Bloog Wirtualna Polska
Są 1 253 663 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Sukces czy porażka ?

czwartek, 26 maja 2011 16:25
Skocz do komentarzy

Album foto

Wróciłem z Liwy.

To fragment opisu rzeki zamieszczony na stronie www.kajaki.pl
 "Liwa jest rzeką wąską, bardzo krętą, meandrującą, o bardzo urozmaiconym krajobrazie, który zmienia się z każdym przepłyniętym kilometrem. Widoki pól i łąk początkowych odcinków tras ustępują miejsca krajobrazowi lasów mieszanych. Zalegające gdzieniegdzie w poprzek rzeki pnie zwalonych drzew i liczne rozlewiska dają wyobrażenie o krajobrazie pierwotnej puszczy, a głębokie jary, którymi w pewnych miejscach płynie Liwa i usiane kamieniami bystrza nadają rzece charakter górski."
 Sugerowanie, że drzewa tarasują rzekę tylko gdzieniegdzie wprowadza w błąd.
 Popatrz tu, może rozpoznasz, którędy rzeka prowadzi swoje wody. Jeżeli ci się to nie udało, to na tym zdjęciu naniesiony jest ślad z ostatniego etapu trasy. Skoro rzeka płynie przez tak zwarte leśne obszary, to muszą w jej korycie być powalone drzewa. Nasycenie przeszkód, szczególnie za jez. Liwieniec jest ogromne. Trzeba to uwzględnić przy planowaniu spływu, doborze sprzętu, uczestników itd. 

 Jako miejsce startu wybrałem Kamieniec, gdzie rano w sobotę 21 maja 2011 spotkałem się z Zibim. To trzecia nasza wspólna wędrówka z cyklu "Czekuch i Zibi". Kamieniec koło Susza to miejsce związane z ... Francją foto. W 1807 roku od 1 kwietnia do 6 czerwca w pałacu rezydował Napoleon Bonaparte. Przez kilka tygodni towarzyszyła mu incognito pani Walewska. Pałac został zbudowany na zlecenie Conrada Finck von Fickenstein, jako siedziba rodowa. Rezydencję otaczał ogród francuski z romantyczną grotą. Budowę ukończono w 1720 roku. W 1782 roku pałac kupił Aleksander zu Dohna po ożenku z siostrą Fickensteinów. W rękach rodu zu Dohna Kamieniec pozostał do 1945 roku, kiedy to został splądrowany, ograbiony i spalony przez czerwonoarmistów i od tego czasu pozostaje w ruinie.

Po ulokowaniu samochodów, robię kilka zdjęć i schodzimy przy moście na wodę. Od Kamieńca Liwa jest rzeką uregulowaną, płynie przez łąki. Za Bronowem przed mostem kolejowym są rury biegnące w poprzek rzeki, ale spływać można swobodnie, bez obaw, nie trzeba kajaków przenosić, jak to głoszą niektóre opisy. Wystarczy się pochylić. Przed Prabutami rzekę tarasuje potężne drzewo foto. Kiedy się zastanawiamy jak tę przeszkodę pokonać, słyszymy ryk silników.
  Ki diabeł, czołgi czy co ? Nie, to tylko czwórka szalonych jeźdźców, łamiąc przepisy, ujeżdża swoje quady. Zostaje po nich swąd spalin, przerażona zwierzyna i głębokie rany w ściółce leśnej. Po śmieciach, brudnicy mniszce - to kolejna, nowa plaga naszych lasów.
  Przypadek sprawił, że stanęliśmy na nocleg przed Prabutami, przy moście kolejowym zbombardowanym w czasie ostatniej wojny (ale nie polsko-polskiej), bo zegarek wskazywał o wiele późniejszą godzinę (czas wrócił do normy po wymianie baterii). Jak się okazało następnego dnia, wyszło to nam na dobre, bo dalej miejsc na postawienie namiotów nie było. Na złe, bo do późnego wieczora nie mogliśmy zasnąć. Nie wiem dlaczego, ale właśnie to miejsce - korony przyczółków zniszczonego mostu upodobała sobie prabucka młodzież na miejsce spotkań i pewnie nie tylko. Większość szła o własnych siłach, ale oczywiście z zapasem osłabiacza. Na namioty z góry lał się wartki potok obrzydliwości i słownego brudu. Zebrali się tam głównie tegoroczni maturzyści i ich młodsi koledzy. Dziewczyny w niczym nie ustępowały pola chłopakom, były równie wulgarne i pijane. Ciekawe, że przy pomocy kilku tylko słów, powszechnie uznawanych za grubiańskie i wulgarne, można opisać rzeczywistość. Kto wie, skoro to miejsce ma swoją magię, może kultywują tradycje rodziców ? Może właśnie tu zostali poczęci ?
  Rano wchodzę na górę przyczółka, który wczoraj tak licznie okupowali młodzi ludzie. Zrobiłem kilka zdjęć, ale ich nie mam, bo od pewnego czasu prześladuje mnie fotograficzny pech. Tym razem padło na kartę, która komunikatem Błąd pliku odmawia dalszej współpracy. Ożywa dopiero po formatowaniu, co oznacza utratę zrobionych wcześniej zdjęć.

Wczoraj przepłynęliśmy tylko 15,5 km, tu można zobaczyć trasę spływu. Dziś przed nami trudniejszy odcinek - zwarte obszary leśne. Po przeniesieniu kajaków przez drogę na jazie za Prabutami dopływamy do jez. Dzierzgoń. Kierując się w stronę wypływu Liwy z jeziora, które stanowi jednocześnie zbiornik retencyjny, płynąc śladem Zibiego, utykam na płyciznach. Dlaczego ? Chyba mój kajak ma większe zanurzenie. Myślę, że powodem jest różnica wagi - jego i mojej.
  Wypływ Liwy z jez. Dzierzgoń zamyka jaz i dwa mosty. Po przeniesieniu kajaków, wkrótce wpływamy na jez. Liwieniec (rezerwat ptaków) z którego widać panoramę Prabut z wieżą zegarową konkatedry. Muszę sobie pomóc gpsem, żeby znaleźć wyjście z jeziora. Zgodnie z przewidywaniami pojawiły się pierwsze powalone drzewa tarasujące rzekę. I już nas nie opuściły wiernie towarzysząc do końca naszego spływu. Nad Liwą nie ma miejsc dogodnych do postawienia namiotu. Trzeba korzystać z tych przygotowanych przy dawnych młynach, czyli dziś - elektrowniach. Są one rozmieszczone sensownie i dobrze urządzone. Drugiego dnia i tu nie wiem jakiego słowa użyć, bo słowo pływanie byłoby nadużyciem, dotarliśmy po 17 km do Nowego Młyna. Po drodze minęliśmy Stary Młyn (trzeba tu przenosić kajaki), gdzie jest miejsce na odpoczynek, ale urządzone raczej z myślą o zmotoryzowanych. Jest też miejsce dla wodniaków, ale mało zachęcające a niedzielni biesiadnicy siedzący wyżej w dużej wiacie przy drodze, nie zachęcali do postoju. W Nowym Młynie miejsce biwakowe usytuowane jest w pobliżu lokalnej drogi, z miejscem na ognisko i lepiej tu się zatrzymać, niż w Starym Młynie. Tym bardziej, że tu też trzeba przenosić kajaki.
  Następnego dnia wypływamy o godz. 9:20 ze świadomością, że dziś stajemy przed kajakarskim wyzwaniem (na moją miarę). Celem jest Szadowski Młyn, przebycie tego odcinka odległego o 14 km zajęło nam prawie 7 godzin. Dotarliśmy tu ok godz. 15:30, ale nie płyniemy dalej. Tu stajemy na nocleg, po trudach dnia jest czas i słońce, żeby zrobić porządki, wywietrzyć śpiwory, namioty. Urządzam sobie nawet prowizoryczny prysznic. A później siadamy do kolacji z jadłem przodków - karkówki pieczonej na ognisku, na ruszcie a nie na żadnym grillu. W Polsce grilla się urządza a z rusztu się je.
  Rano przenosimy kajaki przez teren należący do Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, szczęście, że jest otwarte wejście na ich rozległą posiadłość. Jak przystało na instytucję, która ma "pomoc" w nazwie, ogrodnik przynosi mi nawet pełny pojemnik z pitną wodą. Za Szadowem jest tyle powalonych drzew, że coraz częściej brodzimy, niekiedy wpadając w zdradliwe zagłębienia po pachy. To oczywiście jeden ze sposobów pokonywania przeszkód. Najczęściej jednak szybko napływamy na drzewo a jeżeli na nim utkniemy, stosujemy metodę nazwaną przez Jana z Olsztyna "dupcowaniem", czyli ruchy posuwisto-zwrotne tułowia, które nadają impet kajakowi a ten przesuwa się do przodu na przeszkodzie. Z mozołem pokonujemy kolejne zwalone drzewa, które niekiedy leżą w odległości mniejszej niż długość kajaka, więc kajaki przerzucamy z drzewa na drzewo. Dwa progi w dzisiejszym dniu pokonujemy spławiając kajaki. Z ulgą po raz pierwszy oglądamy nad rzeką jakieś zabudowania, to znak, że lasy ustępują. Za mostem w Kamionce po uzyskaniu zgody właściciela stajemy na nocleg przy jego zabudowaniach. Obaj mamy na dzisiaj dość. Jesteśmy od rana mokrzy od brodzenia w wodzie, kajaki ubłocone od ciągłego wchodzenia. Zbyszek narzeka na ból nogi, mnie bolą ramiona i popuchły mi nogi od licznych ukąszeń meszek. Stawiamy namioty i idę do gospodarza po wodę. Dostaję wiadro ciepłej wody, mogę się cały umyć. Dopiero teraz robię posiłek. Niebo się chmurzy, zaczyna padać deszcz. Z obliczeń wynika, że dziś przebyliśmy odcinek tylko 11 km. Liwa okazała się rzeką bardziej uciążliwą niż myślałem przez ogrom zwalonych drzew. Dlatego nie jest często pływana, dla spływów masowych wręcz niedostępna. Tym większa satysfakcja, że jesteśmy tuż przed Kwidzynem, że pokonaliśmy najtrudniejszy fragment Liwy. Następnego dnia niebo wygląda groźnie zasnute chmurami, jest zimno. Obaj dochodzimy do wniosku, że tu kończymy spływ. Reszta planu może doczeka się kiedyś realizacji.

Album foto

Podziel się
oceń
0
0



Więcej na ten temat


piątek, 23 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  89 925  

O mnie

Lubię turystykę kajakową,
fotografię i podróże.
GG:2290554

O moim bloogu

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  więcej...

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  wpisy

 

Moje filmy

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 89925

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930