Bloog Wirtualna Polska
Są 1 253 663 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Z Brodnicy do Brodnicy kajakiem. Pętla

wtorek, 30 czerwca 2009 21:16
Skocz do komentarzy

Foto album

9 czerwiec 2009

Termin uzgodniony na poniedziałek 15 czerwca. Płynę z Jackiem z Zakopanego (!) na identycznych kajakach - jedynkach Prijon Yukon. Musimy wiosłując pokonać ponad 530 km, żeby z Brodnicy dopłynąć do ... Brodnicy.
Nigdy tak długiej trasy nie płynąłem. Kiedyś trzeba spróbować.

30 czerwiec 2009

Pętlę w najbardziej optymistycznych wariantach, czyli zakładając, że trafimy na dobrą pogodę, bez przeciwnego wiatru na Wiśle, planowałem na 11 dni. Przepłynęliśmy ją pokonując 540 km w 10 dni wypływając w poniedziałek 15 czerwca o godz. 9:00 a do Brodnicy dopłynąłem ! (bo to nie było wcale takie pewne) w środę 24 czerwca o 16:20.

A więc sukces i satysfakcja.

 Z przystani Zakole w Brodnicy odpływamy z Jackiem foto ok godz 9:00. Mijamy znane z wcześniejszych spływów miejsca. Most zlikwidowanej kolejki wąskotorowej, polanę w Mszanie, ujście Rypienicy, most Pusta Dąbrówka, zagrodę Przerwa, łąkę Tomkowo, zniszczony most Smólniki, lasek w Białkowie. Wiedziałem już pierwszego dnia, że płyniemy szybko, bo stanęliśmy po przepłynięciu 54 km za Golubiem, który z daleka witał nas sylwetą zamku. Płynęliśmy do 18:30 wiedząc, że jutrzejsze przenoski wymagają czasu i trzeba wykorzystać dzisiejszą sprzyjającą pogodę. Namioty rozbiliśmy na niedawno skoszonej łące, lubię taki zapach suszącej się trawy i ziół. Jutro mamy dwa przenoszenia w Lubiczu - pierwsze na zaporze za ujęciem wody dla Torunia i drugie zaraz za mostem drogowym na młynie.
  Następnego dnia od rana intensywnie pada, odpływamy dopiero po godz. 11:00. Pakuję oddzielnie suchą sypialnię i mokry tropik. Na "popas" zatrzymaliśmy się przy intrygującym rozmachem - kompleksie wypoczynkowym oznakowanym jako "Osada Karbówko". Sprawnie przeprawiamy się na przenoskach i mijamy most kolejowy, pod którym radzę zachować czujność. Most obwodnicy zwiastuje końcowy fragment Drwęcy. My dopłynęliśmy aż! do ujścia Drwęcy do Wisły. Stanęliśmy w nie najlepszym, zakrzaczonym miejscu, ale lepszego po prostu nie znaleźliśmy.
A więc Drwęca w dwa dni - świetnie.
  Trzeciego dnia w środę wypływamy na Wisłę o 8:45, oczywiście widać już Toruń. Niestety wiatr mamy przeciwny, aż dech zapiera i oczywiście przeciwną falę. Powoli zbliżamy się do Torunia, mijamy most kolejowy, później Bulwar Filadelfijski, którego brzegi są remontowane i most drogowy. Za Toruniem Wisła zmienia kierunek swojego biegu. Jest trochę łatwiej płynąć, miejscami fala maleje.
W Solcu jestem o 14:40 mijając jedynie policyjną motorówkę płynącą w stronę Torunia ale nie wzbudziłem żadnego zainteresowania. Może dlatego, że miałem na sobie kamizelkę? Dobiłem do brzegu przy nieczynnej stanicy WOPR. W pobliskim sklepie zrobiłem zakupy i wyrzuciłem śmieci. Odpływam nie doczekawszy się Jacka. Swoim zwyczajem pewnie gdzieś stanął, żeby ugotować sobie posiłek. Przed mostem w Fordonie przestałem płynąć, żeby Jacek do mnie dołączył. Z przyjemnością na spokojnej już wodzie odpoczywając i wygrzewając się w słoneczku, patrzyłem na fordoński most z innej perspektywy. Przejeżdżam przez niego jadąc do RCO w Bydgoszczy i zawsze szukam wzrokiem czy Wisłą ktoś płynie. Tego dnia stanęliśmy na nocleg na prawym brzegu przed miejscowością Strzelce, wg mojego opisu (weryfikowanego po powrocie na 152 km od Brodnicy) pokonując dystans 54 km.
Od lat nie korzystam właściwie z wydanych przewodników. Są one nie aktualizowane i zawierają opisy, które niczemu nie służą. Grubsze, wydaje się, że zawierają więcej informacji a mamy do czynienia z komercją i psychologią. Zmieniły się czasy, możliwości dostępu do informacji, zainteresowania stały się bardziej wybiórcze, turystyka bardziej wyrafinowana, więc po co mi w kajakowym przewodniku historia np Malborka? Ja chcę z przewodnika wiedzieć co mnie czeka na rzece, jakie są punkty charakterystyczne na najbliższy czas, żeby zlokalizować swoje położenie bez uruchamiania gps'a.
  Noc minęła wybornie. To ważne. Widząc rano Wisłę spokojną, jak śpiące niemowlę, trzeba to wykorzystać. Nie wiemy jak długo pogoda będzie nam dzisiaj sprzyjać, spróbujemy dopłynąć do Grudziądza. Najpierw mijam Chełmno, dopływam do odnowionego mostu z przyczółkami ozdobionymi czerwienią kwitnących maków. Przed mostem zatrzymuję się słysząc jadącą na sygnale karetkę pogotowia i filmuję jej przejazd. Nie wiedziałem, że dla małego Wiktora będzie to najważniejsza relacja z mojego pływania.

Mijamy Świecie i ujście Wdy i ok godz 16:20 mijamy charakterystyczne bloki mieszkalne w Strzemięcinie - dzielnicy Grudziądza. Widać je z daleka. O godz 16:40 przepływam pod grudziądzkim mostem i po prawej roztacza się wspaniały widok na grudziądzkie spichrze. Pogoda radykalnie się zmienia, na horyzoncie widać ołowiane chmury, będzie lało. Zostałem w tyle fotografując, teraz przyspieszam i szykuję się do ochrony przed deszczem. Na kokpit zakładam fartuch, na siebie kurtkę i ostro wiosłuję. W pewnym momencie horyzont się zaciera, robi się siwy, zrywa się wiatr, uciekam pod brzeg i widzę, jak zbliża się do mnie ściana deszczu. Staję pod drzewem, liście drzewa osłaniają przed największym impetem ulewy. Po pewnym czasie ulewa słabnie, chmury jaśnieją i... wychodzi słońce. Płynę dalej, dostaję smsa, że Jacek znalazł dobre miejsce na 844 km Wisły po prawej stronie. Wkrótce tam jestem, ale żeby rozstawić namiot trzeba najpierw zrobić dla niego miejsce w wysokiej trawie.
Jesteśmy za Grudziądzem! a dokładniej 2 km za ujściem rzeki Osy, przepłynęliśmy 63 km. Widzę jak w najbliższych trzcinach i sitowiu buszuje jakieś rude zwierzątko, norka? Jutro, skoro Wisła będzie dla nas równie łaskawa, w myślach postanawiam - walimy ile się da.
 Rano pogoda wymarzona, słonecznie, woda - lustro. Jeżeli taka pogoda się utrzyma może uda się dociągnąć pod Tczew. Skoro płyniemy szybko, to dziś się rozstrzygnie czy będziemy płynąć 10 czy 11 dni. Cieszy to, bo w fazie planowania Jacek nie wierzył, że wersja 11 dniowa jest w ogóle możliwa.
 Szybko dopływam do miejscowości Nowe nad Wisłą, światła tego miasteczka było widać wieczorem z namiotu. Jacek jak zwykle zwodował się szybciej niż ja, widzę na horyzoncie właściwie nie jego a błyskające w słońcu jego wiosła. Dobijam do brzegu w pobliżu zabudowań i idę "się zatankować" a przy okazji wyrzucić śmieci. Wracam szybko, bo kajak został bez opieki, z pełnym pojemnikiem wody. O godz 11:20 mijam samotny dom na zalesionej, lewej wiślanej skarpie. Malowniczy to widok. Po 20 min przepływam obok filarów zniszczonego mostu w pobliżu Kwidzyna. W Korzeniewie mijam prom. Samotny kajakarz wzbudza zainteresowanie pasażerów. Obsługa promu umożliwia mi bezpieczne przepłynięcie pod liną, bo słyszę okrzyk:

- Dawaj, dawaj ! zaczekamy !

I popłynęliśmy, każdy w swoją stronę, oni po następnych pasażerów, którzy już czekali na przeciwległym brzegu a ja do Gniewa. Niedługo ukazuje się najpierw wieża kościoła a później sylweta zamku z czterema narożnymi wieżami. Widok zamku góruje nad okolicą i towarzyszy mi jakiś czas U jego podnóża również jest przeprawa promowa. Ujścia Wierzycy nie zauważyłem, mimo, że go wypatrywałem. Zaczyna padać deszcz, niezbyt intensywny, nawet się przed nim nie zabezpieczam, daje bowiem przyjemną ulgę w upalny dzień.
Dziwny to może widok dla postronnych, ale zawsze płynę w koszuli z długim rękawem, ciemnych okularach z kapeluszem osłaniającym głowę i kark, smarując się kremem z filtrem UV. Im większy upał tym bardziej trzeba się chronić. Kiedyś na Drwęcy wyskoczyłem zza zakrętu wprost pod wędki ... starszej pani. Upał niesamowity a ja kolana nawet miałem przykryte. Przeprosiłem, chociaż nie mogłem jej widzieć, a ona tylko zapytała:

- Nie jest panu za gorąco ?

Oczywiście, że było, ale ochłodzić się łatwo, tym bardziej, że wody dookoła nie brakuje, ale jeszcze łatwiej się poparzyć. Mimo środków zaradczych często pali twarz opalona odbitym w wodzie słońcem, trudno znieść wielogodzinną ekspozycję słońca bez okularów chroniących oczy. To nie szpan, to konieczność, warunek dłuższego płynięcia.

I tak mija godzina 13:30, Jacek pewnie jest już po obiedzie. Wisła wyraźnie potężnieje, teraz budzi naprawdę respekt, szczególnie kiedy koło burty wypływa duży wir, woda wtedy bulgocze a ja czuję siły działające na kajak. Trzeba je umiejętnie wykorzystać i dać się ponieść zgodnie z kierunkiem płynięcia. Obserwuję bezładnie płynący przede mną konar, właściwie fragment grubej sosny. Wpływa w wir, obraca się i znika pod wodą, żeby po kilku metrach wypłynąć, nadal w tanecznych obrotach. Trzeba uważać, to nie żarty!

Niepostrzeżenie dopływamy do Białej Góry. Stoi tam kilka łodzi. Śluzy nie widać, jest w głębi prowadzącego do niej kanału. A my? Zgodnie z postanowieniem walimy dalej... ile się da. Tczew jest dziś naszym celem. Nogat i Malbork zostawiam sobie świadomie "na później", może kiedyś tędy popłynę, bo zaraz za Białą Górą uchodzi do Nogatu rzeka Liwa. Można zacząć na Liwie, żeby Nogatem popłynąć przez Malbork i skończyć gdzieś... na Zalewie Wiślanym? Zawsze można znaleźć głupsze pomysły a ten wydaje się, przynajmniej mnie, sensowny.

 Godz 16:40 i po raz pierwszy widzę wykorzystanie Wisły jako drogi wodnej. Najpierw słyszymy jakiś obcy dźwięk, bo płyniemy razem. Odgłos narasta, podpływamy pod brzeg a zza zakrętu coś się wyłania. Przez lornetkę widzę, że to coś jest wielkie. Pierwszy pchacz pod prąd Wisły (dokąd?) pcha na barce dużą gabarytowo konstrukcję. Czekamy, aż przejdzie fala i słyszymy, że idzie następny pchacz. Stoimy przy brzegu cierpliwie. Robi się chłodno. Na biwak za wcześnie. Przed nami most na drodze Starogard Gdański - Malbork, jesteśmy właściwie w Tczewie. Widać hotel, który stoi nad brzegiem Wisły. Most w Tczewie jest remontowany, pierwsze przęsło z prawej osłonięte, zdejmowana jest farba i rdza. Piekielny hałas piaskarek, mijamy most i jeszcze większy hałas. Na błoniach Tczewa nad Wisłą rozstawione ogromne namioty. Powietrze i woda drży od decybeli. Ludzi niewiele, napitych jeszcze mało, bo kto to na trzeźwo wytrzyma? Ciekawe czy ktoś z nich słyszał kiedyś pieśń skowronka zawieszonego nad łąką? Uciekamy jak najszybciej bez słów, wiedząc, że musimy odskoczyć co najmniej 10 km, żeby mieć ciszę. Po próbach znalezienia odpowiedniego miejsca czynionych przez Jacka, na nocleg stanęliśmy, jak się później okazało na ostrodze, którą wypatrzyłem przez lornetkę. Wąsko, namiot trzeba stawiać ukośnie, ale udało się. Korzystając ze słońca ładuję z baterii słonecznej swoją komórkę. Teraz można wreszcie odpocząć. Dziś 73 km - to najdłuższy dzienny etap w moim życiu.

Sobotni ranek znów wita nas słoneczną pogodą, namioty szybko schną. Wisła jak młoda i piękna kobieta - bez jednej zmarszczki. Do Gdańskiej Głowy i Szkarpawy mamy stąd już tylko 16 km. Wisła właściwie za nami, teraz kolejnym "kluczowym" dniem będą pochylnie. Odpływam o godz 8:20, o godzinie 10:00 mijam most w Kiezmarku, konstrukcją przypomina most obwodnicy w Wyszkowie na Bugu. 15 min później stajemy u wrót śluzy Gdańska Głowa foto. Do Bałtyku stąd jest tylko 10 km !
 Razem z nami do śluzy wchodzi nieduży jacht płynący od strony Gdańska. Po wpłynięciu do komory pan z jachtu wspina się po drabinie, żeby opłacić śluzowanie, my zapłacimy później. Po śluzowaniu chcemy dobić do brzegu i to uczynić, ale operator krzyczy, że nie trzeba, wszystko zapłacone. Pan z jachtu zapłacił również za nas. Wyprzedził nas na silniku i pewnie nie usłyszał: "Dziękujemy"

Jesteśmy na Żuławach, na Szkarpawie! Nurt Szkarpawy raczej symboliczny, później jednak wyczuwalny.
Teraz do Brodnicy mamy już "z górki", przepłynęliśmy 304 km.

O godz 11:00 zbliżam się do ciekawego konstrukcyjnie i wyglądem mostu zwodzonego w Drewnicy, po 40 min mijam miejsce, które oznaczyłem na podstawie zdjęć satelitarnych. Wszystko się zgadza. Niesamowite.
Uciekam na brzeg, gdy słyszę za sobą ryk silników, mija mnie 8 wysłańców piekieł ubranych w czarne pianki, pędzących na skuterach wodnych. A za nimi motorówka WOPRu. Przecież dziś sobota, więc każdy korzysta z ładnej pogody na swój sposób.

Jacek daleko z tyłu, zaczyna się chmurzyć, przybijam do brzegu w Rybinie. Właściciel łąki, na którą wysiadam zwraca mi uwagę, że naruszam jego prywatność i bacznie obserwuje. Robi coś przy dużej, stacjonarnej, bo pozbawionej już kół, przyczepie mieszkalnej. Idę wzdłuż rzeki do sklepu z poczuciem szkód jakie mu wyrządzam, stąpając po pełnej kretowisk przyrzecznej łące. Kupuję przede wszystkim chleb, pomidory i ogórki i zapas piwa. Kupiłem również podstawę napoju energetyzującego - czyli butelkę Advocata. Rano robię sobie na drogę mały termos kawy dolewając trochę tego wynalazku. To jedyny oprócz piwa alkohol, jaki mam. Jacek w tym roku nawet piwa nie pije, stosując się do zaleceń lekarza.
Gdy wracam zaczyna padać, ale co mi tam! Pada jednak coraz bardziej, więc ubieram kurtkę i o 14:50 odpływam nadal bacznie obserwowany przez ćwoka.

O godz 16:40 mijam rdzewiejące "U-booty" chyba pozostałości po rurociągu. Mijam przystań przy przepompowni ze stojącymi w niej pływającymi urządzeniami i kilkoma jachtami. Zagadnięty nie zatrzymuję się długo, bo przede mną połączenie Szkarpawy, Zalewu Wiślanego i Nogatu. A mam wpłynąć w ten ostatni. Woda rozlewa się szeroko, rozgałęzień jest coraz więcej, uruchamiam gps’a. W momencie kiedy łapię już sygnał satelitarny widzę tablicę-drogowskaz wskazującą kierunek płynięcia Nogatem w stronę Elbląga.

Przepłynęliśmy Szkarpawę!

Ok godz 18:15 mijam prom w Kępinach mając już od dawna kontakt wzrokowy z Jackiem, który mnie wyprzedził. O 18:50 (czasy znam na podstawie zrobionych zdjęć) mija nas ponownie kawalkada czarnych wysłańców piekieł, tym razem w drodze powrotnej. Uciekamy do brzegu, zwolniła jedynie motorówka WOPRu, chyba ich ubezpieczała. Stojący obok sternika ratownik nawet przyjaźnie pomachał, może to były ćwiczenia jakiegoś oddziału szybkiego reagowania?

Dawno przestało padać, znów jest słonecznie i co ważne ciepło. Robi się późno, płyniemy ciągle wzdłuż ruchliwej drogi. O 19:40 jesteśmy przy wejściu z Nogatu w kan. Jagielloński. Jacek wylądował na prawym brzegu, na łące, wśród pasących się krów, przy typowych budynkach dawnych PGR-ów. Płynę do niego, przez zaporę zwartej roślinności chociaż decyzji nie rozumiem, uprzedzony, że druty pastuchów "trzepią". Kiedy chcę wysiąść z kajaka zapadam się w jakieś śmierdzące błoto. Natychmiast odbijam od brzegu, nie będę tu nocował. Uprzedzam go, że płynę dalej a spotkamy się jutro na szlaku. Decyzja spontaniczna, może ryzykowna zważywszy, że pora już późna. Rzeczywiście trzepie, gdy przepływam pod drutami uchylając wiosłem podwójną linię zaporową dla bydła. Po kilku minutach jestem w kanale Jagiellońskim i wiem, że muszę szybko znaleźć miejsce na nocleg. Po prawej jest zatoka obudowana z obu stron wałami i widzę mężczyznę zaganiającego krowy. Dopływam do utrzymanego w czystości pomostu, wysiadam budząc popłoch wśród bawiących się  pod wiatą dzieci. Zbliżam się do pana i pytam, czy mógłbym tu na wale rozstawić na jedną noc namiot. Pan podchodzi do mnie dziwnie długo, ale zrozumiawszy o co mi chodzi, każe wycofać się za niebieski płot, bo tam nie sięgają kamery monitoringu. Jestem na terenie przepompowni w Bielniku Drugim. Pan a nie ćwok pozwala na rozstawienie namiotu. Okazuje się być miłym gawędziarzem, wracając do studenckich wspomnień. Stawiam namiot prawie po ciemku i szybko się myję. Gdy gotuję sobie posiłek widzę jak w dole rozbłyskuje coraz więcej świateł Elbląga. Przychodzi pan a nie ćwok i pyta co mi potrzeba. Proszę o naładowanie akumulatora do aparatu foto i umawiamy się, że przyjdzie rano mi go oddać. Siedzę jeszcze trochę przed namiotem pijąc herbatę i patrząc w dół na Elbląg. Spokojny kładę się spać. Nagle w nocy coś każe mi się zerwać ze snu. Ogłupiały słyszę zewsząd szum przelewającej się, potężnej wody. Niczego nie rozumiem, ale jestem przekonany o niebezpieczeństwie. Pewnie porwało mi kajak. W piżamie wyskakuję przed namiot, może szła duża barka i pchała przed sobą olbrzymią falę. Spadam w dół bardziej niż schodzę. Kajak jest - ulga. Nagle ... wszystko cichnie. Wracam do namiotu, ale nie mogę już zasnąć. Co to było ? Przecież wszystko słyszałem a może mam jakieś halucynacje ?

Rano przychodzi pan i opowiadam o przeżyciu chwil grozy. Śmieje się i mówi, że zapomniał mi powiedzieć, że w nocy, bo wtedy tańsza jest energia, uruchomią się pompy. Jestem przecież na Żuławach. A nocuję właśnie na terenie jednej z przepompowni.
Przed odpłynięciem proszę jeszcze o wodę i oglądam 6 pomp, które w zależności od różnicy poziomów wód włączają się pompując wodę z niżej położonych terenów do Szkarpawy. A wszystko sygnowane symbolami Unii Europejskiej i datą 2004 rok - stąd ten niebieski kolor.

Żegnam się, dziękuję za wyrozumiałość i pomoc, życzę dobrej niedzieli. Dopiero teraz widzę, że po prawej na wodę schodzi Jacek. Gdy rozmawiałem poprzedniego dnia z operatorem przepompowni minął nas, bo również zrezygnował z tamtego "krowięcego" miejsca i rozbił się niedaleko za mną.

O godz 9:00 dopływam do Elbląga. Pierwszy widok nie jest sympatyczny bo wita mnie szary, brudny, przytłaczający wielkością obiekt przemysłowy, obok którego stoją zacumowane statki. Po 20 minutach jestem w centrum Elbląga przy uroczych bulwarach elbląskiej starówki z górującą nad miastem wieżą katedry. Lewy brzeg okupują rozstawieni wędkarze, domyślam się, że są to jakieś zawody (dziś jest niedziela). Przepływam pod mostem, przy którym jest znajomy camping. Stąd zaczynałem przed wielu laty spływ organizowany przez M. Kossakowskiego z płockiej Petrochemi. O 10:20 wpływamy na jez. Drużno. Jezioro bez dostępnych brzegów, płytkie i zarośnięte z wyraźnym kanałem, którym pływają wycieczkowe stateczki (tylko w jednym miejscu nad jego brzegiem stoją zabudowania) Nad Elblągiem krążą dwa szybowce i kilka razy wznosi się w powietrze samolot w lotach widokowych. Można tu zobaczyć wiele różnych ptaków, słychać ich odgłosy, bo jezioro to rezerwat ptactwa wodnego. O 12:10 jezioro się zwęża i zaczyna się kanał Elbląski. Płyniemy teraz do pochylni. Na pierwszej, która nazywa się Całuny, jestem o 13:20. Idę opłacić przewóz kajaków. Okazuje się, że mogę zapłacić za wszystkie 5 pochylni, co bardzo skróci czas potrzebny na ich pokonanie. Operator pierwszej uprzedza przez CB radio obsługę następnej pochylni. Przy okazji oglądam maszynownię pochylni. Wracam do kajaka i z góry widzę, że dopływa Jacek. Wpływamy na wózek, dajemy sygnał gongiem i jedziemy do góry prawie 14 m. Sytuacja powtarza się na następnej w Jeleniach - gong i jedziemy w górę tym razem o 22 m. Na trzeciej w Oleśnicy mijamy się z jadącym w dół w stronę Elbląga wycieczkowym stateczkiem. Na czwartej w Kątach musimy czekać, aż kolejny stateczek opuści pochylnię. Ruch się wzmógł głównie za sprawą starszych wiekiem, niemieckich turystów, którzy nas pozdrawiają - Gruss Got, Guten Tag! W końcu do 1945 r. to był Oberländischer Kanal - czyli Kanał Oberlandzki, przyjeżdżają zobaczyć gdzie mieszkali ich dziadowie, rodzice a może oni sami. Czuję się jak aktor, widząc wycelowane we mnie aparaty foto lub rzadziej kamery.

Wjeżdżamy na Buczyniec co obrazuje filmik, gdzie jest niewielkie muzeum, bo pochylnie są dziś zabytkiem - unikalnym, jeżeli chodzi o rozwiązania hydrotechniczne.

Planowałem, że tu się zatrzymam, wyrzucę śmieci, może coś zjem. Jacek zignorował to miejsce, ja próbowałem wysiąść. Nie dało się przy rozsądnym postępowaniu, nie chcąc się nie wywrócić. Trzeba tu próbować wyjść wcześniej zaraz po zejściu z wózka, gdzie nabrzeże to umożliwia.

Po godz 17:00 odpływamy z Buczyńca. Teraz jest pewne, że skończymy po 10 dniach płynięcia. Zaczynamy szukać miejsca na nocleg, jedno z nich mijamy, ładne ale okupowane przez podpite, hałaśliwe mieszane towarzystwo. Dalej po lewej widać niszczejący budynek po dawnym gospodarstwie rolnym, za nim wpływamy w odnogę prowadzącą do niewielkiego jez. Piniewo i tam stajemy na nocleg po przepłynięciu dzisiaj 41 km a od początku spływu 381 km.

Następnego dnia w poniedziałek dobrze, że dopiero po zwinięciu namiotów zaczyna padać. Odpływamy w deszczu. Wkrótce mijamy mosty koło miejscowości Awajki, później Rybaki pierwszy stary, kamienny i za nim nowy most na drodze nr 7. Przestało padać, ale niebo jest nadal pokryte deszczowymi chmurami. Wpływam na jez. Sambród, przepływam pod mostem kolejowym na zwężeniu jeziora i widać już napis Małdyty na stacji kolejowej. Kończy się jezioro, ponownie wpływa się w kanał. Teraz będzie most foto (po kliknięciu otworzy się jego powiększenie), który kiedyś sfotografowałem a za nim długie jez. Ruda Woda. Na jego początku po prawej stronie dobijam do brzegu przy polu namiotowym. Letni bar jeszcze zamknięty, chociaż namiotów i przyczep sporo, wyrzucam tylko śmieci i zmieniam baterię w aparacie foto, bo przestał robić zdjęcia. Jednak to nic nie pomaga, aparat się po prostu zepsuł. Od tego miejsca spływ będę ilustrował wcześniej zrobionymi zdjęciami. Odpływam, zaczyna znów padać i zrywa się wiatr. Jezioro ciągnie się przez 12 km i gdy jestem już przy jego końcu widzę kajaki. Płyną w przeciwną niż ja stronę w dużej grupie. Pod mostem na końcu jeziora mijam ostatnie z nich, czekają na poprawę pogody a most je osłania przed deszczem. Chwilę rozmawiamy, dowiaduję się, że to Spływ Świętojański, spływ o długiej tradycji. Wpływam na jez. Ilińsk, którego cały prawy brzeg zabudowany jest wszelkiego rodzaju domkami. Niedługo będę na rozwidleniu, prosto można popłynąć na Jeziorak i do Iławy w lewo do śluzy w Miłomłynie. Cały czas płynę osłonięty fartuchem i narzucie z kapturem, bo pada intensywny deszcz. Zrobiło się chłodno. I tak zmoknięci dopływamy do śluzy w Miłomłynie. Najgorzej jest kiedy po śluzowaniu muszę wyjść z kajaka i zapłacić za śluzowanie. Operator chwilowo jest zajęty więc cierpliwie zmarznięty czekam. Stojące obok mnie dzieci z autokarowej wycieczki szkolnej obserwując następne śluzowanie, pewnie się zastanawiają - co to za przyjemność płynąć w taką pogodę. Ale właściwie jest to pierwszy dzień, kiedy deszcz staje się dokuczliwy. Teraz przed nami następna śluza w Zielonej, do której Jacek przypływa pierwszy. Kiedy dopływam on jest już na brzegu i opłaca śluzowanie. Komplikuje tę operację duża pływając kępa roślinności, która po oderwaniu się od brzegu tarasuje wejście do komory śluzy. Obsługa próbują ją odepchnąć bosakami, ale nie mogą uporać się z problemem. Z opresji ratuje nas wracający do Ostródy pusty stateczek wycieczkowy. Wycofujemy się kajakami na polecenie jego kapitana, uruchamia całą naprzód i wtłacza w kilku podejściach tę kępę do śluzy. Musimy czekać aż komora się oczyści i napełni ponownie wodą. Teraz nasza kolej. Na dziś mam już dosyć pływania, ale musimy dopłynąć do jez. Ostródzkiego, brzegi kanału są niedostępne nie ma możliwości postawienia namiotu. Wreszcie ulga - kanał Elbląski się kończy i lądujemy na prawym brzegu nad jez. Ostródzkim. Szybko stawiam namiot, rozładowuję kajak i mimo deszczu idę się wykąpać. I tak jestem cały mokry. Dopiero teraz przebieram się w suche zapasowe ubranie, zamykam namiot i coś gotuję pod tropikiem. Robi się przyjemnie ciepło, słychać tylko odgłos deszczu uderzający o tropik, zmęczenie powoli mija, jest już dobrze. Ciekawe jaka pogoda będzie jutro.

Wstaję wcześnie rano, ranek jest mglisty, dookoła mokro ale nie pada. Dziś we wtorek postanawiamy dopłynąć w okolice Nowego Miasta. Ponieważ przy takiej pogodzie trudno cokolwiek wysuszyć przepakowuję namiot, odpinam sypialnię od mokrego tropiku i pakuję oddzielnie. O godz. 8:00 jestem już na wodzie, przed nami najpierw jez. Ostródzkie, z którego po 8 km wypływa Drwęca. Mijam Jacka i zatrzymuję się na początku Drwęcy na dużym, zagospodarowanym polu biwakowym. Stoi tam jedna przyczepa, pewnie zapalonego wędkarza, jest wiata, miejsce na ognisko, przyłącza energetyczne, są śmietniki. Pełne, więc swoje śmieci stawiam obok innych worków. Za 3 km będzie jaz w Samborowie foto, trzeba tu przenosić kajaki przez nasyp ruchliwej dwutorowej linii kolejowej. Wyciągam swój kajak na brzeg, dopływa Jacek i kolejno je przenosimy. Szybko idę do pobliskiego sklepu, bo nie mam już chleba. Jacek już odpłynął. Zrobiło się słonecznie i gorąco, na termometrze mam 32 stopnie ciepła, robię sobie dłuższy postój i się kąpię. Odpływam dopiero po godz 11:00 po zjedzeniu świeżych bułek. Jacek po drodze nie robił żadnych zakupów, nie kupował nawet pieczywa mając chleb o przedłużonej trwałości. Muszę to wypróbować, może na Brdzie. Do Brodnicy już nie będzie żadnej stałej przeszkody. Po kilku godzinach płynięcia mijam miejsce, gdzie w 2006 roku płynąc składakiem nocowałem przy przyczółku zniszczonego mostu przy wsi Raczek. Dziś ze zdziwieniem widzę, że stoi tam most drewniany na metalowych dźwigarach. Napotkany wędkarz mówi, że zbudowało go wojsko w ramach ćwiczeń. Niedługo z prawej mijam ujście rzeki Iławki, później most drogowy do Iławy w miejscowości Rodzone i most kolejowy. Po minięciu z prawej uregulowanego ujścia rzeczki Rudej przede mną most w Bratianie a po chwili mijam z lewej ujście rzeki Wel - rzeki z charakterem, szczególnie za Lidzbarkiem potrafi pokazać na co ją stać. Chciałbym ją przepłynąć kiedyś ponownie. W 1982 r. płynęliśmy w 5 kajaków od miejscowości Tuczki do Bachotka na III spływie kajakowym "Czterolistna Koniczyna". Były to czasy trudne w ogóle, również dla turystyki.

Kilka lat wcześniej opisałem wcześniejsze swoje kajakowe wędrówki w formie prezentacji na płycie CD, jednak forma bloga wydaje mi się bardziej nośna, dostępna dla większej ilości odbiorców.

Jacek znalazł już miejsce i stawia swój namiot na skoszonej łące. Jesteśmy tuż przed Nowym Miastem widać pierwsze domy tego miasta i nowomiejską farę. Kiedy wychodzę na brzeg słychać pierwszy grzmot. Będzie burza i oczywiście deszcz. Śpieszę się, żeby przed nim zdążyć, gdy kończę rozładowywać kajak zaczyna padać, ale mam już wszystko w namiocie, przyniosłem nawet wodę do mycia, kajak zamknięty pokrowcem. Urządzam teraz namiot, po umyciu gotuję solidny posiłek. Błyskawice i grzmoty co chwila rozdzierają niebo, leje deszcz i zerwał się wiatr. Zapada zmrok, gdy burza cichnie jestem już śpiworze. Ale dalej intensywnie pada sądząc po odgłosach deszczu bębniącego o tropik. Przepłynęliśmy już ok 475 km, dziś ponad 50 km. Do Brodnicy zostało ok 56 km.

Rano w środę niebo ołowiane, zamglone. Podobno padało prawie całą noc i wygląda na to, że również dzień będzie deszczowy. Składam mokry namioty nie czekając aż wyschnie. Wysuszę już w domu. Na wodzie jestem o godz 8:30 i ostro ruszam do przodu. Jacek zostaje w tyle. Mijamy mosty w Nowym Mieście - kładkę, most drogowy i później most kolejowy. Dokładnie godzinę po odpłynięciu wg widocznego na wieży dużego zegara mijam kościół w Kurzętniku. Po pokonaniu kolejnych kilometrów przepływam pod mostem w Nielbarku i zbliżam się do dawnej żwirowni w Głęboczku. Wypatruję miejsca, w którym ze śp. Romkiem Witkowskim i jego rodziną rozbijaliśmy na weekend namioty. Ale od tego czasu minęło tyle lat, wszystko wygląda inaczej a szczegóły zatarły się w pamięci. Za mostem w Jajkowie pogoda wyraźnie się pogarsza, zaczyna padać. Po prawej ciągną się wysokie wzgórza. Zbliżam się do ujścia Brynicy, zaraz za nim jest polana na wysokiej, piaszczystej skarpie, opisywana jako miejsce dobre na biwak. Kajaki muszą jednak zostać na dole, trudno je bowiem tak wysoko wciągnąć. Ale widok stąd jest piękny. To zdjęcie foto zrobiłem podczas samotnego spływu składakiem w roku 2006 już siedząc pod namiotem w dziwnych warunkach - padającym deszczu i ostro świecącym, zachodzącym słońcu. O godz 14:00 przepływam obok zadbanego siedliska. Po lewej pojawia się wysoka skarpa i o 14:45 mijam ujście Skarlanki - strugi łączącej jeziora Pojezierza Brodnickiego i mosty drogowy i kolejowy koło Nowego Dworu. Cały czas pada deszcz. A później już tylko siedlisko Bobrowiska, most kolejowy przed Brodnicą. Widać już wieżę fary, dopływam do kładki dla pieszych i mijam most przy Wieży Mazurskiej. Kilka osób na dużym moście zatrzymuje się obserwując jak płynę. Mijam kościół szkolny i mały most, kładkę w parku i most drogowy za Wieżą Krzyżacką. Płynę wzdłuż ogródków działkowych i o 16:20 dopływam do Zakola. Głośno wita mnie jej gospodarz p. Roman zaskoczony moim widokiem.

W ten sposób dopływam do miejsca, z którego 10 dni temu wyruszałem.

Pętla przepłynięta !

Foto album


Część zdjęć zlokalizowana na mapie Pętla kajakowa z Brodnicy do Brodnicy

Podziel się
oceń
0
0



Więcej na ten temat


Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy
  • dodano: 20 grudnia 2009 14:09

    Witam pięknie
    W 2006 roku przepłynąłem podobną pęntle. Może nie tak efektowną i długodystansową jak Wasza ale własnym palcem na mapie pisana. Rozpocząłem ją nad Dzierżgoniem k. Prabut. Spływając Liwą do Nogatu, pochylniami, k. Elbląskim, przez Jeziorak Iławką do Drwęcy a kończąc w ośrodku nad j. Partęczyny na Poj. Brodnickim. A wszystko to na kajaku składanym Koliber i narzeczoną na pokładzie.
    Pozdrawiam traperokajakrzy.

    autor Dudikon

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję regulamin i zobowiązuję się do przestrzegania jego postanowień.

piątek, 23 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  89 912  

O mnie

Lubię turystykę kajakową,
fotografię i podróże.
GG:2290554

O moim bloogu

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  więcej...

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  wpisy

 

Moje filmy

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 89912

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930