wody Gwdy a później Drawy. Rzeka ciągle bardzo czysta, miejscami przypomina Krutynię, Można obserwować rośliny porastające dno i przemykające ryby. Wieczorem słychać jak rzucają się żerujące jakieś ryby. Brzegi ciągle niedostępne okolone szpalerem trzcinowisk, na drzewie siedzi chyba ... orzeł bielik. Dopiero od Santoka, po połączeniu z Wartą woda robi się mętna. Ładnie wygląda z rzeki bulwar w Gorzowie Wielkopolskim. W nurcie rzeki tryskają fontanny, na nadbrzeżnym deptaku ... żywe ! a nie sztuczne palmy. Jesienią są gdzieś przewożone na zimowanie.
 Woodstock nie spowodował wzmożonego ruchu na rzece. Mija nas, bo jesteśmy już na biwaku, dwójka kajakarzy płynąca z Drawy do Gryfina. My mijamy najpierw grupę Niemców a później dwóch młodych ludzi na tratwie płynących z Lądu za Koninem do Kostrzyna. Mijamy też Niemkę, która płynęła na sposób hawajski (Stand up paddle). Na dużej desce umocowane wyposażenie, ona przypięta ... stojąc odpychając się jednym, długim wiosłem. Pokład wyłożony gumą, na noc pompowany stawał się miejscem do spania. Zdjęcie jest kiepskiej jakości, mimo to je zamieszczam, bo obrazuje to, co starałem się opisać. Po raz drugi zobaczyłem ją z mostu, gdy dopłynęła do Kostrzyna a ja wracałem na przystań. TV na nią już nie czekała, wcześniej zrobili migawkę z załogą tratwy, płynącej pod flagą swojej gminy i przez kogoś sponsorowaną. A to ona ! bardziej zasługiwała na zauważenie i publiczne dowody uznania. Wykazała się niesamowitą odpornością, wytrwałością i kondycją. 
 A na przystani ruch. Oprócz szybkiego pontonu ratowników WOPR, dyżurują 2 patrolowe łodzie policyjne, w odwodzie czekają 2 radiowozy policji i samochód bojowy straży pożarnej. Bosman mówi, że tak jest co roku, zgodnie z opracowaną logistyką musi przystań i jej obiekty udostępnić służbom zabezpieczenia. Przystań jest usytuowana w pobliżu torów kolejowych i słychać jak jeden za drugim jadą specjalne pociągi wiozące uczestników. Dziś jest dopiero czwartek, Woodstock zaczyna się jutro a doskonale widoczny z przystani most zakorkowany już od Słońska, sznur samochodów ledwie się posuwa. Autokary specjalnie oznakowane policja przepuszcza w pierwszej kolejności. Każde bardziej wrażliwe skrzyżowanie jest dozorowane i regulowane przez policję, straż miejską albo straż graniczną. A do miasta ciągle napływają tysiące nowych, żądnych wrażeń uczestników.
Trudno mi  w to uwierzyć, ale powtarzam za oficjalnymi źródłami: Kostrzyn to miasto liczące ok 17 tys. mieszkańców a w roku ubiegłym na Woodstock przyjechało wg różnych szacunków nawet 750 tys. osób !!!
 Patrole policyjne są wszędzie, również na bocznych ulicach, w parkach na peryferiach. Czuje się, że policję i uczestników obowiązuje jakieś niepisane moratorium. Pierwsi nie reagują na zaczepki i drobne wykroczenia, drudzy są hałaśliwi, podpici, ale nie przekraczają niewidocznej granicy, za którą jest natychmiastowa reakcja zmasowanych sił i kończy się rozróba. Przy wjeździe do Kostrzyna w pobliżu twierdzy policja oprócz nadzorowania ruchu sprawdza również wybrane osoby narkotestami.
  Po sprowadzeniu samochodów okazuje się, że na terenie przystani stoi wóz niemieckiej Technische Hilfe Feuerwehr - odpowiednika naszej straży pożarnej, ich samochód dowodzenia i polskiej produkcji ! wykonany w Lubawie, duży namiot, w którym Niemcy nocują. Na brzegu zacumowana niemiecka łódź z opuszczanym dziobem, co umożliwia wciągnięcie poszkodowanych bezpośrednio z wody na pokład. Później przyjeżdża radiowóz niemieckiej policji. Niemcy to najliczniejsza grupa obcokrajowców, która przyjeżdża do Kostrzyna nie tylko na Woodstock, ale głównie na regularne zakupy.
Takiej koncentracji przede wszystkim policji, straży pożarnej, służb medycznych i innych, odpowiedzialnych chociażby za sprzątanie miasta, jeszcze nie widziałem.
 Dlaczego, skoro nie ma przymusu i jeszcze trzeba wydać jakieś pieniądze, znieść niewygody, chodzić w maskach, żeby chronić się przed kurzem, prawie milion ludzi rusza nagle w Polskę? Badania socjologiczne na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi nie dały i nie dadzą, bo wnioski zależą od tego, kto i za ile je zamawia. Zupełnie jak z tzw. biegłymi w sądach powszechnych. Slogan o jakimś polskim braterstwie jest takim samym mitem, jak migawki, które oficjalnie są pokazywane w mediach. Cenzury już nie ma, ale lepiej kształtować pozytywny obraz wydarzenia i nie pokazywać scen, które budzą niesmak. Prawdą natomiast jest, że spotykają się tu znajomi, którzy przyjeżdżają co roku i odnajdują przez telefony.
 Mimo przejściowych trudności, miasto jakoś funkcjonuje a mieszkańcy nie narzekają, już się przyzwyczaili do stanu oblężenia i najazdu turystów. Najprawdopodobniej wszyscy czerpią przy tej okazji zyski.
 Zawsze starałem się pokazać jakieś zdjęcia ze spływu, pewnie nudne, bo monotematyczne. Tym razem pokażę niewiele. Mój towarzysz nie fotografuje, mimo, że tak naprawdę to aparat robi za nas wszystko. Po zdjęciach z pierwszego jazu karta odmówiła posłuszeństwa w perfidny sposób. Nadal zapisywała pliki tylko z uszkodzonym nagłówkiem, więc zdjęć odtworzyć nie można.

Kilka zdjęć pokazuję tu:
Album foto


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Do Św. Lipki na kolanach

piątek, 11 lipca 2014 6:32

Album foto


 Kolana poranione, pokryte już strupami. Nogi posiniaczone. Zupełnie jak na pielgrzymce, której na początku nie planowałem.
 Inspiracją, żeby popłynąć Dajną, były odległe czasy, kiedy z żoną pojechaliśmy w czerwcu do Piecek na weekendowy spływ do Św. Lipki. Pamiętam, że przepłynęliśmy kajakiem jedynie na drugą stronę jeziora, może 2-3 km. Dla nas na tym spływ się skończył. Było zimno, lało okrutnie i bez przerwy. Po pierwszym dniu uznaliśmy, że w tych warunkach pływanie nie ma większego sensu. Takie wspomnienia kołaczą się w mojej pamięci i uznałem, że warto ten szlak dokończyć.
 Informacje o tym, że ta trasa jest przygotowana do pływania kajakami są nieprawdziwe. Kiedyś postawiono jedynie tablice informacyjne, z których część już leży, tak jak idea, aby ten szlak przygotować do turystyki kajakowej. Miejsca na biwak na tym szlaku nie ma żadnego a trasa mimo, że krótka do najłatwiejszych nie należy za sprawą wąskiego, płytkiego, kamienistego fragmentu koło Wierzbowa.
 Wypływamy o godz. 12:40 z ośrodka wypoczynkowego w Ostrowie Pieckowskim. Przenosić się już trzeba za jez Wągiel przez lokalną drogę przed Wierzbowem, bo przepustami przepłynąć się nie da. Natomiast przepust pod drogą w Wierzbowie jest większy, można w niego wpłynąć, kajaków nie trzeba przenosić, mimo, że strop obniża się znacząco na końcu. Kolega płynąc sam w dwójce położył się w kajaku i przepłynął w miarę swobodnie odpychając się rękami. Ja w jedynce tego zrobić nie mogłem, musiałem wysiąść, kajak puścić z nurtem a prawie cały przepust pokonałem idąc na kolanach na czworakach a pod koniec i tak brakowało mi przestrzeni. Więc poocierałem plecy i poraniłem kolana, bo dno jest tam kamieniste i pewnie zaśmiecone, czego w ciemnościach i tak nie widać. Dalej najlepiej, bo najszybciej, jest kajaki holować. Nam pokonanie strugi łączącej jez. Wągiel i jez. Wierzbowskie o długości 1,7 km zajęło godzinę i 15 min. Wykąpać, doprowadzić się do porządku i odpocząć można na pomoście z lewej na początku jez. Wierzbowskiego. Dalej mijamy dwa mosty - drogowy i kolejowy i szlak prowadzi na jez. Czos do Mrągowa. Przy końcu jeziora po prawej widoczny amfiteatr a dalej kładka dla pieszych, pod którą przepłynąć można swobodnie. Za kładką jest most za nim słychać głośną muzykę dochodzącą z miasteczka westernowego Mrongoville. Za następnym mostem na obwodnicy dopływamy do gospodarstwa rybackiego, gdzie hodowane są pstrągi i jesiotry. Obserwujemy karmienie ryb i przewozimy się (wózek 3 zł od kajaka) za stawy rybne. Wkrótce po przenosce wpływamy na jez. Czarne i o godz 18:00 po przepłynięciu 15 km lądujemy obok opuszczonego ośrodka wypoczynkowego.
 Nad ranem budzą mnie wędkarze, zasnąć nie mogę, wstaję wcześnie i robię zdjęcia. Ranek jest już upalny, pogoda sprzyja, wypływamy wcześnie po kąpieli. Jeziora na całym szlaku do tego zachęcają, bo są krystalicznie czyste, w małym stopniu wykupione. Brzegi zalesione - spokój i cisza. Ale czy na długo? Pewnie i tu brzegi zostaną zagrodzone i upstrzone tablicami z informacją "Teren prywatny - wstęp wzbroniony". 0,5 km za jez. Czarnym czeka nas następne przenoszenie przez polną drogę prowadzącą do Szestna. Rzekę tarasują betonowe kręgi porzucone za dwoma przepustami. Po wpłynięciu na małe jeziorko Kot trzeba skręcić w lewo i kierować się na widoczne zabudowania, żeby odszukać wypływ prowadzący na jez. Juno. Widać z niego po lewej Mrągowo, szlak Dajny prowadzi w prawo do Kiersztanowa.
W Kiersztanowie za mostem i niewielkim bystrzem mijamy zabudowania rezydencji stylizowane na średniowieczny zamek, kładkę a na niej rzeźbioną kapliczkę. Za jeziorem Kiersztanowskim musimy znów holować kajaki po kamienistej strudze do miejsca, gdzie przy osadzie Śpigiel, przy zabudowaniach nad rzeką, musimy kajaki przerzucić przez prywatną zastawkę z kładką. Za jez. Śpigel rzekę zagradza zwalone drzewo i kajaki przeciągamy po brzegu a utrudniają to niedostępne, zarośnięte pokrzywami brzegi. Dopływamy do miejscowości Pilec i elektrowni wodnej, gdzie mamy piątą przenoskę przez lokalną drogę. Przed nami jezioro Dejnowa, z którego Dajna płynie w prawo i uchodzi do rzeki Guber za Kętrzynem. My płyniemy prosto, mijamy ośrodek wypoczynkowy i dopływamy na koniec jeziora do Świętej Lipki. Biwakujemy obok dogodnego miejsca do kąpania, z którego korzystają mieszkańcy wsi.
Święta Lipka to sanktuarium Maryjne ze słynnymi organami - miejsce odwiedzane licznie przez pielgrzymki i turystów nie tylko z Polski ale również z Niemiec. W porównaniu ze stanem sprzed wielu lat, kiedy tu byłem, widać, że kościół, otoczenie znacznie się zmieniło. Oczywiście oglądamy krużganki, wnętrze kościoła i słuchamy prezentacji organów.
Dalej nie płyniemy, mimo, że plany były o wiele bogatsze. Kolega musiał wracać do domu po alarmującym telefonie.
Mimo to, jestem zadowolony, że kajakiem, trochę na kolanach udało się przynajmniej w części plan zrealizować.


Album foto  tu link do Galerii autorstwa p. Anny Majewskiej


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Małą rzeką do wielkiej granicy

środa, 25 września 2013 17:08

 

Album foto

 Spływ tylko dwudniowy, kilometrów też niewiele, więc opis też będzie krótki. Węgorapa wypływa z jeziora Mamry, czyli tyle samo wody ile odprowadza rzeka, musi do jeziora ciągle napływać. Spływ najlepiej zaczynać w Parku Helwinga, na Kanale Młyńskim, który za Węgorzewem łączy się z rzeką (mapa w zestawieniu spływów) a rzeka płynie do granicy z Rosją w Mieduniszkach. Za Węgorzewem kanał jest wąski, bez możliwości wyjścia na brzeg, porośnięty trzcinami, po połączeniu rzeka jest już szersza i łatwa, chociaż były 4 wywrotki. W Ołowniku jest dość duża elektrownia wodna, poza tym innych przenosek nie ma, wszystkie jazy były otwarte. W jednym miejscu przeciągaliśmy kajaki po łące, każdy radził sobie inaczej, bo na drzewie zatrzymała się zbita masa ściętej roślinności i zagrodziła rzękę.
 Z małymi objawami syndromu dnia poprzedniego wypływaliśmy w piątek w deszczu i padało cały dzień, dobrze, że niezbyt intensywnie. Jednak pod koniec etapu, po 6,5 godzinach wiosłowania, każdy był przemoknięty. Po przyjeździe autokarem do hotelu szybko dochodziliśmy do normalności przede wszystkim po gorącym prysznicu i obiedzie. Atrakcją wieczoru był najpierw w dowolnych ilościach wędzony jesiotr i piwo a później występ Leonarda Luthra.
 Chyba po tym jesiotrze, w sobotę, niektórzy twierdzili, że z rana piwo jak śmietana. Sobota była tylko zimna, właściwie bez deszczu a końcowy odcinek do Mieduniszek nawet słoneczny.
 W niedzielę po śniadaniu, również z bogatym wyborem, ale już bez bułeczek na drogę, jedziemy najpierw zobaczyć poniemieckie śluzy na Kanale Mazurskim. Mało kto wie, że taki istnieje a jeszcze mniej słyszało o tych śluzach. W albumie na jednym ze zdjęć można przeczytać najważniejsze informacje. Imponują przede wszystkim wielkością. W tamtych czasach było to ogromne przedsięwzięcie koncepcyjne. Ciąg tych budowli hydrotechnicznych musiał być wyzwaniem dla projektantów i budowniczych stosujących metodę szalunkową, której ślady widać do dziś. Nie widać natomiast pęknięć, rys, degradacji, mimo upływu czasu i braku konserwacji. Widocznie wtedy w betonie było 100% cementu i kruszywa, czego nie można powiedzieć o betonie polskich autostrad. A może wtedy beton był mocniejszy? Kolejne wojny przerywały budowę, szczególnym cieniem kładzie się na tym projekcie hitlerowska swastyka a później konsekwencje drugiej wojny światowej. Kiedyś brak zgody Związku Radzieckiego ze względów strategicznych na kontynuowanie prac, dziś Rosja nie widzi ekonomicznych podstaw do ich wznowienia.
 Teraz o Sztynorcie. Miałem inne wyobrażenie o tym miejscu. Nie zachwycił mnie ani port jachtowy, ani jego otoczenie, ani park ani pałac. Dlatego, że pałacu nie przypomina. Do odbudowy tego zespołu włączyła się Polsko-Niemiecka Fundacja. Trwa renowacja pałacu, może kiedyś odzyska dawny wygląd. Historia związana z tym miejscem - romantyczna i dramatyczna jest na pewno magnesem, jednak przyciąga tylko wypchane portfele ze względu na zaporowe ceny.
 Ostatnie miejsce, które oglądaliśmy w ramach wycieczki to kwatera Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych Wermachtu w Mamerkach. Dlaczego tu chcą za wstęp 12 zł nie wiem. Nie wiem czyja to własność, bo przecież bunkry wybudowano w czasach niemieckiej okupacji. Wg. mnie to kolejna pułapka zastawiona na kasę turystów. Czy mam rację przekonasz się, jak je zobaczysz.

  Album foto


Podziel się
oceń
0
0
Tagi: Węgorapa

komentarze (11) | dodaj komentarz

Rzekami Roztocza

piątek, 06 września 2013 20:02

 Ilustracja zdjęciowa  Foto album

 

Opisywanie Roztocza, jako krainy geograficznej nie jest moim celem. 
 Ale gdybym tam nie był, nadal bym myślał stereotypowo, że na urlop trzeba jechać nad morze, w góry lub na Mazury już bez cudu natury, ale zabierając walizkę pieniędzy. Ilość turystów odwiedzających Roztocze a szczególnie pływających rzekami mnie zaskoczyła. Takich ogromnych hałd kajaków leżących na brzegu i czekających na turystów jak w Obroczy, nie ma nawet na Krutyni. 
 Tanew i górny Wieprz przepłynąłem w ramach Ogólnopolskiego Spływu Kajakowego "Rzeki Roztocza", który poprowadził ppłk rez. mgr inż. Lesław Flaga. Można z nim pływać również po rzekach Ukrainy. Komandor okazał się także znakomitym gawędziarzem i znawcą historii nie tylko regionu, ale Polski.
 Na spływie miałem również przyjemność spotkać się z H. Sienkiewiczem, u którego zdawałem egzamin na przodownika turystyki kajakowej i poznać prof. J.Sobolewskiego autora książki "Kajak i przygoda" i panią prof. Aleksandrę Nawrocką (wieku nie podaję, bo o zgodę nie prosiłem, ale  wystarczy kliknąć w odnośnik "Ola").
 Stałą bazą spływu było pole namiotowe nad zalewem Rudka w Zwierzyńcu. W Zwierzyńcu jest zabytkowy browar założony przez Stanisława Kostkę Zamoyskiego w XIX wieku. Na jego dziedzińcu rokrocznie odbywa się Letnia Akademia Filmowa. My mieszkaliśmy w pensjonacie "U Drwala". Właścicielka p. Ania okazała się nie tylko osobą miłą i życzliwą, ale przede wszystkim traktowała swoich gości jak ... gości a nie jako źródło kolejnych banknotów.
 Roztocze to głównie miasta Zamość, Zwierzyniec, Krasnobród, Szczebrzeszyn. Wszystkie łączy postać hetmana, kanclerza wielkiego koronnego - Jana Zamoyskiego i jego Ordynacja. To także miejsce bogatych w grzyby (rydze !) i dziczyznę lasów, co powtarzam za drwalem, z pięknymi, smukłymi jodłami. Wreszcie, tu wiedzą, jak się robi najlepsze, pyszne pierogi i zbiera miody. 
 Spływ zaczynamy w sobotę od obejrzenia tzw. szumów albo szypotów na Tanwi. Są to 24 progi skalne na rzece o różnej wysokości i trzeba je zobaczyć, bo jest to unikat w skali kraju objęty ochroną. 
 Po zwiedzeniu rezerwatu siadamy do kajaków, ale nie na długo. Górny odcinek Tanwi nie jest może trudny, ale uciążliwy. Rzeka jest zawalona drzewami, trochę przypomina Liwę. To dlatego pierwszy etap kończymy późno a do Zwierzyńca dojeżdżamy dopiero po godz 20:00.
 W drugim dniu spływu, po dopłynięciu do Osuchów, w drodze powrotnej do Zwierzyńca zatrzymujemy się przy drodze do Józefowa, gdzie znajduje się cmentarz około 300 partyzantów Batalionów Chłopskich i Armii Krajowej, poległych w największej bitwie partyzanckiej stoczonej na terenie Puszczy Solskiej podczas II wojny światowej, zwanej Bitwą pod Osuchami.
 Trzeci dzień to etap z Osuchów do Pisklaków.
 W czwartym dniu spływu, przed etapem zwiedzamy przełom śródleśnej rzeczki Sopot w rezerwacie "Czartowe Pole".  Można tu również zobaczyć ruiny starej papierni Zamoyskich, pomnik upamiętniający manewry wojsk polskich w 1931 roku, cmentarz partyzantów poległych w walkach w 1943 roku.
 Spływ Tanwią kończymy w Harasiukach, skąd do Sanu jest jeszcze ok 20 km. Po etapie oglądamy wyrobiska nieczynnych już kamieniołomów Nowiny a później rezerwat "Nowiny", gdzie ochroną objęto roślinność wodną i torfowiskową leśnych bagienek. Nad małymi oczkami wodnymi rośnie tu np. owadożerna rosiczka.
 Tanew za Rebizantami jest, jak już pisałem, uciążliwa. Nurt przegradzają i tarasują powalone drzewa. Część przeszkód da się opłynąć, część przeskoczyć wg. Jaśka metodą dupcowania, ale często z kajaka trzeba wchodzić na leżące w nurcie drzewa lub do wody i przepychać kajak górą, nad powalonymi drzewami. Koniecznie to trzeba brać pod uwagę przy planowaniu spływu i doborze uczestników. Od miejscowości Borowe Młyny na Tanwi nie ma już przeszkód. Staje się rzeką typowo nizinną najpierw wąską, później szerszą o piaszczystym dnie.
 Pierwsza część spływu za nami, w środę jedziemy autokarem do Zamościa. Ale najpierw zatrzymujemy się w Krasnobrodzie. To małe miasteczko liczące niewiele ponad 3 tys. mieszkańców znane przede wszystkim jako miejsce kultu religijnego. Znajduje się tu barokowy zespół klasztorny dominikanów, który wraz z kościołem ufundowała Marysieńka Sobieska jako wotum wdzięczności za uzdrowienie. Pod "Kaplicą na Wodzie" wypływa woda źródlana, która wg. wierzeń ma uzdrawiającą moc. W zabudowaniach klasztoru mieści się Muzeum Wsi Krasnobrodzkiej, w którym można zobaczyć wieńce dożynkowe, dawne sprzęty niezbędne do hodowli i uprawy roli a na dziedzińcu jest mała ptaszarnia. Tu odbywają się też cykliczne Międzynarodowe Koncerty Organowe i festiwale muzyki organowej.
 Zamość to miasto powszechnie znane. Zbudowane od podstaw, w roku 1589 zostało stolicą Ordynacji Zamojskich. Centralnym miejscem jest regularny Rynek Wielki  z ratuszem i kamienicami ormiańskimi (zobacz mój filmik), a także fragmenty umocnień obronnych wraz z pochodzącymi z okresu zaboru rosyjskiego nadszańcami.
 W czwartek rozpoczynamy spływ górnym Wieprzem od miejscowości Hutki. Płyniemy do Guciowa, dalej płynąć nie wolno, bo Wieprz wpływa na teren Roztoczańskiego Parku Narodowego. Stąd trzeba kajaki przewozić do Obroczy. Korzystamy z przerwy z tym związanej i idziemy do "Zagrody Guciów" wpisanej do rejestru zabytków, która składa się z chałupy oraz dwóch budynków gospodarczych - stodoły i obory z poddachem. Jest tu restauracja, w której legalnie można do obiadu zamówić bimber a po drugiej stronie drogi go kupić. W Obroczy w oczy rzucają się setki kajaków ułożonych w stosy. Pierwszy raz widzę coś takiego. Pierwszy etap Wieprzem kończymy w stałej bazie nad zalewem Rudka w Zwierzyńcu. Następnego dnia płyniemy ze Zwierzyńca do Szczebrzeszyna. Na trasie jest kilka niewielkich, bezpiecznych bystrzy. Ostatnie z nich w Szczebrzeszynie przy młynie, również bezpieczne, chociaż z mostu może wyglądać groźnie. Przed młynem rzeka przyspiesza, staje się wąska, zarośnięta krzakami, przybiera postać kanału, gdzie już nie można się zatrzymać. Ten niewielki próg spływać środkiem i za nim kierować się w  prawo, żeby nie utknąć na mieliźnie. Opisuję to miejsce, ponieważ można znaleźć różniące się oceny stopnia występującego tu zagrożenia, którego właściwie tu nie ma. Wieprz nie jest uciążliwy, płynie się swobodnie a my kończymy spływ nad zalewem w Nieliszu. Na opisywanym odcinku Wieprza poza przewożeniem, trzeba 6 razy przenosić kajaki (Bondyrz, gdzie jest zajazd "Karczma Młyn" z nietypową, bo ze szparagami, pyszną zupą rybną, można tu również kupić wędzoną rybę;  następny, dawny młyn w Bondyrzu, elektrownia na końcu zalewu Rudka w Zwierzyńcu; jaz Turzyniec z podwójnym progiem; jaz koło Klemensowa przy dawnej cukrowni; jaz przy elektrowni w Michałowie).

 Życie dopisało następne zdanie. Dziś dostałem smutną wiadomość, że prof. Aleksandra Nawrocka "OLA" zmarła w wieku 87 lat.

 

Album foto


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Od bazyliki do Bydgoszczy

czwartek, 25 lipca 2013 7:51

 

Ilustracja zdjęciowa Foto album

 

  Poza dygresjami wszystkie opisy mają przekazać przydatne informacje potencjalnym naśladowcom, ułatwić planowanie. Szlak, o którym piszę jest mało popularny. Zdjęcia mają go ilustrować i dlatego je publikuję, mimo, że nie mają wartości artystycznych.

 Nareszcie ustało ciśnienie i histeria związana z porodem jednego z obywateli brytyjskich, który może będzie musiał siedzieć na tronie. Dopiero co się urodził i jeszcze nie wie, że ma przechlapane. A my końcu uzgodniliśmy z Markiem wspólną trasę. Tym razem popłyniemy spod bazyliki w Licheniu do Bydgoszczy. W Licheniu witają nas naganiacze machający chorągiewkami wskazując własny parking. Nie dajcie się nabrać, jedźcie dalej na duży, bezpłatny parking nad jeziorem. Marek w Licheniu jeszcze nie był, więc towarzyszę mu w przeżywaniu doznań poza duchowych.
 Po obejrzeniu bazyliki pakujemy się do kajaków wzbudzając zainteresowanie przypadkowych pielgrzymów oraz kuracjuszy wożonych tu z sanatoriów w Ciechocinku i Inowrocławiu. Po godz 15:00 schodzimy na jez. Licheńskie. Widok błyszczącej bazyliki towarzyszy nam przez długi czas. Płynąć trzeba w lewo w stronę jez. Pątnowskiego, w prawo jezioro kończy się kanałem zrzutowym. Na końcu jez. Licheńskiego jest mostek i próg. Można go spływać bez obaw, jest bezpieczny, ale najlepiej założyć fartuch. Widok bazyliki znika, zastępują go dymiące kominy elektrowni Pątnów. Marek prowadzi, dopływamy do końca jez. Pątnowskiego i dalej ... nie da się płynąć. Uruchamiam gpsa i wracamy. Kiedy wypływamy za most po odnalezieniu właściwego kierunku, na horyzoncie pojawiają się groźne chmury. Robi się ciemno, zaczyna się wichura i deszcz. Na szczęście po prawej jest ośrodek wypoczynkowy Bernardynka, gdzie stajemy po przepłynięciu 12 km i w deszczu rozstawiamy namioty. Nie mamy wyboru i płacimy 20 zł od osoby. Następnego dnia płyniemy przez szereg jezior. Brzegi jez. Mikorzyńskiego niedostępne, zagrodzone milionami złotych. Niektóre rezydencje kosztowały wielokrotnie więcej. A na wodzie aż się roi od trenujących osad wioślarskich i towarzyszących im motorówek z trenerem. Na końcu jez. Ślesińskiego po prawej jest bardzo dobre miejsce na biwak i tam właśnie mija nas motorowa łódź, która dopływając pierwsza ułatwia nam kolejne śluzowania. Pierwsze w Gawronach, drugie w Koszewie. Za śluzą w Kalinie do kanału Ślesińskiego wpada z prawej właściwa Noteć. Wody w niej niewiele i jest tak brudna, że krystaliczne ! dotąd wody stają się mętne. Dalej w Warzymowie nad brzegiem kanału stoi XV wieczny kościół pw. Św. Biskupa Stanisława Męczennika, Jest tu pomost i możliwość biwakowania. Przed nami jezioro Gopło. Jest ono osią Nadgoplańskiego Parku Tysiąclecia rezerwatu ptactwa i parku krajobrazowego. Od jego początku do mostu w Kruszwicy jest 22,5 km, trzeba więc rozsądnie zaplanować jego przepłynięcie. Brzegi jeziora są porośnięte wysokimi trzcinami i niedostępne. Jedyne miejsce, gdzie przed Kruszwicą można przenocować jest po lewej na wysokości wsi Racice. A Kruszwicę sygnalizuje oczywiście Mysia Wieża związana z legendą o Popielu. Robimy tu postój i idziemy do miasta, a kilka zdjęć z Kruszwicy jest oczywiście w albumie. Za Kruszwicą Noteć płynie przez jez. Szarlejskie i najlepiej płynąć przy lewym brzegu, chociaż wypływ łatwo odnaleźć. Jego prawa 3 km odnoga prowadzi do Łojewa. W połowie drogi do Inowrocławia a ściślej do jego dzielnicy Mątwy mija się kratownicowy, skręcany śrubami, most kolejowy. Mątwy to oczywiście ogromne zakłady sodowe. Z rzeki widać, jak do góry pną się wózki, które wyrzucają swoją zawartość do ogromnych retort. Widok zakładów ciągnie się przez kilka km. Jest pewien problem z nazewnictwem, ale trzymam się swoich źródeł i od połączenia ze Starą Notecią dalej płynie się Kanałem Noteckim. W okolicach Dziarnowa mijamy most i rurociąg a po prawej stronie mamy teraz widok na kompleks przemysłowy Janikowo. Kanał, jak sam nazwa wskazuje, to wytwór sztuczny, więc prowadzi długimi, prostymi i dlatego monotonnymi odcinkami. Powierzchnia wody jakby pokryta kożuchem, brudna. Tymczasem jest ona zasłana zarodnikami pylących trzcin, których ci tu dostatek i traw z okolicznych łąk. Mijamy niewielką łódkę żaglową (większa tu nie przejdzie) stojącą na cumach. Starszy już pan gotował sobie posiłek a nad nim na maszcie wisiał przymocowany... rower. W końcu z lewej słychać jaz. Dla nas to zwiastun odpoczynku. Dopływamy do śluzy w Pakości i szybko załatwiamy sprawę noclegu. Widać stąd przesuwające się nieustannie wagoniki kolejki linowej, które transportują wapień do Janikowa. Niestety, bardzo dokuczają nam komary, które podobno się właśnie wylęgły. Rano żegnamy się z sympatycznym panem od śluzy, zaopatrzeni przez niego w świeże warzywa ruszamy dalej. Dziś chcemy dopłynąć przez Barcin do Łabiszyna. Tymczasem najpierw mijamy most na drodze Pakość - Inowrocław i wpływamy na rozczłonkowane jez. Mielno. Najkrótsza droga prowadzi przy lewym brzegu, chyba, że ktoś chce dopłynąć do Łącka. Jest tam przystań żeglarska, bar, piwo i możliwość biwakowania. A po lewej bardzo długi płot, którego cena przekracza wartość domu, który chroni. My wracamy na właściwy szlak, tym razem wg wskazań gpsa. Przejścia między kolejnymi częściami jeziora nie są oznakowane i łatwo się pogubić. Na ostatnim fragmencie jeziora na wysokości miejscowości Wojdal po prawej stronie, przy opuszczonym hangarze, jest dobre dojście do brzegu i dobre miejsce na nocleg lub odpoczynek. Za jeziorem zaczyna się ładny fragment szlaku, do tej pory niespotykany. Płynie się w sosnowych lasach w bardzo czystej wodzie. Krajobraz przemysłowych konstrukcji wraca na jez. Sadłogoszcz wraz z widokiem cementowni Bielawy. Koniec jeziora jest oznakowany. Przed nami miejscowość Barcin z kościołem przylegającym do rzeki. Tuż przed jeziorem Walickim, po lewej stajemy na popas w miejscu dogodnym do nocowania. Słychać jakieś głosy i duży jacht wali w trzciny, nie wyrobił się na przesmyku. Po kilku manewrach na wstecznym wycofuje się i cumuje na skraju jeziora. My natomiast wychodzimy na jezioro, ale szybko zakładam tzw. fartuch, który chroni przed wysokimi falami. Przy końcu jeziora można zanocować. Wcześniej też jest takie miejsce, przy zdewastowanym hangarze, ale niestety w towarzystwie tych, co jeszcze by się napili. Przed nami Lubostroń. Mam nadzieję, że zobaczę chociaż kopułę pałacu, ale zamiast niej widać most a przed nim młodych ludzi siedzących na brzegu przy piwie. Można tu nocować. Lubostroń dewastowałem swoją obecnością, bezkarnie po nim chodząc w wieku lat 10, jako harcerz. Poddany innej indoktrynacji, niż ci, którzy teraz w tzw. rekonstrukcji pokazują jak bandy UPA strzelały i zabijały Polaków. Kto to wymyślił? Trzeba nam ludzi wykształconych, po studiach, ale głównie trzeba nam ludzi mądrych i myślących.
 W Łabiszynie nocujemy w komfortowych, jak na spływ warunkach. Obok śluzy jest ustronne miejsce z zadaszeniem i doprowadzonym prądem, ławkami, drewnem i miejscem na ognisko. Jest też kran z bieżącą wodą.  Idziemy do miasta, czyli na miejscowy rynek a później do parku. Niestety, nie ma tu żadnego miejsca, gdzie by można było wypić zimne piwo i coś zjeść. Wracamy i na ognisku pieczemy karkówkę.
 Następny dzień zaczynamy od śluzowania. A po godzinie dopływamy do następnej śluzy w Antoniewie. Z daleka wydaje się, że ktoś siedzi na brzegu i łowi ryby. Tymczasem jest to postać zrobiona z wikliny. Operator śluzy upiększył jej otoczenie i obok wrót urządził park z postaciami z bajek. Od śluzy w prawo odchodzi Nowy Kanał Notecki, my płyniemy prosto szlakiem, który teraz przyjmuje nazwę Górnego Kanału Noteci. O godz. 11:00 wychodzimy ze śluzy Frydrychowo. Teraz przed nami długie i proste, przez to trochę monotonne odcinki kanału. Dużym ułatwieniem dla nas jest powiadamianie następnej śluzy, że płyniemy w jej kierunku - teraz do śluzy nr 5 w Dębinku, która jest już otwarta. Między śluzami nr 5 Dębinek Płd i następną odległą tylko o 600m śluzą nr 6 Dębinek Płn jest ciekawe miejsce, bo krzyżują się tu drogi wodne Noteci i Kanału Górnej Noteci. W lewo rzeka prowadzi do Nakła nad Notecią, w prawo do podbydgoskiej Brzozy, my płyniemy do Kanału Bydgoskiego. Dzielą nas od niego jeszcze dwie śluzy w Łochowie i Lisim Ogonie. Przed tą ostatnią musimy trochę czekać, bo trwa jej czyszczenie. Mimo to, trudno do niej wpłynąć, bo szlak to mało uczęszczany i zatarasowany zielskiem. Przed 16:00 wpływamy na Kanał Bydgoski, za zamkniętym dla ruchu mostem stajemy na krótki popas, bo chcemy dopłynąć dziś do Bydgoszczy a przed nami jeszcze dwie śluzy, czyli w sumie będzie ich chyba 10. Dajemy po wiosełkach, żeby przed 17:00 zdążyć na pierwszą w Osowej Górze. A tam pan się dziwi, skąd żeśmy się wzięli. Komunikacja między Kanałem Górnonoteckim a Bydgoskim pewnie już nie obowiązuje. Ale wszystko szybko i dobrze się kończy i jesteśmy prawie w Bydgoszczy. Następna śluza w Prądach daje nam 30 min na dopłynięcie, bo kończy pracę. Jesteśmy po 20 min. Wrota położone, ledwie żeśmy wyhamowali w komorze a już się zamykają a właściwie podnoszą, bo obie śluzy mają inną konstrukcję niż wcześniejsze. A wszystko obserwują Trzy Gracje, które zsiadły z rowerów i machają nam na pożegnanie. Jesteśmy w Bydgoszczy, teraz musimy znaleźć miejsce na nocleg, żeby jutro sprowadzić samochody. Dopływamy do końcowej trzeciej śluzy, ale pertraktujący Marek nie odnosi sukcesu w sprawie noclegu. Na szczęście obok jest przystanek wodnego tramwaju, pomost i za nim przystań bydgoskiej "Gwiazdy". Tu kończymy spływ mając do dyspozycji nawet prysznic.
  Przed spływem nie zdawałem sobie sprawy ile tu jest wody do pływania i mam na myśli nie tylko Pętlę Wielkopolską. Krajobrazy na pewno nie dorównują tym z Piławy, Rospudy czy Biebrzy. Ale tak jak mówią himalaiści czy alpiniści - wspinają się, bo są góry. Ja pływam, bo jest woda.  
 I już pewne, że będzie następny spływ i relacja.

 

Foto album


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Z Elbląga do Gdańska

niedziela, 30 czerwca 2013 9:52

Foto album

Z Markiem z Gdańska umawiam się na przystani kajakowej Fala w Elblągu. Spotykamy się po raz pierwszy, zaczynamy wspólny spływ. Pakujemy się na nabrzeżu i o godz 10:00 schodzimy na wodę. Za rufą zostawiamy starówkę, płyniemy przez przemysłową część miasta. Za Elblągiem płynąc prosto wyszlibyśmy torem wodnym na Zalew, my skręcamy w lewo w kan. Jagielloński, który doprowadzi nas do Nogatu - miejsca, gdzie nocowaliśmy ze Zbyszkiem przed miesiącem. Kan. Jagielloński powstał, żeby ominąć Zalew i skrócić drogę do Gdańska. Kiedyś miał większe znaczenie gospodarcze, dziś raczej jest szlakiem turystycznym o dług. ok. 6 km. Przy jego końcu mijam znajome miejsce przepompowni w Bielniku Drugim, gdzie nocowałem w roku 2009 płynąc pętlę z Brodnicy do Brodnicy. Szefem jest tu sympatyczny pan, który wtedy udzielił mi pozwolenia na nocleg. Za przepompownią, na końcu kanału, płyniemy pod zmodernizowanym mostem z nowymi wrotami p.powodziowymi.
 Wypływamy na Nogat i mijamy kilka hausbotów płynących w szyku. Pewnie idą, jak to się mówi, do Malborka albo do Elbląga. To pewnego rodzaju nowość na polskim rynku. Można je wyczarterować nie mając uprawnień motorowodnych, silnik nie ma wielkiej mocy. Są obszerne, przygotowane do długiego i wygodnego pobytu całej rodziny w warunkach prawie domowych. Stąd ich niemiecka nazwa. Płyniemy do uścia Nogatu. W Kępinach nie ma już promu (zdjęcie zrobiłem w roku 2009). Nie przynosił dochodu, więc został zlikwidowany a służył turystom i głównie okolicznym mieszkańcom przez 12 lat. Kręcono na nim sceny do filmu "Świadek koronny". Ok. 11:50 wpływamy na Zalew Wiślany, który jest o wiele spokojniejszy niż przed miesiącem. Falowanie jest niewielkie, wiatr nam sprzyja, płyniemy wzdłuż zachodniego brzegu. Po godzinie wpływamy w Wisłę Królewiecką. Jest szeroka i zarośnięta wodną roślinnością, brzegi niedostępne. Mijamy pierwszy na naszej trasie most zwodzony w Sztutowie. Czujemy już zmęczenie, ale nie możemy znaleźć miejsca na nocleg. Stajemy wreszcie na nierównej, skoszonej łące z prowizorycznym pomostem i błotnistym wyjściem. Właściciel mieszka opodal i zgadza się na postawienie namiotów. Jako rekompensatę mamy miły zapach suszącego się siana i ziół. Nie mamy co wybrzydzać, jest już późno a my zmęczeni po przepłynięciu 36 km.
Następnego dnia praży już od rana a my uzgadniamy cel etapu. Popłyniemy Tugą do Nowego Dworu Gdańskiego. Nie wiem, czy będzie to możliwe, czy rzeka nie będzie za bardzo zarośnięta, ale jest jedyna i chyba niepowtarzalna okazja, żeby to sprawdzić. Wypływamy na Szkarpawę i pod  najczęściej pokazywanym, zwodzonym mostem w Rybinie płyniemy do ujścia Tugi. Wpływamy w jej słaby nurt mijając zabudowania po prawej i most drogowy za nimi. Rzeka trochę zarośnięta, płynie się jednak swobodnie. Brzegi na całej długości niedostępne, ale miłe dla oka. Po ok. 10 km most nieczynnej linii kolejowej zwiastuje, że dopłynęliśmy do Nowego Dworu Gd. Te nieczynne linie kolejowe są dla mnie niezrozumiałe, są oznaką porażki nowych czasów. Nasi pradziadowie z wielkim trudem i mozołem, bez koparek, spychaczy, ubijaków zbudowali to, co dziś nie jest raczej chlubą naszych czasów. Autostrady też by zbudowali i pewnie w wyznaczonym terminie.
 Przed następnym mostem - zwodzonym stoją jakieś stylizowane pływające wynalazki - chyba dla turystów. Zwracają jednak na siebie uwagę. Przepływamy przez miasto i dalej do mostu na krajowej drodze S7. Za mostem rzeka wyraźnie robi się węższa, bardziej zarośnięta. Płynąć można jednak dalej do Nowego Stawu, my zawracamy, nie mamy wolnego dnia w zapasie. Nocujemy przy moście w Rybinie na miejscu do tego wyznaczonym w ramach turystycznego ożywienia Pętli Żuławskiej. Niestety w Rybinie nie można zjeść smażonej ryby, na którą miałem ochotę, nie ma bowiem żadnego baru ani smażalni. Wieczorem pieczemy na ognisku kiełbasę, po nas miejsce we władanie obejmują miejscowi. Scenariusz ten sam co wszędzie - piwo, dziewczyny przeklinające równie dosadnie jak chłopaki i bełkot. Bo treść bardzo uboga jest między słowami k...wa.
 Następnego dnia odpływamy troszkę niewyspani a celem jest Sobieszewo - dogodne miejsce do "ataku" na Gdańsk. Dopływamy do śluzy Gdańska Głowa. Niestety nieczynnej. Ze względu na wysoki stan Wisły zamknięto nie tylko wrota robocze, ale również p.powodziowe. Dowiadujemy się, że położna 5 km w dół Wisły śluza w Przegalinie również jest zamknięta z tego samego powodu. To decyduje, że Marek dzwoni po syna i przewozimy kajaki. Namioty stawiamy naprzeciwko hałdy przed Sobieszewem. Następnego dnia - w niedzielę o 8:40 jesteśmy już na wodzie. Wkrótce przepływamy pod pontonowym mostem w Sobieszewie, po którym wolno jadą samochody wywołujące duży hałas, gdy wjeżdżają na kolejne przęsło. Marek prowadzi na Wisłę Śmiałą, akurat z Bałtyku wchodzi pod żaglami duży, morski jacht. Zawracamy przy porcie jachtowym i chyba bosmanacie z półokrągłą kopułą obserwacyjną. Wracamy na Martwą Wisłę i przez Górki Zachodnie, gdzie przy nabrzeżu stoją rybackie kutry płyniemy w stronę Gdańska mijając kominy i palące się pochodnie Rafinerii Gdańskiej. A na wodzie śmigają jakieś dziwne łodzie podczas porannego treningu. Uwagę przyciąga tzw. Most Wantowy, widoczne jest wygięcie przęsła naprężonego linami. Przed Mostem Siennickim skręcamy w lewo na Opływ Motławy i płyniemy zygzakiem wzdłuż kolejnych redut i bastionów dawnego systemu fortyfikacji Gdańska. Jest niedzielne popołudnie a na wodzie zaskakująca ilość kajaków. Dużo osób wybrało taką formę odpoczynku wykorzystując sprzyjającą pogodę. Przy Kamiennej Śluzie zrobił się tłok. Jak większość budowli hydrotechnicznych na Żuławach ta również jest dziełem Holendrów. Wbudowana w system umocnień, kiedyś umożliwiała pracę młyna i była częścią zabezpieczeń p.powodziowych. Na dowód, że są dziewice w albumie jest zdjęcie jednej z nich. Kto przeczytał odnośnik o Kamiennej Śluzie, to już wie o co chodzi. Płyniemy Nową Motławą wzdłuż ul. Kamienna Grobla. Mijamy jedną z wielu obronnych baszt - Wielką i Małą Stągiew na Wyspie Spichrzów. Dalej po prawej za mostem zaczyna się długi port jachtowy, a po lewej, jak monumentalne pomniki, stoją kikuty domów zniszczonych w czasie działań II wojny światowej. Płynąc przez Gdańsk nie da się uciec od historii. Starej - średniowiecznej i tej niedawnej - z czasów wojny i najnowszej, której symbolem jest oczywiście Stocznia Gdańska. Ukazuje się powszechnie znany Żuraw Gdański, my skręcamy jednak w prawo i płyniemy Kanałem na Stępce mijając z lewej Filharmonię na Ołowiance. Dopływamy do Polskiego Haka i w pobliżu Stoczni Gdańskiej zawracamy na Motławę. Żegnają nas nieruchome dziś stoczniowe, wysokie dźwigi. Teraz kierujemy się w stronę innego gdańskiego symbolu poza Neptunem - Gdańskiego Żurawia. Na Pobrzeżu gwar, spacerują turyści. Po sesji zdjęciowej przy Żurawiu Marek prowadzi do Żabiego Kruka. Tu ruch taki, że koleś obsługujący wynajęte stąd kajaki każe (kurcze ... jak to się pisze ?) nam się szybko usunąć z pomostu, bo mu płyną kolejne pieniądze.
 Cel osiągnięty, zamierzenia zrealizowane. Będzie ciąg dalszy.

Foto album


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Kiedy znów zakwitną białe bzy ...

niedziela, 30 czerwca 2013 6:27

Foto album

 

 Ten wpis, wzorem poprzedniego, też ma słowa dawnej piosenki w tytule.


Dobrze, że nie dałem się ponieść powszechnemu pędowi do zaczynania sezonu w długi weekend majowy, który w tym roku był zimny, wietrzny i deszczowy. Późna wiosna spowodowała, że jednocześnie kwitły czeremcha, kasztany, łany żółtego rzepaku, mniszek lekarski, czyli popularny mlecz i oczywiście bzy, które towarzyszyły mi przez cały spływ. Chcieliśmy ze Zbyszkiem dokończyć spływ rzeką Liwą. W roku 2011 przepłynęliśmy odcinek 58 km od Kamieńca do Kamionki. W tym roku umówilśmy się, że zaczniemy ok. 2 km za Kamionką, za elektrownią wodną w Piekarniaku, żeby w ten sposób uniknąć jednej przenoski i tam się spotkaliśmy. Przed odpłynięciem z Piekarniaka leciutko przynapity pan, który tą elektrownię dozorował i czyścił wlot na turbiny, ostrzegał, że niedaleko jest "bobrowa tama". I miał rację, przeszkoda rzeczywiście była. 10 min po odpłynięciu usłyszeliśmy szum przelewającej się na spiętrzeniu wody. Pierwszy spłynął Zbyszek i nabrał do kajaka wody. Kiedy zwolnił mi dostęp popłynąłem ja, ale mój kajak również zatrzymał się na spadku i woda wlewając się od rufy zalała mnie i kokpit. Liwa znów ostrzegła, że łatwo nie będzie. A dalej już było normalnie, czyli ciągłe wyskakiwanie z kajaka, brodzenie po pas w wodzie i holowanie, przewalanie kajaków przez setki powalonych drzew, przeciskanie się pod nimi tam, gdzie to można było zrobić. Dobrze, że pogoda nam sprzyja i jest bardzo ciepło. Najmniej tu było pływania, bo nie pozwalały na to przeszkody a później...  mieszkańcy Kwidzyna, którzy odwrócli się od rzeki. Liwa opływa Kwidzyn szerokim łukiem, płynie prawie pod ich oknami a jest raczej wykorzystywana jako śmietnik, niż jako miejsce odpoczynku i rekreacji. W Kwidzynie chyba nie ma Straży Pożarnej, która w ramach ćwiczeń albo z nudów by udrożniła śmieciowe zatory. I nie ma burmistrza, który by o wizerunek tej części miasta zadbał. Oddał brzeg rzeki psom, jako teren wybiegowy. Pewnie udaje, że Liwy nie ma a na odpoczynek jeździ tam, gdzie czysto. Oczekujemy, że w końcu Liwa nam odpuści, ale nic z tego jest coraz normalniej. Mało tego, jak się później okazało, od długiej przenoski w Kwidzynie aż do jazu w Białkach brzegi są niedostępne, nie ma możliwości wyjścia na brzeg. Lecz zanim dotarliśmy do jazu wcześniej miałem wywrotkę na kolejnej przeszkodzie. Do jazu w Białkach dotarliśmy o godz. 17:30, czyli odległość 12 km pokonaliśmy w czasie 7 i pół godziny. To powinno obrazować ilość powalonych drzew i trudności związane z ich pokonywaniem.
 Następnego dnia porzucamy Liwę, obaj mamy jej dosyć i przewozimy kajaki do Białej Góry. Rozpoczynamy spływ Nogatem z przystani wybudowanej w ramach ożywienia turystyki na Pętli Żuławskiej przez modernizację infrastruktury.
Tu też przeżyłem szok. Przystań nowa, ludzie życzliwi, toalety, prysznic z ciepłą wodą(!), monitorowany parking dla samochodów. Wszystko za darmo! i to w Polsce !?. A jednak to prawda, jak i to, że na dworcu w Elblągu wejście do toalety kosztuje 2 zł. Wstrętny to proceder, ale akceptowany przez włodarzy miasta. Całe szczęście, że coraz więcej jest automatycznych kabin. Taniej o 50% i nie ma tej wyciągniętej, obrzydliwej łapy. Następnego dnia po przewiezieniu i doprowadzeniu siebie i kajaków do czystości płyniemy do Malborka. Zamek robi wrażenie, ale chcę opisać coś innego. Kiedy dopływam do mostu kolejowego wtacza się na niego bardzo wolno skład prowadzony przez dwie lokomotywy. Ciągną wagony załadowane kruszywem, ciężar ogromny. Gdy przepływam pod mostem czuję drżenie jakie się przenosi przez filary mostu na dno rzeki a na jej powierzchni pojawiają się zmarszczki. Dziwne uczucie.
 Dopływamy do kolejnej przystani wybudowanej na Pętli Żuławskiej, ale ta jest mniejsza, pełni inną funkcję. Tu też wszystko za darmo !!! Dopływamy do Malborka bardzo wcześnie, ale obaj chcemy popatrzeć na zamek, na jego okolicę. Dziś niedziela, ruch turystów ogromny, ale jest ku temu szczególny powód - bezpłatna noc w muzeach. Wejście na zamek kosztuje 40 zł, czyli dla rodziny jest to już jakiś wydatek. Dlatego dużo osób czeka na taką noc, nie przeszkadzają wtedy bogatym i ... Niemcom. W poniedziałek ruszamy dalej i po dwóch śluzowaniach dopływamy w okolice wejścia w Kanał Jagielloński. Miejsce to znam z roku 2009, dziś most, droga, wrota są zmodernizowane. Grzmi. Mamy ogromne szczęście. Po lewej lądujemy na ładnym miejscu na nocleg. Szybko stawiamy namioty. Nic się jednak nie dzieje, tylko ciągle grzmi coraz to z innej strony. Wreszcie zaczyna padać, za chwilę już leje, zerwał się wiatr, za chwilę wichura targa namiotem. Przezornie przypiąłem wszystkie odciągi. Z troską patrzę, czy namiot wytrzyma wzmagającą się nawałnicę. Nie rozumiem dlaczego zmienił się odgłos smagającej namiot ulewy. Wreszcie kolejny szok. O tropik wściekle wali grad, zasłał wejście do namiotu białymi kulkami. Ich wielkość określiłem na małe wisienki, ale Zbyszek mnie skorygował, że to fasolki. Widocznie woli strączkowe.
 Szok zawsze nie pozwala na normalną reakcję, paraliżuje i trudno wtedy myśleć o aparacie. Dlatego z tego spływu prawie nie mam zdjęć a mój towarzysz zdjęć po prostu nie potrafi robić. Zdjęcie gradu, które pokazuję, jest nieostre, nie ma nic wspólnego z wartościami estetycznymi, jest tylko dokumentacją opisu.
 Następnego dnia od rana pada deszcz, później leje. Przejaśnia się dopiero późno po południu. Nie płyniemy. Siedzimy przy ognisku, odpoczywamy przed jutrzejszym etapem. Czeka nas najtrudniejszy i najbardziej nieprzewidywalny odcinek. Przed Osłonką mamy wyjść na Zalew. Jak zwykle Zbyszek wszystko lekceważy a ja rozważam czarne scenariusze. O godz 10:40 jesteśmy na otwartych wodach Zalewu. Początkowy jego odcinek jest płytki, porośnięty, płyniemy szybko. Obieram kurs na Skowronki zgodnie z kierunkiem wiatru i fal. Cieszę się, że mamy wiatr prawie w plecy. Duży akwen rządzi się jednak swoimi prawami. Im bliżej docelowego brzegu, tym fala się wzmaga. I to jest zgodne z logiką. Skowronki się zbliżają, omijam kolejne sieci. Zbyszka nie widzę, a telefon milczy. Zbliża się brzeg, kajakiem rządzą fale. Trzeba się im poddać a nie z nimi walczyć. Całe szczęście, że są długie i niosą kajak w stronę brzegu. Wiosłuję z całych sił bez odpoczynku, wiosła odłożyć nie można nawet na chwilę. Staram się nie zerwać fartucha, który osłania kajak przed zalaniem. Wreszcie przede mną brzeg. Próbuję wyjść i odpocząć, ale zapadam się w mule po kolana. Płynę więc dalej w stronę Krynicy, niestety teraz bokiem do fal. Zbyszka nie ma. Płynę wzdłuż brzegu przez trzciny i sitowie, które osłabiają falowanie. Wreszcie w jedynym miejscu z piaszczystym brzegiem widzę żółty kajak kolegi. Tak jak na Śniardwach, postanowił płynąć wg własnych kryteriów, bardziej odważnie w jego mniemaniu.
 Miałem mylne wyobrażenie o Mierzei Wiślanej. Od strony Zalewu wcale nie jest piaszczysta, nie można wyjść na brzeg, który porasta wodna roślinność. Od Skowronek do Krynicy są dwa miejsca, gdzie można swobodnie wyjść na ląd, pierwsze przed Przebrnem, gdzie się spotkaliśmy po przepłynięciu Zalewu i następne w Krynicy przed portem. Wygląd Mierzei wkrótce może się zmienić bo są już Cztery warianty przekopania Mierzei. Do Krynicy dopływamy osobno i nocujemy w różnych miejscach, ponieważ czarne i deszczowe chmury idące od Elbląga zmusiły nas do awaryjnego, szybkiego rozstawienia namiotów, w miejscu, które nie nadawało się na normalny postój. Po deszczu zwinęliśmy namioty i ruszyliśmy dalej. Zbyszek to zrobił jak zwykle szybciej, bo nie wozi tyle różności i dopłynął za port. Ja oceniłem, że ryzyko pływania przy naprawdę dużej fali, bo po deszczu wiatr  się wzmógł, jest zbyt wysokie i dobiłem do pierwszego miejsca, które na to pozwalało. Ale obaj jesteśmy w Krynicy. Sukces, powód do zadowolenia, cel osiągnięty, jest godzina 17:30.
 Ale poziom adrenaliny nie spada, w porywach wiatru trudno mi rozstawić namiot, nie czuję bólu spuchniętych dłoni i prawego barku. Namiotem targa wiatr, który nie cichnie po zachodzie słońca. Wieczór, przysypiam, ale nagle coś mi każe wzmóc czujność. Pewnie psy się kręcą koło namiotu. Słyszę jakieś chrumkanie, więc kojarzę, że to dziki.
 Szok numer trzy, tego jeszcze nie miałem ! Opadały mnie dziki! Chyba trzy, bo tyle odgłosów zlokalizowałem, ale mogło być ich więcej. Muszę je odstraszyć, ale jak ? Moją bronią staje się plastikowa butelka, którą uderzam w metalowe naczynia. Udało się, nie porozrywały namiotu i odeszły. Rano widzę dookoła ślady rycia i racic.
 W czwartek od rana padają przelotne deszcze i jednocześnie bardzo się ochłodziło. Decyduję się na zakończenie spływu, mam opuchnięte dłonie, boli mnie bark. Jadę po samochód. Pytam o dworzec autobusowy, nigdy w Krynicy nie byłem. Okazuje się, że jest nim zwykłe zadaszenie z ławką. Czekam na autobus i obserwuję, jak pobliski pawilon zaczyna życie. Przychodzi kilka bardzo młodych dziewczyn. Pewnie po marketingu albo ekonomii, może po politologii. Podjeżdża samochód dostawczy, ale nie ma wątpliwości, kim jest jego kierowca. Karczycho, ostrzyżony, napakowany, na szyi tatuaże i błyszczący złoty łańcuch. Otwiera podwoje. Boss. Bardzo podobny do jednego ze znanych PISiorów - agenta Tomka. Łączy ich nie tylko wygląd, pewnie również obrót. Po przyprowadzeniu samochodu ładujemy na niego kajak i idziemy ze Zbyszkiem nad Bałtyk. Na początku alei prowadzącej nad morze wśród drzew żerują spokojnie 3 dziki. Może to te same?
 I to już koniec spływu. Zgodnie z tytułem było nie tylko o kajakach.

Foto album

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Mazurskie ostatki

czwartek, 08 listopada 2012 6:28

 Foto album

 

Dziś, kiedy piszę te słowa, chciałoby się powiedzieć za Andrzejem Boguckim - autorem tekstu do znanej piosenki:

   A mnie jest szkoda lata i letnich złotych wspomnień, 
   Niech mówią: głupi, o mnie, a mnie jest żal.
   Za oknem szaro, smutno, a jeszcze przed miesiącem
   Pogoda, zieleń, słońce, naprawdę żal.

 

   Żeby to lato trochę przedłużyć, ruszyłem na Mazury. Jesienią, kiedy jeziora już opustoszały, kiedy liście się złocą, kiedy czas zwalnia. Teraz można już liczyć zyski, jakie przyniósł kolejny sezon turystyczny i straty, jakie poniosła z tego powodu przyroda. Na początku planowałem krótką wycieczkę, z czasem plany zmieniałem i wreszcie zapadła decyzja - 140 km. Najpierw rzeką Orzyszą a później prawie pętla. Z pętli Okartowo - Okartowo szybko zrezygnowałem, bo wysiłek związany z transportem kajaków z Cierzpięt nad jez. Tyrkło, przewyższał zyski z przepłynięcia dodatkowych 5 km, żeby tę pętlę zamknąć. Skończymy zatem w Cierzpiętach a zaczniemy z jeziora Zdedy. Tam też jedziemy na wypatrzony na mapach mostek. Okazuje się, że Orzysza w tym miejscu (ostatnie dni września !) jest szerszym rowem, mocno zarośniętym a mostek nie umożliwia łatwego wodowania. Miejscowi zgodnie ostrzegają, że samochodem do jeziora dojechać nie można, bo dostęp do niego uniemożliwia pas trzcinowisk i podmokłych łąk. Mało tego, mówią, że o tej porze nie przepłyniemy już Kanału Kozielskiego (1,2 km), który łączy jez. Zdedy z jez. Lipińskim. To przesądza i szukamy innego miejsca wodowania. Ostatecznie zaczynamy z Buchty - zatoki jez. Lipińskiego. Start, to w przypadku indywidualnego, ale nie samotnego pływania, jest zawsze najtrudniejszy. Dopiero na miejscu sprawdza się to, co wydumałem siedząc wiele, wiele godzin przed komputerem. Ważne, że o godz. 12:30 jesteśmy już na wodzie. Jest bardzo ciepło, płynę bez koszuli. Cieszę się, bo kierując się prognozami długoterminowymi, przesunąłem termin na późniejszy. Jak się później okazało - ta ryzykowna decyzja była słuszna. Podczas całego spływu najniższa temperatura w namiocie nie spadła poniżej 11°C - czyli prawie lato. Dodatkowy śpiwór okazał się zupełnie niepotrzebny. Szlak Orzyszy, który można zaczynać również z Rożyńska (to miejsce rekomenduję, chociaż tam nie byłem) jest krótki i łatwy. Na początku płynie się jeziorami. Nad jez. Kaleńskim po prawej mijamy Ogródek - wieś, związaną z postacią Michała Kajki (odnośnik na zdjęciu)
    Gdyby ktoś chciał popłynąć moim śladem, a taki właśnie sens mają moje opisy, to teraz trzeba uważać. Bo rzeka ginie wśród trzcinowisk. I dedukcja niewiele tu pomaga. Płynąc pierwszy wybrałem miejsce zdawałoby się właściwe. Wyraźne przejście wśród trzcin, które potwierdzał wyraźny nurt. Zbyszek nie poszedł moim śladem i znalazł właściwe przejście. Niepozorne,  przy lewym brzegu. 
 Im bliżej jez. Orzysz tym rzeka szersza, ale bardziej zarośnięta. Wreszcie leśny mostek wskazuje, że zaraz wpłyniemy na jezioro. Skręcamy w lewo i płyniemy w kierunku Orzysza. Jest wcześnie, ale mam na dziś dosyć pływania. Kajak zanieczyszczony a ja brudny po przedzieraniu się przez trzcinowisko. Szukamy miejsca na nocleg. Polanka, która nas zwabiła okazuje się, jak większość ładnych miejsc nad wodą, terenem prywatnym. Ale postanawiamy tu zostać na noc. Mało prawdopodobne, żeby w środku tygodnia i pod koniec dnia ktoś tu przyjechał, bo domku żadnego tu nie ma. Bez skrupułów stawiamy namioty - ani przyrodzie, ani właścicielowi żadnej krzywdy nie wyrządzimy. Woda w jeziorze już zimna, ale umyć się trzeba. Dopiero po tym zabiegu spada napięcie - pierwszy i najtrudniejszy dzień właściwie za nami. Jesienne pływanie ma swoją specyfikę. Wcześniej zachodzi słońce i robi się wtedy zimno, więc szybciej rozchodzimy się do namiotów. Rano trzeba pakować mokry tropik, bo wysycha o wiele później niż w lato.  Ale to przewidziałem i mokry tropik pakowałem do osobnego specjalnie zabranego pokrowca.
  Następnego dnia przepływamy jez. Orzysz, przez jez. Wierzbińskie i wpływamy w Kanał Orzyski, zbudowany w 1985 roku. Dopływamy do Orzysza i płyniemy przy ulicy Kanałowej, przy której zbudowano aleję spacerową. W okolicach wsi Mikosze kanał ponownie łączy się z rzeką. Szlak się zmienia, koryto robi się wąskie i kręte, woda przyspiesza. Nigdzie jednak nie napotkamy żadnych utrudnień, chociaż momentami rzeka traci na urodzie. Jez. Tyrkło to już przedsionek jeziora Śniardwy, coraz bardziej wieje. Zatrzymujemy się po prawej, za mostem w Okartowie, jemy i wygrzewamy się na słoneczku, odpoczywamy. Widok, jaki rozciąga się przed nami robi wrażenie. Śniardwy zawsze są wyzwaniem. To w końcu największe w Polsce jezioro, ogromna przestrzeń, gdzie zawsze wieje wiatr. Stanowi wyzwanie dla jachtów, a co dopiero dla kajaka !!!. Biały szkwał w sierpniu 2007 roku wywrócił 40 jednostek, zginęło 12 osób.
 Posileni przygotowujemy się do przepłynięcia dalszej części dzisiejszego etapu. Ustalamy, że przede wszystkim trzeba się przedostać pod drugi brzeg, żeby najłatwiej i najbezpieczniej dopłynąć do jazu w Kwiku na kanale Wyszka. Zbyszek pomaga mi założyć fartuch, jestem gotowy do odpłynięcia, kiedy na sygnale dopływa do nas motrówka WOPR. Pytają, dokąd zamierzamy płynąć. Przestrzegają przed trudnymi warunkami i sprawdzają, czy mamy założone kamizelki ratunkowe. Ale nas puszczają a myślałem, że nie pozwolą na odpłynięcie ze względu na wysokie fale. Zbyszek pomaga mi odbić od brzegu, bo fala ciągle mnie do niego dobija. Ja, zgodnie z ustaleniami, popłynąłem pod przeciwny brzeg a on uznał, że jest na tyle silny, że tego robić nie musi i popłynął najkrótszym kursem. Przy brzegu chroni mnie od nawietrznej pas trzcin, on zmagał się z coraz większymi falami i własną głupotą. Wiatr się ciągle wzmaga. Przecinamy zatoczkę i mijamy maszt systemu ostrzegania w Nowych Gutach nadający sygnał "Uwaga". Gdy fale zaczęły znaczyć białe grzywy i nosić kajak a ich wysokość przekroczyła poziom zdrowego rozsądku dalej nie płyniemy i korzystając z pierwszego dogodnego miejsca i dobijamy do brzegu. Jednak nie wysiadam z kajaka dostatecznie szybko i zalewają mnie fale. Szczęście, że już na brzegu i w bardzo dobrym miejscu na nocleg. Najpierw się przebieram, wylewam wodę z kajaka i dopiero stawiam namiot. Wiatr osiąga taką siłę, że z niepokojem obserwuję, jak w porywach targa namiotem. Tropik łopocze, teraz dodatkowo smagany deszczem. Następnego dnia odpływamy dopiero o godz. 11: 00 Zbyszek suszy swoje śpiwory, które zamokły mu w namiocie a ja to, co wczoraj zalały fale. Dziś też wieje, ale już normalnie i ważne, że jest ciepło. Śniardwy mają to do siebie, że nie są przewidywalne i sytuacja zmienia się radykalnie w ciągu minut. Ani wczoraj, ani dzisiaj na jeziorze nie widać żadnego żagla, jedynie nasze dwa kajaki. Skręcam w kanał prowadzący do jazu. Zbyszek tam już na mnie czeka. Przenosimy kajaki i zaczynamy po rzece Orzysza, po Śniardwach, kolejny odcinek naszej trasy. Przed nami jez. Roś. Nocujemy w dogodnym miejscu, gdzie wieczorem Zbyszek rozpala malutkie ognisko. Siadamy przy nim delektując się ciepłem i blaskiem. Słychać ciszę. Odchodzę pierwszy, ale na spanie za wcześnie. Zapalam światło w namiocie i przygotowuję się do jutrzejszego dnia. A obok, niedaleko szczekają dwa koziołki, przekrzykując się nawzajem. I to są takie chwile, dla których warto znosić niewygody.
   Rano odpływamy dosyć wcześnie i płyniemy ostro w stronę Pisza a pomaga nam w tym łagodna fala. Obserwuję z przeciwnej strony to, co widziałem kilka razy wcześniej zaczynając od Pisza. Do Pisza nie dopływamy, robię tylko kilka zdjęć i skręcam w Kanał Jegliński. I znów, jak w teatrze, zmienia się scenografia. Na początku kanału w basenie po prawej mijam jachty. Jednakowe, zacumowane w dwóch rzędach, stoją jak w żołnierskim szyku. Ze Zbyszkiem dopiero mam kontakt przed śluzą Karwik. Czekamy na śluzowanie, zaraz wpłyniemy na jezioro Seksty. Na odpoczynek stajemy dopiero nad Śniardwami w Niedźwiedzim Rogu, skąd ruszamy o godz. 13:45, żeby dopłynąć do Przeczki, czyli przesmyku na jez. Mikołajskie. Najbardziej oddalamy się od brzegu na wysokości wejścia na jezioro Warnołty i tu są największe fale. W stronę Mikołajek płynie spacerowa łódź motorowa, po jeziorze kręci się kilka jachtów. Widać jak kołyszą nimi fale. Popielno coraz bliżej i wreszcie o godz. 15:00 jesteśmy na przesmyku Przeczka. Odcinek 6,75 km prowadzący przez Śniardwy przepływamy w ciągu 1 godz. i 15 minut. Zaczynamy szukać miejsca na nocleg, bowiem im bliżej Mikołajek, tym będzie o to trudniej a cel dzisiejszego dnia już osiągnęliśmy. Na Popielskim Rogu stoi już przy brzegu duży jacht z liczną męską załogą. To, a nie cena 10 zł od namiotu nas odstrasza, bo wieczorem pewnie będą napici bardziej niż teraz. Przepływamy na drugą stronę i znajdujemy dogodne miejsce. Stawiamy namioty. Wieczorem przy ognisku smażymy coś o smaku nieokreślonym, co się nazywało hamburgery. 
  Następnego dnia już od rana fale rozbijają się o brzeg. Wieje tak mocno, że pływanie w takich warunkach jest niemożliwe o czym obaj wiemy. Nie płyniemy. Słychać dzwony kościoła w Mikołajkach, dziś jest niedziela. Wietrzymy namioty i śpiwory, czyszczę kajak, idziemy rozejrzeć się po okolicy. Najbliższe otoczenie stanowią opuszczone i zdewastowane zabudowania. 
  Następnego dnia jest normalnie - fala i wiatr umiarkowane, płyniemy do Mikołajek przez opustoszałe jezioro. Nie ma na nim żadnego żagla. Dziwne, przecież to Mikołajki !!!. "Szaleją" tylko nasze dwa kajaki. Miasteczko jest jeszcze uśpione, trwa ranne sprzątanie po zakończeniu 69. Rajdu Polskiego. Na Tałtach wiatr się wzmaga, ale największe jeziora i większość zaplanowanej trasy mamy już za sobą. Dziś celem jest Niegocin. Zawsze kiedy przez niego płynąłem był zdradliwy i podstępny. Tymczasem po minięciu Tałt, przy wejściu w Kanał Tałcki, mijamy "full service". Większość po 2 złote. WC (czort wie czy za obie wersje), wyrzucenie śmieci, naładowanie komórki. Jest tu również spanie w przyczepach, sklep, smażone ryby, piwo. A wszystko to oferuje pan, który śpi w jednej z przyczep. Nie napisał w cenniku ile kosztuje wyjście na brzeg, czyżby darmo?.
Płyniemy teraz kanałami a jeziora nie są już takie rozległe. Zbyszek ma te szlaki opływane na jachcie, na który raz w roku się mustruje w rodzinnym gronie. Na początku Kanału Szymoneckiego mija nas na silniku jacht. Odkładam wiosło i sięgam po bułki. Odpoczynek się należy, minęliśmy jezioro Szymon, małe, ale kilka razy musiałem ustawiać się dziobem pod falę. Zbyszek natomiast przyspiesza. Przed nami długa prosta, widzę jak coraz szybciej migają jego wiosła. Ja jestem daleko w tyle. On zajadle wiosłując w kilwaterze jachtu dorównuje mu prędkością. Rozbawiła mnie ta sytuacja, bo z odległej perspektywy wydawało mi się, że wyprzedził jacht. Przed nami jezioro Jagodne długie na 7,5 km. Płynę pierwszy, zmagając się z falami i wiatrem i jak to na dużych akwenach bywa, wydaje mi się, że stoję w miejscu. Koło wysp, fala jest na tyle duża, że zaczyna kajak nosić. Na szczęście wiatr mamy z prawej, trochę z tyłu. Daleko z przodu jacht, który gonił Zbyszek kładzie maszt, żeby przepłynąć pod mostem w kanale Kula. Więc to już końcowa część jeziora a Niegocin z każdym pociągnięciem wiosła coraz bliżej. Odprężenie i ulgę przynosi zapach wyczuwalny na jeziorze. Po prawej przy moście dymi ognisko, parasole zapraszają na piwo, stoją samochody i namioty a przy brzegu cumują dwa jachty. Kiedy wpływam na jez. Boczne, które jest właściwie początkiem Niegocina, zaczynam się rozglądać za miejscem na nocleg. Czekam, aż dopłynie Zbyszek i razem wpływamy na Niegocin. Płyniemy pod lewy brzeg, przeciwny do zwartej zabudowy Rydzewa, w stronę szeregu pomostów. Pole biwakowe już opuszczone, bez dozoru. Barakowóz z dumnym napisem "Bar" już zamknięty. Stajemy tu na ostatni nocleg. Wieczorem zaczyna padać deszcz. I dobrze, bo dobijająca po zmroku, przy świetle latarki, załoga jachtu rezygnuje z rozpalenia ogniska i pije pod pokładem.
  Wita nas mglisty ranek. Opuszczamy tor wodny prowadzący do Giżycka, płyniemy pod przeciwny brzeg. Skręcamy w prawo i wpływamy na małe jezioro Niałk. W okolicach Kleszczewa nad jez. Wojnowo przelatują z wrzaskiem liczne klucze dzikich gęsi. Wczoraj zapadły tu na popas i odpoczynek a dziś doskonalą swoje umiejętności przed odlotem. Przy końcu jeziora widać maszt nadajnika TV w Miłkach (wysokość 327 metrów, 9. pozycja na liście najwyższych konstrukcji w Polsce). Wpływamy pod prąd w przesmyk prowadzący na jez. Buwełno. Pod lokalnym kamiennym mostem przeciwny nurt wzmaga się na tyle, że płynąć już nie można. Kajaki musimy holować. Na dnie zalegają kamienie i głazy. Stąd nazwa tego połączenia - Głaźna Struga. Na naszej trasie jezioro Buwełno, wąskie i długie, musimy pokonać prawie 9 km. Na jego końcu jest wieś Cierzpięty, dokąd zmierzamy. Płyniemy dość długo, wreszcie na wzniesieniu majaczą zabudowania, jesteśmy coraz bliżej celu. Cierzpięty to typowa wieś nie tylko mazurska, w której lepiej to już ... było. Po czasach PRL pozostały dwa mieszkalne bloki. Ich mieszkańcy zbudowali sobie przed nimi ławeczki, które są miejscem życia towarzyskiego, głównie mężczyzn. Mają dużo czasu, bo pracować nie mają gdzie. Dawne chlewnie, obory zdewastowane. Oni też.
 2 października 2012 wracamy do domów.

Foto album

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Łotewska rzeka Gauja

sobota, 14 lipca 2012 17:02

Foto album 

 

Gauja to rzeka płynąca na Łotwie, czyli jednym z trzech krajów określanych umownie jako nadbałtyckie. Terytorium Łotwy jest ok. 5 razy mniejsze w porównaniu z Polską. To kraj równinny, lesisty o małym zaludnieniu.

Na początek coś o samej rzece.
 Wypływałem z kempingu Januaraji przed Valmierą. Gauja ma długość ponad 450 km, w środkowym odcinku swego biegu przez 93 km płynie przez Park Narodowy Gauja utworzony w 1973 roku. Ma niespotykany, herbaciany kolor wody za sprawą wymywanych piaskowców, które tworzą obramowanie rzeki. Jednak woda tu jest bardzo czysta. Na trasie spływu poza miastami, nad rzeką stały tylko trzy domostwa. Pewnie dlatego, że jest to teren parku narodowego. Piaskowce dodają wiele uroku rzece. To bardzo miękka skała, wszędzie spotyka się wydrapane "pamiątkowe" napisy. Ciekawie wyglądają na nich również zacieki, jakby ktoś wylał czerwoną farbę. Najwyżej nad rzeką wznosi się skała Ērgļu klintis czyli Orle gniazdo. Warto się tu zatrzymać i wejść po schodach na platformę widokową. Brzegi rzeki porastają lasy, głównie sosny. Strzeliste, smukłe, proste i wysokie jak świerki. Płynie się przez odludne, dzikie miejsca, pełne poziomek, głosów śpiewających ptaków, szumu drzew i szmeru wody. Komary, przed którymi inni ostrzegają, bo podobno jest ich mnóstwo, nam nie dokuczały a było ich tyle co w Polsce. Żadnej plagi komarów (płynąłem na początku lipca) nie było. Rzeka na opisywanym odcinku jest bardzo łatwa a jedynym utrudnieniem jest tor kajakowy przed Valmierą. Można go spłynąć wybierając odpowiednie miejsce. Kto się przestraszy i popłynie przy brzegu na pewno utknie na progu. Trzeba płynąć środkiem rzeki, dlatego pokazuję kilka zdjęć, które to obrazują. Oczywiście wcześniej trzeba zabezpieczyć aparaty i komórki, bo woda do kajaka wleje się na pewno. Tyczek też nie należy się bać. Odchylą się i krzywdy nie zrobią. Kajak można też przenieść, są ku temu odpowiednie warunki. Tor pokazuję również na krótkim  filmiku.

Teraz trochę o turystycznych atrakcjach na szlaku Gauji.
 Valmiera, to ósme pod względem ilości mieszkańców miasto na Łotwie. Jeżeli wcześniej się nie wywaliłeś na kajakowym torze to możesz iść do miasta. Ląduje się przy pomoście dla spacerowej łodzi. Przechodzi się koło pozostałości murów zamku obronnego zakonu kawalerów mieczowych, (Valmieras ordeņa pils), którzy tu się osiedlili w roku 1224 i jesteśmy w turystycznym centrum Valmiery. Jest tu kościół św Szymona i ... market. Ten drugi oczywiście jest bardziej odwiedzany. Wieża kościoła, którego nazwę cytuję ze zdjęcia - Sweta Simana Baznica 1280, góruje nad miastem. Dziś jest to świątynia luterańska.
Warto wybrać się do Siguldy, zobaczyć zamek i jego otoczenie. Wstęp na dziedziniec zamku jest bezpłatny natomiast za wejście do zamku trzeba zapłacić 1 łata. Polecam przejazd kolejką linową na drugą stronę rzeki z Siguldy do Krimuldy. Bilet (w obie strony) kosztuje 2 łaty. Płynąc dalej z daleka widać na wzniesieniu wieżę zamku w Turaidzie. Wstęp na teren tego kompleksu zamkowego kosztuje 3,5 łata.
 W Rydze główny szlak turystyczny, którym oprowadza się wycieczki wiedzie przez Stare Miasto, żeby zobaczyć Trzech Braci (trzy kupieckie domy o wspólnych ścianach. Nazwa nawiązuje do kamieniczek Trzy Siostry w Tallinie), Dom Kotów, Małą i Dużą Gildię, Dom Czarnogłowych oraz ulicami z kolekcją (podobno największą w Europie) secesyjnych domów. Cieszyłem się, że ponownie mogłem stanąć przy Czterech Muzykantach z Bremy, bo w Rydze byłem w roku 2007.

Na Łotwie nikt nie chce euro, ani tym bardziej złotego a pieniądze, moim zdaniem, najlepiej wymieniać na granicy, gdzie kurs wymiany w Budzisku wynosił 6,03 - 6,05 zł za łata (LVL) a w Olsztynie Jasiek kupował łaty po 6,30 zł. Cena benzyny, w czasie mojego pobytu, identyczna jak w Polsce. Skoro mowa o pieniądzach, to na granicy można nie wydane łaty również z powrotem wymienić na złotówki. Wtedy za jednego łata otrzymamy 5,94 zł, a za bilon (bez santimów, tylko za monety od 1 łata w górę) 4 zł za łata. Ale i tak jest to bardziej racjonalne, niż przywożenie łotewskiej waluty do kraju.

Ceny produktów.
Market IKI w Valmierze - woda mineralna miejscowa gazowana 0,35 LVL, ale są i droższe. Nie ryzykowałem, kupiłem naszą, bo polską i sprawdzoną Nałęczowiankę za 0,49 LVL. W Rydze (market RIMI) Sencu Kvasa czyli kwas (w smaku słodki) chlebowy 1,5 l - 0,49 LVL (0,5 l za 0,39 LVL) Przejdźmy do konkretów, kto będzie ciągle pił wodę?
Piwo Cesu Premium but 0,45 LVL (puszka w Siguldzie 0,43 LVL), Alus Aldaris Luksus 0,59 LVL. To samo piwo na campingach, w restrauracyjkach z nalewaka kosztuje 1-1,15 LVL. Ogólnie mówiąc, ich piwa nas nie zachwycą, ale mam nadzieję, że nikt nie kupi tam Carlsberga. Słynny czarny balsam Ryski w but 0,2 l kosztuje 2,92 LVL (butelka 0,35 l - 4.41 LVL). Butelka podłej wódki (38%) SOS kosztuje 2,84 LVL a za Namejs (40%) zapłacisz 3,99 LVL.
Zawsze przychodzi jednak taki czas, że trzeba coś zjeść. Bardzo mi smakował chleb Maldera. Ciemny z kminkiem i chyba miodem. Wyjeżdżając z Rygi zaplanujcie tani obiad w LIDO (Kengaraga (ielu-ulica) 6b). To sieć podobna do Mc'Donalds, ale ich rodzima - łotewska. Za obfity obiad (samoobsługa) - chłodnik, ziemniaki krojone jak frytki, ale smażone na patelni, mięso grilowane z indyka?, sosy i sałatki zapłaciłem 5,70 łata. Do surówek bierz odrębny talerz i kładź do woli, płacisz za liczbę surówek a nie ich ilość. To samo dotyczy sosów. Zupę nalewasz sobie oczywiście do jednorazowej, ale wysokiej miseczki, nie takiej małej i płaskiej jak w Polsce. Tu uda ci się całą jej zawartość donieść do stolika. U nas dostaniesz pełną porcję złośliwie - masz do pełna i tak się oblejesz. Koniecznie spróbujcie solanki (soljanki). Piszę solanki, bo to jest jej poprawna, polska nazwa. Z rodowodu to zupa rosyjska i bukwę я należy tłumaczyć jako a. Ogólnie mówiąc smakuje jak nasza ogórkowa z pomidorami. Jest znakomita i żaden opis smaku nie odda.
Do kraju a konkretnie do Gawrych Rudy, do wynajętego przez Jaśka pokoju "U Jawora" wróciliśmy wieczorem 8 lipca. A następnego dnia zrobiliśmy po Wigrach 17 km wycieczkę. W sumie przepłynęliśmy 165 km i mogłem dodać kolejną pozycję w swoim zestawieniu. Mam nadzieję, że w przyszłym roku dociągnę do 10.000 km.

 

 Foto album


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 27 sierpnia 2016

Licznik odwiedzin:  80 641  

O mnie

Lubię turystykę kajakową,
fotografię i podróże.
GG:2290554

O moim bloogu

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  więcej...

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  wpisy

 

Moje filmy

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 80641

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031