Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 236 479 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Trzy w jednym

niedziela, 28 sierpnia 2011 20:28
Skocz do komentarzy

Foto album 

  Pomysł, żeby popłynąć Krutynią pochodził od Jaśka z Olsztyna. Powrót na rzekę po 19 latach, (ostatni raz na Krutyni byłem w 1992 roku) to jakby podróż w przeszłość, odkrywanie rzeki na nowo, bo niewiele  pamiętam. Z Krutyni można się przerzucić na Pisę a we wspomnieniach wrócić do roku 2003. Pisa prowadzi do Narwi, czyli można popłynąć jeszcze dalej. Zgadzam się mając taki właśnie plan a jako miejsce docelowe wybieram ponownie Serock.
  W sobotę przed południem przyjeżdżamy do Sorkwit, lokujemy się w zamówionym domku i jedziemy do Zyndak, skąd planowaliśmy rozpocząć spływ. Okazało się, że zaczęliśmy z Bałowa, bo pan, który nas przewoził uznał, że 3 km nie stanowi różnicy skąd się zacznie a do Bałowa ma łatwiejszy dojazd. Po powrocie z pierwszego, krótszego niż zakładaliśmy etapu idziemy do pobliskiego baru na sielawę a później nad jez. Gielądzkie i wchodzimy do kościoła ewangelickiego korzystając z okazji, bo pani, która sprząta otworzyła jego wejście. Obok stanicy wzrok przykuwa piękny w formie pałac rodów von Mirbach a później von Paleske, prawdziwa perełka architektoniczna. Usytuowany nad jeziorem w angielskim parku, dziś przeszedł w ręce prywatne i jest ekskluzywnym hotelem. Wieczorem pogaduchy, bo jak uciec od wspomnień, skoro 19 lat temu z Izą przyjechaliśmy tu wieczorem na spływ w okropną ulewę i żeby nie stawiać namiotu, wynajęliśmy ten sam - pierwszy domek. Nie nocowaliśmy sami, bo po nas przyjechało małżeństwo z dwójką dzieci i zaprosiliśmy ich do siebie użyczając schronienia.
   W niedzielę odpływamy przy dobrej pogodzie, ostatnio ciągle padało. Zgodnie z umową zatrzymujemy się w każdej stanicy, żeby ocenić zmiany. Pierwsza stanica w Bieńkach. Nie pamiętam niczego a na pewno tu nocowałem, kiedy na Krutyni byłem po raz pierwszy. Obowiązkowe piwo i płyniemy dalej. Do Babięt. Dopływam pierwszy, zaczyna padać deszcz, wynajmuję domek "typu szałas" za 25 zł od osoby (postawienie namiotu 12 zł od osoby). Postanawiamy wziąć 10 min. prysznic za 7 zł w naiwności swojej sądząc, że zdążymy umyć się obaj. Pani szybko wyprowadziła nas z błędu, to jest cena od osoby i żeby dostać klucz od prysznica, trzeba przyjść po niego przygotowany do kąpieli z szamponem i ręcznikiem a po kąpieli z mokrą głową ten klucz pani oddać. Pani sprawdza czas i w tej samej procedurze przekazuje go następnej osobie.
  Za stanicą we wsi Babięta kajaki trzeba się przenosić przez dość ruchliwą drogę, obok dawnego młyna a dziś, jak wszędzie - wodnej elektrowni. Po prawej jest sklepik i bar, gdzie można wypić zimne piwo i coś zjeść. Dopływamy do nieczynnej śluzy Lalka na końcu jez. Zyzdrój Mały. Dziś spiętrzenie wody napędza tam małe generatory, kajaki trzeba przenosić przez nasyp bocznej drogi prowadzącej przez zaporę. Korzystamy z wózka z pobliskiej zapory, który wypożyczają za drobną opłatą dwaj chłopcy.
  Stanicę w Spychowie zwiastuje głośna muzyka i gwar wypoczywających w świąteczny dzień (15 sierpień) ludzi. Powstał tu tzw. park linowy dla tych, którzy chcą chodzić nie tylko po ziemi i przezwyciężyć lęk wysokości. Sorkwity upodobali sobie płetwonurkowie, mają tam odpowiednie zaplecze i czystą wodę, Bieńki okupują posiadacze przyczep a Spychowo ci, którzy chcą się poczuć jak żołnierze jednostek specjalnych. Po programie obowiązkowym (wyrzucenie śmieci, piwo, WC) płyniemy dalej do Zgonu, czyli następnej stanicy. Domek "typu szałas" kosztuje tu z pościelą 32 zł i jest zlokalizowany na skraju stanicy. Idziemy obejrzeć Zgon i przy okazji coś zjeść. Wchodzimy do jadłodajni z dużym rusztem pośrodku, jednak po chwili wychodzimy, bo swąd palonego tłuszczu z kaszanek, kiełbas i mięs jest za bardzo dokuczliwy. Jemy w barze przy stanicy.
  Następnego dnia rano troszkę pada, ale kiedy siadamy do kajaków już tylko kropi, jedynie niebo zasnute jest ciężkimi ołowianymi chmurami. Odpływamy o godz. 9:00 przed nami jez. Mokre o długości 7 km. Wkrótce się przejaśnia, wychodzi słońce, fala nie jest bardzo dokuczliwa. Jasiek zostaje w tyle, czekam na niego przy jazie na końcu jeziora. W ten sposób ominęliśmy stanicę w Cierzpiętach, ale też Jasiek - mój przewodnik po Krutyni, nic o niej nie wspominał. A zna Krutynię dobrze, bo często na nią wraca, we wspomnieniach i w rzeczywistości. Idąc śladem jego opowieści, to właśnie gdzieś na Spychowskiej Strudze użyczając w deszczu kurtki, poznał swoją przyszłą żonę - Marysię. I do dziś darzy je obie miłością - żonę i rzekę.
     Zrobił się słoneczny, ciepły dzień, muszę się chronić przed słońcem i płynę w koszuli z długim rękawem, co może z boku wygląda komicznie. Ale przede mną jeszcze około 300 km, więc skoro mam dopłynąć ...
   Inaczej oczywiście wyglądają turyści, których wożą, jak ja to nazywam "krutyńscy gondolierzy". Obserwujemy ich siedząc z Jaśkiem na tarasie w stanicy Krutyń przy zimnym piwie. Co chwila z zakola rzeki wypływa kolejna łódź z turystami a "gondolier", który żeby przetrwać w nowych czasach musiał się nauczyć biegle władać językiem niemieckim i dziś wozi może potomków tych, z którymi bawili jego dziadkowie?  Obrazek i porównanie przywołują Wenecję, kanał La Grande. To bardzo dalekie porównanie, ale jest coś, co je łączy. Cena w euro. Gdyby o nią zapytać, to Ferdynand Kiepski, postać z TV serialu pewnie by powiedział:
 - Panie, to nie mogą być tanie rzeczy, to musi kosztować. 
  Zielony Lasek to dawny młyn, tu też trzeba przenosić kajaki albo... przewozić "za piątkę od kajaka". Po prawej stronie na ławeczce mają swoje stanowisko i czekają przewoźnicy z wózkami. Obowiązuje ich kolejka do zarobku, wózek wjeżdża do wody, kajak na nim osiada i przewożą go za zaporę. Sądząc po ilości kajaków na rzece, to niezły dzienny zarobek. Może tylko trochę gorszy niż na prysznicach w Babiętach (7 zł) Tam dodatkowo pani fundowała niezły cyrk z odbieraniem klucza w trosce o zarobienie kilku złotych.
   - Oglądałeś klasztor ?
   - Nie, nigdy tam nie byłem.
   - To masz okazję - zachęca Jasiek.
 Więc przed Uktą skręcam w prawo w kanał prowadzący na jez. Duś. Jestem tu po raz pierwszy. W XIX w osiedlili się na Mazurach starowiercy inaczej filiponi, którzy nie uznali reform kościoła prawosławnego. W tamtych czasach było to miejsce rzeczywiście niedostępne, odludne, tu na emigracji znaleźli spokój i mogli prowadzić swoje praktyki. Pewnie siali zboża, sadzili ziemniaki, hodowali krowy, trzodę, owce i konie, żeby to wszystko obrobić. Sady dawały owoce, pszczoły dostarczały miodu i wosku na świece, jezioro ryb i lodu do przechowywania żywności. Opiekowali się okolicznymi chorymi, ludzie pomagali im w przetrwaniu. Przetrwali do roku 2006, kiedy zmarła ostatnia siostra należąca do wspólnoty. Dziś klasztor, który bardziej przypomina wiejskie zabudowania, jeszcze istnieje. Ale za kilka lat ?
Na nocleg wybieram pole namiotowe (15 zł od osoby) w Ukcie. Stajemy przed mostem po prawej stronie rzeki obok grupy Niemców. Stanica jest dalej za mostem. A przy moście rwetes, nieustanny ruch, kilka firm odbiera tu kajaki, wiele osób tu kończy spływ Krutynią. Następnego dnia stanicę w Ukcie odwiedza tylko Jasiek, żeby w recepcji przybić pamiątkową pieczęć. Na piwo zatrzymamy się w następnej stanicy w Nowym Moście. A jest tam cicho i spokojnie. Tym razem próbuję słodkiego piwa miodowego wygrzewając się na słońcu. Przed nami Iznota. Woda już nie jest taka krystalicznie czysta jak wcześniej, rzeka się poszerza, wkrótce w Bełdanach zakończy swój bieg. Krutynia to nazwa umowna, bo po drodze rzeka przybiera nazwy Sobiepanka, Babięcka Struga i Struga Spychowska i wreszcie Krutynia. Na brzegach pojawiają się letniskowe domki, domy i rezydencje. Zatrzymuje nas niezapowiedziana przeszkoda, musimy w Iznocie przenosić kajaki za most. Trwa jego remont, właśnie robotnicy przy użyciu dużej wiertnicy osadzają w dnie rzeki pionowo rury, które chyba posłużą jako formy do betonowania podpór. Bełdany witają nas tłokiem białych żagli, rykiem silnika przepływającej w pobliżu szybkiej łodzi.
  Lokalizację stanicy w Kamieniu można określić obserwując zdążający do nabrzeża stateczek żeglugi mazurskiej i maszt centrum monitoringu. Ich sieć powstała na Mazurach po pamiętnym białym szkwale w 2007 roku, kiedy wiatr, który w ciągu kilku chwil osiągnął 12 st. w skali Beauforta, powalił i zatopił kilkadziesiąt jachtów. Życie straciło wtedy 12 osób. Szybko mijam zacumowany stateczek. może nawet przepływam za blisko niego, ale silniki pracują na małych obrotach i obserwuje mnie jakiś członek załogi sądząc po uniformie.
Ze stanicą w Kamieniu wiążą nas z Jaśkiem wspólne wspomnienia, byliśmy tu na kursie przodownickim w roku 1996. Obchodzimy stanicę próbując porównać widok dzisiejszy ze stanem z dawnych lat. Podczas obiadu ustalamy, że zanocujemy nad Bełdanami, za zatoką Wygryńską w miejscu oznaczonym na mapie, jako pole biwakowe bodajże Piaski. Płynę tam pierwszy, udaje mi się je odnaleźć. Przy brzegu stoi 10 jachtów, pełnych młodego i jędrnego mięsa rzucanego słowem przez obie płcie, wspinam się na górę, właśnie widzę jak część tego obozu żeglarskiego rozbija namioty na nierównościach polany. Ale im wszystko jedno i tak się upiją przy ognisku, bo właśnie część z nich taszczy trochę lasu nad jezioro. Z ciekawości oglądam cennik i po raz pierwszy widzę: cumowanie kajaka 2 zł/dobę.
Ale oddychanie - darmo ! Właściciel, dzierżawca lub cokolwiek innego, co to wymyśliło na nas nie zarobi, odpływam.
Przeskakuję na drugą stronę jeziora, wszędzie już stoją jachty pilnując skrawka dogodnego do wyjścia na brzeg lądu. Znajduję wolne miejsce. Dopływam, wychodzę na brzeg usiany śladami ognisk i tym, co zostawili po sobie wieczorem i rano żeglarze. Do brzegu zbliża się jacht, również wybierają to właśnie miejsce. Ktoś z dziobu krzyczy, żebym się usunął. Robię to pośpiesznie i uciekam kajakiem na skraj trzcin. Kotwica rufowa rzucona za późno nie potrafi wyhamować impetu, cała ta masa porusza się za szybko i wreszcie wali dziobem w brzeg. Ostatecznie nocujemy w innym miejscu koło dwóch jachtów, z których jedna osada w rozmowie z Jaśkiem okazuje swoje niezadowolenie. Druga zaś pracuje zawzięcie siekierą, aby zgromadzić opał na ognisko, bo sądząc po ilości przyniesionego piwa, musi być go dużo.
   Rano po śniadaniu zwijamy namioty, przed odpłynięciem kąpiemy się, bo już jest gorąco. Przed nami śluza w Guziance. Krótko czekamy na zielone światło, nie ma jeszcze nikogo, kto by chciał popłynąć w stronę Rucianego-Nidy, śluzują tylko nasze dwa kajaki. W Rucianem dołączy Zbyszek, tu mamy się spotkać. To dla mnie dogodna sytuacja, bo będę miał również towarzystwo na dalsze pływanie. Pierwotny plan zakłada, że wspólnie dopływamy do Wiartela, Jasiek odwożąc do Sorkwit wypożyczony tam kajak tym samym transportem przerzuci nas do pobliskiego Pisza. Tymczasem w Rucianem czeka na nas Zbyszek. Jasiek wysiada i idzie po zakupy, my natomiast wysiadamy dalej przy miejscu sprzedaży świeżo złowionych ryb, które rano wypatrzył Zibi. Okazało się jednak, że lepsze gatunki - szczupak, sandacz, okonie i płocie już sprzedano, zostały tylko leszcze, które mają dużo ości. Ale wieczorem świeża ryba będzie, Zibi kupił za kilka złotych 9 dużych leszczy, po 3 dla każdego. Oczywiście w stanicy w Rucianem jesteśmy już w komplecie brakuje tylko... piwa. Wkrótce zostaje podłączona nowa beczka. Siedzimy tu chyba o jedno piwo za długo, ale trudno się dziwić, mamy tyle wspólnych tematów. Napojeni, Jasiek dodatkowo najedzony, musimy się teraz zmierzyć z jez. Nidzkim, do zaplanowanego postoju mamy ok 15 km. Pogoda nam sprzyja, mijamy liczne żaglówki, całe szczęście jest tu mniej szybkich łodzi motorowych, nie licząc policyjnej, ale ta mija nas w oddaleniu. Po prawej mijamy Pranie, które rozsławił Gałczyński a później jego córka Kira. Dziś Pranie Gałczyńskiego to relikt, dziś nie króluje tu bryczka, ale konie - mechaniczne.
Za Praniami widzę, że Zbyszek w oczach mi maleje, płynę jako drugi. Przybieram śmieszną podobno sylwetkę (nie wiem, bo sam siebie z boku nie widzę) i wiosłuję mocniej. Jasiek zostaje z tyłu. My nie zwalniamy tempa. Odpoczywam moment koło Karwicy, żeby zrobić zdjęcia. Zibi odpływa. Znów go dochodzę. To już ponad 2 godziny ostrego wiosłowania. Gdzie te Czaple. Wcześniej miały być Zamordeje. Kończy się jezioro. To tylko złudzenie. Otwiera się przesmyk na jego dalszą część. Po lewej zabudowania. Może to tu? Nie, jeszcze dalej. Dopiero za leśniczówką widać pomost i stanicę. Dopłynęliśmy tu po ponad 3 godz. ostrego wiosłowania. Wynajmuję dwa domki "typu szałas", pani Bożenka, która tu dowodzi i we wszystkim jak głosi napis na recepcji ma rację, pożycza butlę z gazem, patelnię i mąkę. Zibi sprawia ryby i je smaży. Przypływa Jasiek urządza się w drugim domku i wkrótce na stole przed recepcją lądują smażone ryby, zasiadamy do kolacji. Siedzimy na tyle długo, żeby dobrze poznać życie w stanicy zlokalizowanej na obszarze rezerwatu, w której nie ma prądu, kanalizacji i pryszniców, bieżącej wody, nie można wycinać drzew, palić ognisk. Unikat w dzisiejszych czasach a odpoczywających tu gości zadziwiająco dużo i to nie tylko z Polski. Wody dostarcza ręczna pompa przed recepcją, czyste WC są na obrzeżu stanicy tyle, że niespłukiwane i nie stanowi to większego problemu. Wieczorem gwar cichnie, dominują odgłosy przyrody a stanica ożywa blaskiem szczególnego światła migoczących ogników zniczy i świec przed wejściem każdego domku. Klimat niepowtarzalny. I chyba dla tego klimatu, godząc się na pewne niewygody przyjeżdżają tu od lat te same osoby. Bo tu wypoczywa się inaczej. Do dziś jestem pod urokiem tego miejsca, które przypomina mi, jak w moich rodzinnych stronach nad Bachotkiem, dziś zdewastowanym, gdy była tam tylko stanica wodna, wieczorem na wysoki maszt wciągano naftową lampę, żeby wskazywała kierunek zabłąkanym kajakarzom.
Następnego dnia żegnamy się z sympatyczną stanicą Czaple i z Jaśkiem, który wraca kajakiem do Rucianego. Nie udało się dojść do porozumienia z przewoźnikiem w sprawie transportu. Cena, jakiej zażądał była ponad 2 krotnie wyższa od przyjętych. Odpływamy z Zibim kierując się w stronę końca jeziora, Jasiek zostaje i wyruszy w drogę powrotną do Rucianego-Nidy później. Wiosłujemy dość długo, gdy wreszcie po lewej mijamy dużą plażę i pole biwakowe w Jaśkowie a jezioro prowadzi nas w prawo w stronę Wiartelnicy, którą bez przeszkód dopływamy do mostu i jazu w Wiartelu. Chcieliśmy stąd przewieźć kajaki do pobliskiego Pisza, jednak transportu nie udało się nam znaleźć. Przenosimy kajaki przez drogę i płyniemy dalej. Dopływamy do dużego ośrodka wczasowego nad jez. Wiartel Mały, ale i tu nie znaleźliśmy transportu. Zbyszek postanawia, że jutro rano wróci do Rucianego po swój samochód i przewiezie kajaki. A dziś wracamy w stronę Wiartela, żeby miał dogodniejsze możliwości dojazdu do Rucianego. Kiedy odpływamy z ośrodka zaczyna się chmurzyć, później zagrzmiało, zaczyna kropić. Szukamy miejsca na biwak. Znajdujemy dogodne miejsce w rzadkim lesie sosnowym, jak się później okazało było to pole biwakowe. Stawiamy w pośpiechu namioty, zaczyna padać deszcz. Zdążyłem jeszcze zakryć deklem kajak, kiedy deszcz zamienia się w ulewę, ale mamy już "dach" nad głową. Burza się przybliża, po godzinie cichnie, prawie przestaje padać. Wychodzę i szybko poprawiam mocowanie namiotu. Wkrótce burza wraca, znów leje. Ściemnia się. Kiedy po raz trzeci nad nami przewalają się grzmoty, tym razem oprócz ulewnego deszczu towarzyszy im wiatr. Zapada zmrok. Ciemności rozświetlają tylko błyskawice i ... reflektory samochodu. To właściciel przyjeżdża zebrać opłaty po 10 zł od osoby. Nastaje noc, ciemność i odgłos padającego deszczu nuży, przysypiam. Nagle zrywa się wichura, tropik łopocze targany porywami wiatru, falami siecze o niego ulewny deszcz. Noc znów rozdzierają błyskawice i gromy, słychać jak pod naporem wichury trzeszczą drzewa, gdzieś obok z trzaskiem łamie się konar sosny. To czwarty nawrót burzy, tym razem nad nami przetacza się prawdziwa nawałnica. Żeby tylko namioty wytrzymały. O spaniu nie ma mowy. Dopiero przysypiam nad ranem, kiedy już świta a burza cichnie. Tylko jeszcze pada i wieje. Rano namioty noszą na sobie ślady wczorajszej nawałnicy, są pokryte igliwiem a od dołu piaskiem, który z podłoża wybił deszcz. Ale jakoś przetrwaliśmy tę trudną noc.
Rano Zibi wyrusza do Rucianego i nadspodziewanie szybko podjeżdża samochodem w pobliże namiotów. Ładujemy kajaki na bagażnik jego samochodu i odjeżdżamy do Pisza.
Można powiedzieć z pewną dozą tolerancji, bo od Bełdan płyniemy już jeziorami Mazur, że pierwszą rzekę mam za sobą.
   Pisę zaczynamy ok godz 11:20 zaraz za jeziorem Roś z tego samego miejsca, z którego odpływałem w roku 2003. Wydaje mi się, że po prawej zniknęły blaszaki i prowizoryczne zadaszenia na łodzie. Od rana mocno wieje, zakładamy bluzy. Most, kładka, park, most, na końcu miasta fabryka i zapach sklejki, płyt wiórowych. Dalej na brzegach są jeszcze bardzo wyraźne ślady, jeżeli ktoś wie, czego szukać po huraganie z roku 2002. który powalił lasy Puszczy Piskiej na obszarze 12.000 ha. Nie są to już widoki tak dramatyczne, jakie obserwowałem płynąc w roku 2003, kiedy z rozległych połaci połamanych jak zapałki lasów, nie zdołano usunąć wiatrołomów. Dziś w miejscu "Szast", gdzie sterczą jeszcze kikuty drzew, utworzono ścieżkę dydaktyczno-turystyczną, z której można obserwować, jak przyroda sama, bez udziału człowieka na obszarze 475 ha, radzi sobie z kataklizmem. Po południu wiatr cichnie, Zbyszek płynie gdzieś z tyłu. O 15:25 mijam długo wyczekiwany most w Jeżach a później w po lewej korty tenisowe dużego ośrodka wypoczynkowego w Koźle. Szukam miejsca na biwak, ale wcześniejsze długotrwałe deszcze spowodowały podtopienia łąk i odpowiednie miejsce trudno znaleźć. Dopiero za Adamusami, na trawiastym, wyższym brzegu stajemy na odpoczynek. Zasłużony, bo po przepłynięciu, jak się później okazało 47 km. To rekord życiowy Zibiego. Wprawdzie nie pływamy dla rekordów, ale żeby cały plan się powiódł, musieliśmy przyspieszyć po relaksowym pływaniu na Krutyni. Niestety, ten plan Zbyszkowi pokrzyżowało życie. Tu go dopadł sms z okrutną wiadomością, że zmarł nagle jego brat. Nazajutrz się żegnamy, on odpływa pierwszy, musi sprowadzić z Pisza swój samochód, ja odpływam o 9:20. Mijając zabudowania przy moście w Ptakach widzę na brzegu jego kajak.
- Już pojechał - słyszę, jak ktoś krzyczy z brzegu.
Zostaję sam.
  Pogoda mi sprzyja, jest gorące przedpołudnie. Ciche bez odgłosu rolniczych prac i spokojne bez wiatru. To z lewej, to z prawej po łąkach niosą się dzwony wołające na niedzielne msze. Jak odłożę wiosło, to słychać basowe buczenie trzmieli na kurpiowskich łąkach. Nie odkładałem go chyba często, bo niespodziewanie dla samego siebie, wygląda na to, że o 14:00 jestem w pobliżu ujścia Pisy. Koryto rzeki się poszerza, drzewa ustępują miejsca krzakom, słyszę odgłosy dawnej wiejskiej kapeli grającej weselne kawałki i wkrótce Pisa wprowadza swoje wody i mnie do Narwi.
Kończę drugą z rzek, wpływam na trzecią, do czego nawiązuję w tytule.
  Po lewej u podnóża Nowogrodu, na terenie skansenu trwa niedzielny piknik, gwar, tłumy ludzi, ludowe granie i zapach pieczonych na ruszcie kiełbas. Na wodzie mijam narwiańskie "gondole" inne niż na Krutyni. To już nie są pychówki napędzane siłą mięśni. Te są większe, mają brezentowy dach, duży japoński silnik za rufą a każdy "kapitan" stara się zagłuszyć jego warkot rejsem Krawczyka na parostatku. I uwierzcie mi, że ta piosenka jest elementem łączącym narwiańskie "gondole" i serpelickie "wynalazki" pływające na Bugu. Ożywiłem chyba rzeczny krajobraz, bo jakaś lokalna TV mnie filmuje a ludzie pozdrawiają. Mijam most na Narwi i za nim po lewej pancerną kopułę polskiego schronu bojowego nr. 1 wchodzącego w skład Punktu Oporu Nowogród, który miał bronić przeprawy przez Narew w czasie kampanii wrześniowej. Na Narwi, w odróżnieniu od Pisy nie ma problemów z miejscem na biwak. Płynę do godz 18:10 i na nocleg staję w połowie odległości między ujściem Pisy a Ostrołęką po przepłynięciu 58 km. Do późnego wieczora widzę opodal wędkarza i jego wspaniałą maszynę stojącą niedaleko - Polskiego Fiata 125p. Następnego dnia dymiący komin na horyzoncie oznacza, że dopływam do Ostrołęki. Po godzinie przepływam pod mostami w Ostrołęce. Kiedyś, gdy również samotnie wracałem z Biebrzy zacumowałem pod łukowym mostem, żeby zrobić zakupy. Obok trójka bezdomnych robiła tam generalne pranie i mycie. Część ich garderoby, czyli spodnie suszyły się już na słońcu rozwieszone na pobliskich krzakach, bo paradowali z mokrą głową i w samych gaciach. Kiedy już wyszedłem na brzeg jeden z nich podszedł do mnie i powiedział przyjaźnie, co do dziś pamiętam:
- Witamy wśród swoich !!
Tym powiedzeniem mnie rozbroił.
- Jeżeli masz pan potrzebę, to za ten krzak za filarem, a jak tylko śmieci, to puste puszki mogę odebrać osobiście.
- Pełne też - uśmiechnął się szeroko.
Za Ostrołęką przycisnąłem na wiosła, bo niebo zaczęło się chmurzyć a wkrótce dało się słyszeć odgłosy dalekiej burzy. Jej pomruki towarzyszyły mi przez dłuższy czas, aż w końcu je zlekceważyłem. Kiedy zagrzmiało gdzieś nade mną i zaczęło wiać szybko skręciłem do prawego brzegu. Ewakuacja była szybka, chociaż po pas głęboka, bo brzeg mi się osunął pod stopami. Siadam po przebraniu się na turystycznym krzesełku pod prowizoryczną osłonę i czuję, z jaką siłą uderzają krople deszczu, które na rzece wybijały duże kratery. Na rzece siwa zasłona nie pozwoliła dostrzec drugiego brzegu. Ochłodziło się, deszcz przychodził falami a ja trzykrotnie sposobiłem się do odpłynięcia i trzykrotnie wracałem na brzeg, bo deszcz przechodził w ulewę. Dopiero za czwartym razem już się nie nasilił i spokojnie odpłynąłem do Różana, gdzie wyznaczyłem sobie dzisiejsze minimum. Było jednak za wcześnie, żeby zakładać biwak, później byłem już za blisko miasta, wreszcie minąłem Różan. Miasteczko położone na podwyższeniu, jakby odwróciło się od rzeki, bo towarzyszył mi bezludny brzeg i zamknięta knajpka z plastikowymi fotelikami powiązanymi łańcuchami pod parasolami. Może wszystkich wystraszyła burza. Minąłem pustą placówkę WOPRu i most drogowy. Po trzeciej próbie na biwak wybrałem ładne miejsce między Paulinowem a miejscowością Dzbądz. Namiot postawiłem na niskiej piaszczystej skarpie wśród krzaków jałowca po przebyciu 53 km. Wieczorem zapisuję swoją pozycję, rzut oka na mapę, od Serocka dzieli mnie wodą ok 75 km, więc na jutro planuję ok 40 km trasy. Następnego dnia po lewej mijam zbudowane w lesie domki ośrodków wypoczynkowych, w samo południe przy wtórze kościelnego dzwonu czekam, aż opadną liny przepływającego promu w Nowych Łachach. Na 94 km przepływam obok pływającej żwirowni, urządzeń pompujących na brzeg wydobywany z rzeki piasek. Dalej na lewym brzegu stoi, sądząc po kształcie dzioba, rzeczny lodołamacz. Pamiętam go z poprzedniego spływu, bo wtedy również zwrócił moją uwagę. Mijam tablicę określającą miejsce, od którego do ujścia rzeki pozostało 84 km. Kiedy mijam ujście Orzyca - rzeki, którą w ub. roku przepłynąłem wspólnie ze Zbyszkiem, podpływam pod lewy zalesiony brzeg, odkładam wiosło, sięgam po aparat i piwo. Jest co wspominać, bo to nie był łatwy spływ ze względu na ilość jazów, które pokonaliśmy zaczynając od Janowa. Spływ ten opisuję wcześniej w innej relacji. Na nocleg staję już o godz 15:30 po przepłynięciu 39 km. Lewy brzeg jest zalesiony z piaszczystą plażą, kąpie się tam ktoś z pobliskiej wsi. Wybieram łąkę na prawym, nasłonecznionym brzegu, porośniętą krzakami łozy w okolicach wsi Szygłowo. Rozwieszam na krzakach wierzby śpiwór, piżamę i poduszkę, idę się kąpać. Kiedy wracam ścieżką przechodzi ubrany w strój moro wędkarz. Zrobiłem obiad, siedzę przy stoliczku i jem, kiedy on wraca. Z taaaką rybą !
- Od rana uganiałem się za rybą. Jeden szczupak mi się zerwał w krzakach. Ale ten jest większy - mówi.
Rzeczywiście, trzyma go za skrzele a ogon sięga do ziemi. Piękny okaz.
Jutro kończę spływ, do pokonania zostało mi tylko 35 km. Przed Pułtuskiem znajomy widok mariny dla motorowodniaków i żeglarzy, wkrótce pojawia się wieża zamku w Pułtusku, kładka dla pieszych i za nią betonowe opaski prowadzą do wypożyczalni kajaków "Keja". Nocowałem tu gdy wracałem z Biebrzy i niespodziewanie musiałem kończyć spływ. Jest godzina 11:00, tym razem nie zatrzymuję się w Pułtusku, chcę jak najszybciej dopłynąć do Serocka, od którego dzieli mnie już ok. 25 km. Za Pułtuskiem Narew znacznie się poszerza, to wpływ Zalewu Zegrzyńskiego. Pojawiają się jachty a później szybkie łodzie motorowe, które zostawiają za sobą dużą falę i wymuszają wzmożoną czujność. Jeszcze przed mostem we Wierzbicy uciekam pod prawy brzeg, bo dodatkowe utrudnienie sprawiają wodne skutery. Przeważnie na każdym z tyłu siedzi dziewczyna i mocno obejmuje to, co skuterem kieruje. Pod mostem we Wierzbicy przyczółki mostu okupują wędkarze, przed nim i za nim stoją wędkarze w łódkach a w środek między nich celuje pędząc z olbrzymią prędkością skacząca po falach łódź. Uciekam między liście grążela żółtego, które pochłoną trochę energię falowania, ustawiam się w bezpiecznej pozycji i czekam. Udało się. Przy wtórze przekleństw wędkarzy ruszam dalej. Ujście Bugu powoduje, że woda rozlewa się tu szeroko. Bug to potężna rzeka i do takiego stwierdzenia mam prawo, bo go pokonałem od miejsca, gdzie stał się granicą Polski. Ostatecznie został uznany za dopływ Narwi. Ląduję na brzegu w znajomym miejscu na plaży w Serocku. Dostaję zgodę na postawienie namiotu i robię to pośpiesznie, bo znad ujścia Bugu zbliża się burza. Zaczyna padać, plaża pustoszeje, jako ostatni opuszczają ją 3 młodych mężczyźni, którzy siedzieli tu przy grillu. Piasek nie ułatwia im ewakuacji, są pijani i niezdecydowani, bo jeden zakłada buty, drugi ubiera spodnie i koszulę, ale pozostaje boso. Najbardziej opóźnia ich ten, którego wloką trzymając między sobą. Odpoczywają na najbliższej ławce i ambitnie zdążają w kierunku chodnika ciągnąc tego, który z rzeczywistością nie ma już nic wspólnego. Obserwuję to wszystko z namiotu. Burza nie trwała długo, deszcz również. Szykuję się do spania, gdy słyszę jakieś ożywione głosy. To napływa wieczorna fala miłośników wieczornych kąpieli i piwa. Jutro ruszam wcześnie rano do Sorkwit, żeby przyprowadzić samochód. Martwię się, czy pozostawiony bez opieki namiot nie zostanie splądrowany. Ale muszę zaryzykować, innego wyjścia nie mam. Zasypiam po północy, nad brzegiem tej trzeciej rzeki- Narwi, nawiązując do tytułu, gdy nie słyszę już innych odgłosów poza miarowym pluskiem fal.
Patrząc z perspektywy czasu, niespodziewanie dla mnie samego, z banalnego spływu Krutynią, ta wędrówka nabrała wielu barw. I mam nadzieję, że pozostanie również w pamięci Jaśka z Olsztyna i Zbyszka.

Zdjęcia: Foto album  Video: Na Krutyni

Podziel się
oceń
2
0



Więcej na ten temat


czwartek, 30 marca 2017

Licznik odwiedzin:  88 661  

O mnie

Lubię turystykę kajakową,
fotografię i podróże.
GG:2290554

O moim bloogu

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  więcej...

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  wpisy

 

Moje filmy

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 88661

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031