Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 625 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Jeziorak w roli głównej

piątek, 13 lipca 2012 13:13
Skocz do komentarzy

Foto album ze zdjęciami z części pierwszej spływ nr 63

Foto album ze zdjęciami z dokończenia spływ nr 65

Od 2 czerwca jestem już w domu. Przepłynęliśmy tylko 47 km z Buniek na początek Jezioraka. Log GPS
 Od czego zacząć, żeby wyjaśnić, dlaczego tak mało? Najlepiej od początku.
 Spotkaliśmy się w umówionym miejscu na parkingu przy jez. Szeląg Wielki. To miejsce przyjazne dla podróżnych. Oprócz ładnego widoku, jest tam przydrożna jadłodajnia i nawet toj-toj (sprawny). Wreszcie zrozumiano, że tego problemu nie da się wyeliminować. Skręcamy w drogę prowadzącą do Starych Jabłonek, za przejazdem kolejowym skręcamy w lewo i jedziemy obok hotelu "Anders". Później zjeżdżamy z asfaltu w leśną drogę i jedziemy na upatrzone wcześniej miejsce startu do Bieniek. Tak nazywa się osada składająca się chyba 4-5 domostw. Mamy tzw. farta, bo po pierwszej próbie dostajemy zgodę na wodowanie i zostawienie samochodów.
 O godz. 10:30 już odpływamy. Pogoda sprzyja, ja siedzę w tym roku po raz pierwszy w kajaku, na domiar złego z bolącym barkiem, o czym uprzedzałem Zbyszka. Z wody widzimy niedostępny hotel "Anders". Dalej po prawej są ośrodki wczasowe. Z jednego z nich wypływałem z moimi kolegami w roku 1980 i 1981. Przepływamy pod wiaduktem-mostem. Jest tak długi, że przez jakiś czas płynie się w ciemnościach. Na Szelągu Wielkim dmucha coraz mocniej a na niebie gromadzą się deszczowe chmury. Po prawej mijamy miejscowość Kątno. Nie piszę wieś, bo zabudowa nie przypomina wiejskich domostw a nad jeziorem pewnie stoją tablice z napisem "Teren prywatny - wstęp wzbroniony". Wejście w Kanał Ostródzki, gdzie jesteśmy o godz 13:10 zwiastuje widoczny z daleka znak czasu - generator wiatrowy. Ruś Mała to pierwsza śluza na trasie. Druga jest w Ostródzie, za nią wpływamy na jez. Ostródzkie. Zaczyna padać deszczyk a my przepływamy koło obiektów sportowych i oznakowanych torów do zawodów pływackich. Kierujemy się w prawo w stronę Piławek. Pada coraz bardziej, więc koło Wyspy Orzechowej zatrzymujemy się na nocleg po przepłynięciu 20 km.
Przyjemnie jest leżeć pod namiotem w suchym i ciepłym śpiworze i słuchać jak pada deszcz.
 Następnego dnia od rana towarzyszy nam wędkarz stojący w woderach w jeziorze. Odpływamy do Piławek. Chcę zobaczyć jak zmieniło się to miejsce od czasu, kiedy byłem tam ostatnio. Zajazd "Przystanek Piławki" nadal funkcjonuje, mało tego, obok wybudowano, oznakowano i urządzono miejsce dla kajakarzy. A w roku 2006 właściciel zajazdu miał do mnie ogromne pretensje, że bez jego pozwolenia nad brzegiem jeziora sposobię swojego składaka - poczciwego i dzielnego "Jantara" do odpłynięcia. Tym razem zaprasza nas do środka, na co zgadzają się również jego dwa duże psy. Pora wczesna, jest ok 10:30, w lokalu pustki, my siadamy przy piwie i to wcale nie dlatego, że musimy.
Kaca niet.
 Z Piławek wracamy do Ostródy. Dopada nas stado skuterów wodnych. Wystartowali z ośrodka położonego w okolicach Wałdowa. Ku mojemu zdziwieniu przemknęły i nie wywołały dużego falowania. Mijamy Czarny Róg, przepływamy pod mostem kolejowym i jesteśmy na jez. Drwęckim. Trzeba brać się ostro do roboty. Wiatr mamy prosto w twarz i sporą, oczywiście przeciwną falę. Z ulgą dostrzegam tablicę sygnalizującą wejście w kanał i znajome miejsce, gdzie biwakowałem w roku 2009. Wtedy z Jackiem B. płynęliśmy do Brodnicy zamykając dużą brodnicką pętlę (odsyłam do odpowiedniego wpisu). Dziś biwakować tu nie sposób, wtedy to miejsce było wykoszone i zbawienne. Rozbijaliśmy się bowiem w strugach deszczu.
 Na kanale mija nas ponownie kawalkada wodnych, dwuosobowych skuterów, zapewne są to uczestnicy jakiegoś motorowodnego szkolenia. Przypomniałem sobie sytuację na Szkarpawie, kiedy mijały mnie maszyny jednoosobowe a sternicy byli w jednakowych, czarnych mundurach. Wtedy była to chyba jakaś jednostka sił specjalnych. Dziś jest inaczej, prowadzący prosi, żebyśmy ułatwili im przepłynięcie, bo prowadzi 20 skuterów. Oczywiście spełniamy ich prośbę i kiedy znika wodny ogon ostatniego skutera wychodzę spod drzewa. Znów słychać tylko śpiew ptaków i szum drzew. Ciszę przerywa jakiś warkot. Pozdrawiają i fotografują nas nieliczni pasażerowie wycieczkowego stateczku. Stanowimy pewnie dla nich jakiś przerywnik w krajobrazie. Kiedy dopływamy do śluzy Zielona (zbudowanej w 1860 roku) opowiadam Zbyszkowi, jak płynąc od strony pochylni z Jackiem B. musieliśmy czekać w deszczu na jej udrożnienie, bo wejście zablokowała duża kępa oderwanej wodnej roślinności. Zrobił to rozbijając zator wycieczkowy stateczek manewrami cała naprzód, cała wstecz. Dziś z daleka dostrzega nas żona operatora śluzy, co przyśpiesza śluzowanie. Zaczyna się malowniczy fragment kanału. Do czasu, gdy nad krawędzią kanału stoi żółte "Komatsu". Swoim wysięgnikiem posadawia w dnie zaostrzone bale o średnicy dawnego słupa telefonicznego. W kanale pracują ekipy skręcające prętami podwójny rząd słupów. Dotychczasowego obramowania kanału z tym, które teraz będzie chroniło jego brzegi porównać się nie da. Za unijne pieniądze kanał jest rewitalizowany, czyli po polsku remontowany. Ale widać, że wg innego projektu, zgodnie z logiką raz a dobrze. Przed śluzą Miłomłyn też nie wysiadamy, operatora zawiadamia o nas przygodny turysta, który robi nam zdjęcia. W miarę jak woda nas unosi oczom naszym ukazuje się pamiątkowa tablica poświęcona Janowi Pawłowi II. Na wodniackich szlakach często spotkać można ślady jego obecności. Za śluzą w Miłomłynie skręcamy w lewo i wpływamy na Kanał Iławski. Wiem, że trasa krótka a opis rozwlekły, ale do Jezioraka już niedaleko. Kanał Iławski nie jest atrakcyjny widokowo, nie mieliśmy nawet czasu, żeby zobaczyć, że płyniemy akweduktem, że niżej jest jezioro Karnickie. Zrobiło się późno. Śpieszyliśmy się, żeby wyjść z kanału i dopłynąć do Jezioraka. Kanał Iławski nie dawał możliwości biwakowania. A jak na złość na końcowych kilometrach kanału, musimy się zatrzymać. Za wrotami p. powodziowymi kanał zagradza maszyna. Ciągnie za sobą naszyjnik pomarańczowych pływaków, które podtrzymują sekcje rurociągu. Pogłębia kanał zasysając z dna piasek, który pod ciśnieniem jest tłoczony na odległość ponad 1 km. gdzieś na brzeg jez. Dauby. Czekamy, aż operator umożliwi nam przepłynięcie, teraz widać, że jest to pogłębiarka krocząca. Rurociąg tarasuje cały kanał. Układa się jak wąż opierając o brzegi. W ten sposób ekipa nie musi ciągle dokładać nowych sekcji, gdy pogłębiarka przesunie się do przodu, bo w wężu jest ich zapas. Po wyłączeniu pomp ciśnienie maleje i przeciskając się przy brzegu, można odepchnąć pływaki na tyle, że powoli przesuwam się do przodu. Za pośrednią przepompownią rurociąg jest już zakotwiczony przy brzegu i nie utrudnia płynięcia. Za jez. Dauby wpływamy w krótki przesmyk, na końcu którego jest most a obok niego miejsce do biwakowania z dogodnym dojazdem, co wykorzystują wędkarze. Widać stąd już odnogę Jezioraka nazwaną Kraga. Stajemy tu na nocleg. Wieczorem dostaję ostrzeżenie o zbliżających się burzach i wichurach. W nocy budzi mnie padający deszcz, rano już nie pada, ale leje. Po południu podejmujemy decyzję, że zostajemy tu na drugi nocleg. Zbyszek odpowiednio się ubiera i mimo deszczu zaczyna łowić ryby. Wieczorem z trudem rozpala małe ognisko i smaży 13 złowionych ryb. Małych, ale smacznych.
  Następnego dnia nie pada, ale jest zimno a nad nami przewalają się ciemne, deszczowe chmury. Wieje silny wiatr, o brzeg rozbijają się takie fale, że nie sposób odpłynąć. Prognozy na następne dni nie zapowiadają poprawy pogody. Pływanie z bolącym barkiem w takich warunkach po dużym akwenie, jakim jest Jeziorak, nie jest rozsądne. Podejmujemy decyzję, że kończymy spływ. Dokończymy go na pewno.

Foto album ze zdjęciami z części pierwszej spływ nr 63

 

Dokończenie cz. II

 

Jako się rzekło ... spływ dokończony.
Tym razem, jako miejsce startu wybrałem Szałkowo w pobliżu Iławy. Zwodowaliśmy kajaki i celem pierwszego dnia było miejsce, gdzie spływ przerwaliśmy - czyli mostek na początku Jezioraka za jez. Dauby. Dopłynęliśmy tam bardzo szybko mijając Makowo i Chmielówkę. Dziś Jeziorak na to pozwala, jest spokojny i leniwy. Bo komu w taki upał chce się cokolwiek robić? Na krótko wysiadamy na brzeg, kąpiel i płyniemy dalej. Na biwak jest za wcześnie. Mijamy hałaśliwy i przepełniony po brzegi Bukowiec. Tu miejsca na nocleg nie znajdziemy. Stajemy o 17:00 na Ostrym Rogu. Jesteśmy tu sami a wieczorem siedzimy przy malutkim ognisku.
 Następnego dnia na wodę schodzimy już o godz 8:00. Rano jeszcze tak nie praży słońce, łatwiej się płynie. Do Skitławek. Jest to kolejna odnoga Jezioraka. Skitławki to w zasadzie tylko dwa domostwa i kilka starych przyczep przeznaczonych na wynajem. Dopływamy do końca jeziora i wracamy wzdłuż drugiego brzegu. Większość łodzi stoi na uwięzi, czyli zacumowana. Bo ich załogi jeszcze śpią. I część z nich będzie stać zajmując na weekend skrawek brzegu z dogodnym wyjściem. Opływamy Czaplak i skręcamy w prawo obierając kurs na jezioro Ewingi. Przed Matytami na prawym brzegu duża tablica wskazuje kierunek i zaprasza do "portu i miasta Zalewo". Wkrótce widać zabudowania Dobrzyk i wchodzimy w kanał Dobrzycki. Jest żeglowny, szeroki, płynie się bez przeszkód. Zalewo sygnalizuje widoczna z daleka wieża kościoła. Lądujemy na brzegu przy parku, obok budowanego nad brzegiem obiektu, pewnie hotelu. Portu nie ma, chyba, że tak nazywają basen, w którym cumuje jakaś łódź. Mariny też nie ma i nie ma zimnego, kuflowego - jak mawia Zbyszek, piwa, na które mieliśmy ochotę, bo słońce praży niemiłosiernie. Wędrujemy do miasteczka i robimy zakupy i wracamy na Jeziorak. Moczę co jakiś czas koszulę i kapelusz, żeby się ochłodzić. 
Umawiamy się, że dopływamy tylko do miejsca, gdzie wczoraj nocowaliśmy i stajemy. Jest za gorąco. Jednak nasze miejsce okupują już załogi dwóch łodzi a jest dopiero godzina 15:00. Zajęte są zresztą wszystkie możliwe dojścia do lądu zaczyna się przecież upalny weekend. Płyniemy troszkę dalej i desantujemy się - jak mawiał pewien mój kolega w miejscu niezbyt atrakcyjnym, bo brzeg jest zarośnięty rzadkim sitowiem. W nagrodę mamy piękne miejsce na brzegu i dogodne miejsce do kąpania przy cumujących łodziach w niewielkiej odległości. Obaj zalegamy w cieniu i odpoczywamy. Dopiero, kiedy słońce zachodzi już za sosny, idę się kąpać i stawiam namiot. Nie nakrywam go tropikiem, tak dziś będę spał. W nocy przez siatkę sypialni obserwuję rozgwieżdżone niebo i mrugające, przelatujące nad nami samoloty. Zaskoczyła mnie ilość przesuwających się na niebie punkcików czyli satelitów. To można zaobserwować tylko na odludziu. Zbyszek nie stawia namiotu, śpi w śpiworze "na glebie".
 Następnego dnia schodzimy na wodę już przed godziną 8:00. Czasy podaję na podstawie urządzenia gps zapisującego trasę, niekiedy na podstawie czasu zrobionego zdjęcia. Niewielkie rozbieżności wynikają z tego, że po zejściu na wodę, jakiś czas zabiera przygotowanie się do stanu marszowego i dopiero włączam gps, lub dłużej trwa odnajdywanie satelitów i początek rejestracji. Skręcamy w prawo na jez. Płaskie i po lewej mijamy kolejne cumowisko łodzi przy starych zabudowaniach. Na początku jez Płaskiego wita nas wyspa z nazwy Samotna. W oddali widać nowsze zabudowania Likszan i w lewo od nich stare zabudowania Jerzwałdu. Chcę tam nabrać wody i proszę o to kogoś, kto się kręci po swoim obejściu.
 - Idź pan do sklepu i sobie kup. Do picia my też kupujemy - słyszę w odpowiedzi. Sorry, nie wiedziałem. Idę do sklepu, klimatyzowanego a co. Wody nie ma - wykupili. Za to są buddyści. Bardzo młodzi. Ubrani w brązowe suknie wsiadają do czekającego samochodu. Zbyszek gdzieś na zapleczu dorwał "kuflowe", odpływam pierwszy. Mijam miejscowego rybaka, drobnego, bo płynie na wiosłach a nie na silniku. Dlatego go zagaduję, chwilę rozmawiamy.
 - Panie, nawet sieci nie opłacało się wyciągać.
Nie widzę, czy w tych skrzynkach jest prawda, czy jej nie ma. Zupełnie jak bym słyszał rolnika. Im też nigdy i nic się nie opłacało. To jak przeżyli?
Wracamy na Jeziorak. Ale tu tłok. Płynę między Siemianami a Lipowcem, Zbyszek daleko w przodzie obrał trasę między Lipowcem a Bukowcem, z czego później wynikły pewne nieporozumienia. Jestem daleko od brzegów jeziora, mija mnie motorowa łódź z dwójką młodych wędkarzy. Wracają pewnie do bazy. Chyba ryba im nie brała, to się napili. Zwolnili i jeden z nich proponuje, że mnie wezmą na hol.
- Po ch... tak się mordować? Dawaj sznurek, pociągniemy.
Dziękuję i słyszę jak przekrzykując odgłos silnika mówi do sternika
- No k... chciałem ch... pomóc.
Krótko, soczyście i po polsku.
  Niebo ciemnieje. Podpływamy pod jez. Widłągi, to już niedaleko Iławy. Cicho tu i spokojne. Raptem słyszę z tyłu narastający odgłos silnika. Policja. Zakręcili i tylko fale po nich pozostały.
 Błysnęło, zagrzmiało, uciekamy do brzegu. Zaczął padać deszcz, ale dosłownie tylko kilka minut. Przed godz. 15:00 dopływamy do Szałkowa, miejsca skąd odpłynęliśmy. Dalej nie płyniemy, bo byśmy musieli nocować gdzieś w Iławie. Korzystamy z udogodnień, jakie daje kemping. Za pobyt przecież zapłaciliśmy. Nareszcie Zbyszek ma "kuflowe". Ja najpierw piorę koszulę i się oporządzam, dopiero teraz idę na piwo a Zbyszek na drugie. Piwo pijemy na zewnątrz, bo jakiś facet śpiewa a raczej wyje niemiłosiernie głośno. Obserwuję kempingowe życie. Ktoś przywozi jakieś długie konstrukcje metalowe wystające przez okno samochodu. Wieczorem rozstawia nad brzegiem jeziora szereg foteli, między nimi mocuje i zapala duże pochodnie. Okazało się, że jest to potężny trójnóg z regulowanym rusztem, z którego teraz jedzą pieczyste.
 Rano odpływamy do Iławy. Za Krzywym Rogiem skręcamy w prawo i płyniemy wzdłuż bojek torów pływackich opływając Wielką Żuławę - największa śródlądową wyspę w Europie. Łamię zakaz i wpływam na Jeziorak Mały. Oglądam panoramę Iławy z jeziora. Przepływam obok nieczynnej fontanny i amfiteatru, który pamiętam ze "Złotej  Tarki". Na brzeg wychodzi tylko Zbyszek i uzupełnia to, co emituje Narodowy Bank Polski. Kuflowego się nie napił, było za wcześnie, jeszcze wszystko pozamykane. Wracając zastanawiam się czemu służy zakaz wpływania, skoro mijam jakieś warczące motorówki. Wpływamy na Iławkę. Wiele się tu zmieniło, na prawym brzegu Iławki powstały bulwary. Dopływamy do jazu i przy ogródkach działkowych przenosimy kajaki. Za jazem woda trochę przyspiesza, ale za moment wpływamy na rozlewisko, które zamyka wysoki, chyba zabytkowy most kolejowy. Spod jego przęsła widać już nowy most obwodnicy. Jesteśmy za Iławą na jeziorze Iławskim. Spotykamy tu 3 kajaki płynące pętlą Ostródzką. Iławka wypływa z jeziora w jego końcowej części, to miejsce pomaga odnaleźć linia energetyczna. Rzeka płynie wśród łąk, lasy będą później. Woda krystalicznie czysta, koryto obramowane szpalerem trzcin. Kiedy dopływamy do Dziarnówka słychać grzmot dalekiej burzy. Szukamy miejsca na postawienie namiotów, żeby zdążyć przed deszczem. Miejscowy radzi nam jednak popłynąć kawałek dalej, bo obok leśniczówki jest miejsce przygotowane dla turystów. Kajaki trzeba przenosić przez drogę gruntową obok budynku elektrowni z prawej strony i nawet nie próbować robić tego na lewym jazie, jak to można wyczytać w niektórych przewodnikach. Po kilkudziesięciu metrach widać platformę widokową, pomost i tablice edukacyjne. Umocniony brzeg ułatwia wyjście. Chcę szybko postawić namiot, ale równie szybko z tego rezygnuję, pod stopami pojawia się woda. To dlatego brzeg został utwardzony nawiezionym, grubym żwirem. Pomost prowadzi wyżej, na rozległą polanę otoczoną tablicami edukacyjnymi. Za nią widać ładny, odnowiony budynek pewnie wykupionej leśniczówki. Miło popatrzeć na zadbane otoczenie, na kwiaty, które go zdobią. Cicho tu i spokojnie i chyba nie tylko dlatego, że dziś jest niedziela. Bliżej, obok wjazdu z polnej drogi, stoi duży okrągły pojemnik-beczka z kranem. W taki upał woda się pewnie nagrzała, będzie ciepła kąpiel. Nie było. Bo wody nie było, nie dowieźli, byliśmy niezapowiedzeni. Jeszcze bliżej duży kamienny krąg ze stałym rusztem otoczony ławkami. Miejsce, które przyciąga. Bo ogień hipnotyzuje, ma w sobie siłę magiczną. Obok pod zadaszeniem (!) sterta drzewa, pewnie przygotowana na ognisko. Obok drzewa pojemniki na plastik i drugi na pozostałe odpadki. Obok ścieżka i dwa toj-toje (!!!) za nimi wieża widokowa. I wreszcie wiata. Bardzo duża, kryta dachówką z malowanymi stołami i ławkami. Posadzka wyłożona kostką brukową. Gniazda elektrycznie i oświetlenie podłączane do prądu są pewnie przez leśniczego. Na środku potężny słup, na którym opiera się cała konstrukcja a na nim wyrzeźbiony puchacz i data 2004 rok. Jestem w szoku. Tyle lat i nie zniszczyli? Ogniska nie paliliśmy - niedziela, nie było nikogo, kto by wyraził zgodę na wzięcie drzewa, ale głównie dlatego, że zdążyliśmy się rozładować, wykąpać i zaczął padać deszcz. A po deszczu poszliśmy obejrzeć Dziarnówko. Tym razem nocujemy również bez namiotów. Ja się kładę na nagrznej posadzce, na której kładę płachtę chroniącą podłogę namiotu i matę, Zbyszek lokuje się na jednym ze stołów.
 Rano idziemy do pobliskiej hodowli ryb i kupujemy karpia mając jeszcze do wyboru jesiotra. Za 1,5 kg rybę płacimy 18 zł. Zibi jest niezawodny, sprawia karpia i smaży. Do kajaków siadamy dopiero po śniadaniu, ale spieszyć się nie musimy. Za połączeniem Iławki i obiegówki wpływamy w mroczny tunel starych drzew a kajaki szorują po kamieniach. Wpływamy w lasy i tylko w jednym miejscu trzeba wyjść z kajaka, żeby go przeprowdzić bokiem, bo zwalone drzewo tarasuje przepływ. Ale woda jest tak czysta a upał sprawia, że nie jest to uciążliwe a raczej przyjemne. I to już właściwie koniec tej dwuczęściowej relacji, bo obie stanowią całość. Na krótko wysiadamy za ujściem Iławki w miejscu wyznaczonym do biwakowania, gdzie kilka razy wcześniej nocowałem, gdzie kiedyś, płynąc sam składakiem, bo określenie samotnie jest może złym określeniem, przeżyłem w maju straszną burzę. Gdzie kiedyś, po wywrotce na Drwęcy - tu moi koledzy na lince suszyli ... przypięte dolary. Dawne dzieje. Nie chcemy dopływać do Nowego Miasta, stajemy w Mszanowie a Zbyszek idzie do miasta zasięgnąć informacji o możliwości dojazdu do Iławy, żeby z Szałkowa przyprowadzić samochody. Spływy, do których odnosi się wpis są oznaczone numerami 63 i 65, bo przedziela je spływ na Łotwie, to w sumie 178 km. Czy było warto? Zapytajcie Zibiego.
 Moja odpowiedź jest oczywista. Dla mnie nie ma nieciekawych spływów, takich, że za szeroko, że za łatwo, że nudno, że holowanie kajaka uwłacza godności ciągnącego. Tak mówią tylko ci, którzy nie widzą, bo nie potrafią patrzeć, ci, którzy mają się za lepszych, którzy weszli na piedestały, ale spadną, bo grawitacji i czasu nie da się odwrócić.

Foto album ze zdjęciami z dokończenia spływ nr 65

 

 

 

Podziel się
oceń
0
0



Więcej na ten temat


wtorek, 19 września 2017

Licznik odwiedzin:  90 938  

O mnie

Lubię turystykę kajakową,
fotografię i podróże.
GG:2290554

O moim bloogu

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  więcej...

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  wpisy

 

Moje filmy

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 90938

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930