Bloog Wirtualna Polska
Są 1 253 663 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Brda

niedziela, 12 lipca 2009 19:28
Skocz do komentarzy

Album Foto

Jutro w poniedziałek 13 lipca wyjeżdżam na samotny spływ Brdą. Zaczynam wysoko, bo ze Świeszyna. Niepokoją mnie opisy, w których czytam, że wypływ Brdy z jeziora Dużego Pietrzykowskiego jest całkowicie zarośnięty, trudny do zlokalizowania, że to jest bardzo uciążliwy odcinek, że mało tam wody i dużo jest płycizn a później kamienie i bystrza i liczne zwalone drzewa. Czyli wszystkie kajakarskie kataklizmy tu na mnie czekają.
No i wyobraźnia zaczyna działać. Dokładam, więc do ekwipunku "tenisówki" do brodzenia po dnie przy holowaniu kajaka. Dzwonię do firmy wypożyczającej kajaki, też radzą zacząć niżej.
   Mam jakieś śmieszne? i głupie skojarzenia w tym momencie - jak nie zaczniesz wyżej - to nie będziesz niżej!
Decyzja zapada - od... Świeszyna. Sam.
   Skoro chcę poznać całą Brdę to skąd mam zacząć?
Bo w 1982 r. (czas stanu wojennego) dostaliśmy z Leszkiem G. zezwolenie wtedy z milicji (podobne jest tu foto) na przepłynięcie Brdy  z Charzykowych w "imprezie zorganizowanej" - czyli podlegającej kontroli. Wystawiałem zgłoszenie jako koło PTTK sierpeckiego szpitala, czy mogli odmówić? Mogli wszystko.
Zostaję sam, gdy Wojtek odjeżdża zabierając mój samochód do Drzewicza. Dziwnie się w takiej sytuacji czuję, bo mam świadomość, że teraz mogę liczyć tylko na siebie. No i nie wiem, co mnie za kilka kilometrów czeka. Na wszelki wypadek omawiamy plan awaryjny.
   Wojtek odjechał, kajak zapakowany, no to próbę czas zacząć.
Opis ilustruję zdjęciami w porządku chronologicznym w albumie Brda. Zapraszam do ich obejrzenia. Na dole tego opisu jest łącze do mapy z trasą spływu.
 
Wsiadam do kajaka ok. godz. 14:00 i... zaczyna padać deszcz.
Przy końcu jeziora nawet staję, żeby przeczekać krótkotrwałą ulewę. Jestem sam, nie muszę się spieszyć. Gdy ponownie wsiadam do kajaka intensywnie wypatruję wypływu Brdy z jeziora a w głowie natrętna myśl - trzeba się przedzierać, tylko jak znaleźć właściwe miejsce?
Jest !
Przecież tam jest wyraźne wcięcie rzadziej rosnących trzcin. Podpływam bliżej i widzę przez lornetkę, że drzewa układają się w rozpoznawalny szpaler.
To musi być tam foto !
Rzeczywiście trzciny ustępują, tworzy się wyraźny kanał, wąski, troszkę zarośnięty, płytki, ale jaki ma być? 
   Już wiem, że nie będę się przedzierał przez trzcinowisko jak z Drawy na jez. Mąkowarskie. Tu mam komfortową sytuację. Napięcie trochę spada, bo już jestem na właściwej "drodze". Ciekawe co dalej !
Jest płytko i trzeba lawirować, żeby szukać głębszej wody. Nie ma aż tylu powalonych drzew, żeby stanowiły istotne utrudnienie. Szybko obliczam, że płynąc wolno, bo tak pozwala woda, jeżeli nie będzie innych zapowiadanych kataklizmów, to dziś może dopłynę do pola biwakowego w Starej Brdzie.
Nie mam zresztą innego wyjścia - w przenośni i dosłownie, bo brzegi są podmokłe. Więc płynę wolno, robię zdjęcia. Wreszcie dopływam do pstrągarni w Starej Brdzie.
Przenoska na zakończenie dnia. Ale chce mieć ją za sobą !
Ląduję na prawym brzegu i zapadam się w mule. Coś tu nie tak !
Teraz dopiero czytam, że lądować trzeba na lewym brzegu.
Desantuję się, używając określenia Jacka L. byłego wojskowego, na właściwym - lewym brzegu, wyciągam kajak po trawie (dlaczego on jest tak przeraźliwie ciężki ?).
Późno już, ale widzę, że przy pstrągarni ktoś myje samochód.
Wychodzę na drogę, którą jedzie rowerem młody mężczyzna. Zatrzymuję go, proszę o pomoc. Ustalamy walutę - płacę piwem, godzi się ochoczo, jest już dobrze narąbany. Przenosimy kajak przez asfalt i odpoczywamy. Pan Narąbany mówi:
 - Panie, pomagałem przenosić już wiele kajaków, ale takiego małego i tak ciężkiego jeszcze nigdy. Teraz robią takie lekkie a pan masz jakiś stary, gruby chyba.
    Teraz trzeba tylko kajak zwodować na wąskim bocznym strumieniu. Idę pierwszy bo jestem przygotowany na wejście do wody, kajak prawie dziobem już jest w wodzie i nagle wyprzedza go pan Narąbany. Przewrócił się i poleciał na tzw. "twarz".  Woda go trochę otrzeźwiła, mokry pomaga mi dokończyć dzieła.
   Żeby go dowartościować czytam z etykiety  7% alkoholu ! zobacz pan ile to ma "woltów"
Udobruchany, mokry mruczy pod nosem - "dobra, zara se walne"
   Coraz bliżej do biwaku w Starej Brdzie. Dziś poniedziałek, cały weekendowy ruch już się skończył, będzie pusto i cicho, więc się wyśpię.
Zgodnie z przewidywaniem na biwaku w Starej Brdzie stoi jeden namiot, który rozstawiła para młodych ludzi.
Etap 11 km nie jest imponujący. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że wypłynąłem późno i trzeba było kilka razy przeciskać się pod drzewami, dwa razy przeciągnąć kajak bokiem po łące, kilka razy schodzić z przemiałów i przenieść kajak w Starej Brdzie.
Ale nie było zapowiadanych w opisach kataklizmów.
Następnego dnia odpływam pierwszy, młoda para zaczyna dopiero śniadanie. Płynę wolno, bo jest płytko i jest to malowniczy, urokliwy odcinek Brdy. Zatrzymuje mnie nieduża tama bobrowa, później powalone drzewo, które tak skutecznie zablokowało lustro wody, że trzeba kajak kilka metrów przeciągnąć po łące. Zatrzymuję się na krótki odpoczynek w Żołnie za mostkiem (tam czas płynie chyba wolniej). Potem mijam Nową Brdę, gdzie jest pamiątkowy kamień z wyrytym napisem, który można odczytać ze zdjęcia foto.
A dalej mijam miejsce biwakowe Folbrycht, gdzie zatrzymało się kilka kajaków i grupa młodych mężczyzn. Zapewne szybko nie odpłyną, bo na brzeg wynosili kilka butelek wódki. Przed samym mostem wyprzedziłem inną grupę kajaków, teraz płynę jako pierwszy, więc do rezerwatu "Przytoń" dopływam nie mając przed sobą nikogo.
O to mi chodziło, bo zaraz za mostem widać, że rzeka jest zatarasowana powalonymi drzewami. Na przestrzeni kilometra leży ich bardzo dużo. W takich miejscach nie ma wielkiego wyboru trasy, co chwila trzeba się rozpędzać, żeby wejść kajakiem na drzewo, później pomagając sobie wiosłem lub podpierając rękami z niego zejść, albo przeciskać pod konarami, odpychać się wiosłem, jeżeli nurt przypiera do drzewa, niekiedy wyjść, jeżeli jest płytko. Z doświadczenia wiem, że jest to bardzo ryzykowne, bo w takich miejscach woda potrafi wymyć głębokie, zdradliwe uskoki. Nie zawsze można ocenić wszystkie zagrożenia, wybrać właściwy moment manewru, siłę naporu wody, siłę reakcji wiosłem. Naciskany przez następne kajaki nie mam czasu na robienie zdjęć a całą uwagę skupiam na wybraniu optymalnej drogi przejścia przez kolejną przeszkodę. Dlatego nie zrobiłem tam zdjęć, bo nie chciałem, żeby mnie ktoś wyprzedził. Wtedy, bowiem musiałbym czekać, aż kajak płynący przede mną zejdzie z przeszkody. Kątem oka widzę, że osada na dwójce płynie moim śladem. Cały rezerwat ma długość w linii wodnej 1,2 km, mnie pokonanie tego odcinka zajęło ponad 2 godziny. Później, kiedy las się kończy, brzegi porasta trzcina a dalej pojawiają się łąki.
Mijam "Most Garbaty", przy którym zatrzymała się na odpoczynek albo na już na nocleg inna grupa kajakarzy. Dalej tworzy się rozlewisko w miejscu, gdzie do Brdy wpada rzeka Ruda. Przepływam obok pozostałości po mostku "Wojciecha".
Zbliża się godz. 18:00, jestem niedaleko jez. Szczytno a za mną są dziesiątki kajaków. Oznacza to koncentrację turystów na najbliższym biwaku w Pakotulsku. Będzie tłoczno i gwarno. Muszę znaleźć miejsce na nocleg wcześniej. I wkrótce moją uwagę zwraca dogodne wyjście na lewym, stromym brzegu. Wychodzę na zarośnięty brzegi i idę do góry. Miejsce idealne na nocleg, przede mną nocowało tu wiele osób sądząc po ilości pozostawionych śmieci. Szybko rozładowuję kajak i ukrywam go w trawie za krzakami. Nie chcę żeby sygnalizował możliwość biwakowania. Bo pamiętam grupę teraz pewnie już pijanych mężczyzn, których mijałem w Folbrychcie. Stawiam namiot, robię porządek i schodzę do rzeki, żeby się wykąpać, bo upał daje się we znaki. Z góry, ze swojego miejsca obserwuję wciąż płynące kajaki, robię sobie po kolacji herbatę i siadam w cieniu. Słońce grzeje, mimo, że jest już godz. 20:00. Będę chyba miał jednak sąsiadów, bo słyszę na dole jakieś głosy. Przychodzi młody mężczyzna i pyta, czy mogą przenocować dwie osady. Płynąc zauważyli mój namiot. Oczywiście nie mam nic przeciwko temu i po jakimś czasie dopływa drugi kajak. Okazuje się, że to para młodych ludzi, z którymi biwakowałem w Starej Brdzie. Są bardzo zmęczeni, jest już prawie 21:00.
  Rano wstaję wcześnie, po łąkach niesie się klangor żurawi i poranna mgła. Idę robić zdjęcia.
Wkrótce po odpłynięciu o 10:10 mijam most na początku jez. Szczytno, po prawej stronie widać miejsce biwakowe zaskakująco puste. Teraz przez odgałęzienie jeziora nazwane Szczycienko ponownie wpływam na Brdę. O 13:20 zatrzymuję się przy ośrodku wypoczynkowym z wypożyczalnią sprzętu pływającego, polem biwakowym, zaludnionym kąpieliskiem nad jez. Końskie. Uzupełniam zapas wody. A później mijam Płaszczycę, gdzie dwujęzyczne napisy zapraszają również, a może przede wszystkim, Niemców na świeże ryby i piwo. Przepływam pod mostem nieczynnej linii kolejowej koło Czosnowa, dalej z lewej do Brdy wpada Lipczynka i kolejne mosty odmierzają trasę - stary koło miejscowości Konarzyny i nowy na drodze do Chojnic, koło zabudowań Cicholewy. O godz. 18:40 wpływam na jez. Charzykowskie. Po jeziorze pływa kilka jachtów. Skręcam w lewo pod brzeg i szukam miejsca na nocleg. Zatrzymuję się w dogodnym miejscu, przy leśnej drodze, chociaż mam świadomość, że narażam się na mandat Straży Leśnej. Ale postanawiam zaryzykować i tak są to głupie przepisy, ale obowiązują. Bo jaką szkodę wyrządzę środowisku stawiając mały namiot na jedną noc? Następnego dnia wstaję wcześnie rano, żeby szybko się zwinąć. Namiot schnie, ja wchodzę w las i znajduję dużego i zdrowego grzyba - takiego jak ten foto. Smażę go na śniadanie z cebulą i boczkiem. Z lasu wychodzi dwóch mężczyzn, mają dużo grzybów i jagód. Ostrzegają mnie, że mogę mieć kłopoty, ale ja już jestem zwinięty i prawie zapakowany. Jeden z nich idzie do jeziora i chce się napić z niego wody, bo jak mówi - bardzo go suszy po wczorajszym. Daję mu wody ze swoich zapasów. Odpływam i okazuje się, że zaraz obok jest wyznaczone miejsce biwakowe, przy którym stoi tylko jedna łódka. Udało się przenocować bez pewnego w razie kontroli mandatu, skoro byłem tak blisko miejsca do biwakowania. Teraz celem jest Drzewicz, gdzie Luluchy są na wakacjach z wnukami z Dubaju i gdzie stoi mój samochód. Musze kupić chleb, wezmę zapas wody, wykapię się i zmienię ubranie i nareszcie będę miał okulary chroniące przed słońcem. Wiesię i Wojtka spotykam w bramie ośrodka, wyjeżdżają z wnukami na swoje ulubione miejsce, żeby się wykąpać. A ja odświeżony z zapasami o godz. 14:10 siadam ponownie do kajaka i płynę do Mylofu. Nie spieszę się, bo to już niedaleko. Most kolejowy zwiastuje, że za dwie godziny będę stawiał namiot. Zatrzymuję się przed zaporą, można biwakować również za drogą biegnącą przez zaporę, w miejscu może bardziej malowniczym, ale uciążliwym, ze względu na piskliwy odgłos pracującej turbiny elektrowni wodnej. Stacjonarni biwakowicze z namiotami i przyczepami zajęli miejsca strategiczne w tyle, obok mnie stoi grupa Niemców płynących na kanu.
Kiedy mam już wszystko zrobione idę do pobliskiego baru na ... pstrąga, skoro jestem obok wielkiej jego hodowli. Wracając w sklepie firmowym kupuję jeszcze pstrąga wędzonego.
A co ! Rzadko mam taką okazję !
 Sklep ten jest czynny latem tylko dwa razy w ciągu dnia i przyjeżdża wtedy bardzo dużo osób. Tworzy się kolejka, która świadczy najlepiej, że stoję w prawidłowym miejscu.
Wieczorem idę do leśniczówki i płacę 5 zł za pobyt i 2 zł za wózek, którym jutro przewiozę kajak za zaporę. Kładę się spać, ale zasnąć nie sposób, zaczyna działać tajemna siła wieczornych spotkań Polaków przy ognisku. Działanie tych sił doskonale znam i dlatego, jeżeli mogę staram się unikać takich spotkań.
Ale w tej sytuacji ? Biorę piwo i w wieczornym już stroju idę do ogniska. Po chwili już wiem, że rozpaliła je grupa kilkunastu młodych osiłków. Rozmawiają głównie w jęz. angielskim z elementami polszczyzny. Czyli, co drugie słowo leci kurwa. Spotykają się od kilku lat na umówionym urlopie w Polsce pracując za granicą. Piją wtedy tyle, ile wypić potrafią. Dyżurny trzyma wódkę w kontenerach w zamkniętym samochodzie, on też dba o tych, którzy w tej walce już padli, jest zobow
iązany do usunięcia wszelkich śladów "biesiady". Rolę dyżurnego pełni co dzień inna osoba. I to jest właśnie plan, którego nie mają, jeżeli nie liczyć picia do granic świadomości. Ale tajemna siła jest międzynarodowa. Przychodzą Niemcy z Bogusiem, sympatycznym ich przewodnikiem - nauczycielem z Olsztyna. Tajemna siła każe mi być dla nich miłym i za chwilę szwargoczę już po niemiecku, przy pomocy kilku słów, które jeszcze pamiętam. Boguś się spręża, tłumaczy, bo tempo rozmowy się wzmaga wraz ze zrywanymi banderolami. Wreszcie, kiedy Koni i jej mąż Max mówią mi, że nie wiedzieli, że Polacy są tacy sympatyczni i mieli o nas - Polakach zafałszowany obraz, uznaję, że mogę iść już spać. Z poczuciem własnego wkładu w budowanie dobrych relacji polsko-niemieckich wchodzę do śpiwora po godz. 1:00 w nocy. Ale czy mogłem odejść wcześniej, skoro rozmowy dotyczyły tak ważnych spraw ?
Wstanę sam czy z kacem ?
Wstałem sam.
Kiedy mam już kajak na wózku gotowy do przewiezienia, z namiotu wychodzi jakiś Niemiec i chce ode mnie adres mailowy, domyślam się, że jest to Max. Ale dzisiejszy Max w niczym nie przypomina wczorajszego Maxa.
Zadziwiające jak długo potrafi działać tajemna siła i jak zmienia ludzi.
Po przewiezieniu kajaka zostawiam cały mój dobytek pod opieką dwójki - osady, która przewiozła się przede mną i w pobliskim sklepie kupuję chleb.
Wieczorem spotykamy się ponownie, wolą biwakować na łące obok mnie.
Na rozbicie namiotu pozwolił mi pracujący gospodarz - zbierał z łąki siano.
Nie wiedziałem, że za zakrętem jest już stanica Gołąbek II. Wieczorem słyszymy odgłosy stamtąd płynące, my po biwaku w Mylofie mamy tu komfort ciszy i spokoju. Niemiecka grupa skończyła spływ chyba w Świcie.  
Dopływam do Zalewu Koronowskiego. Po prawej na jego początku jest stanica Gostycyn - Nogawica. Wysiadam, żeby wyrzucić śmieci i się wykąpać. Na dole jest miejsce na ognisko z ławeczkami. Wchodzę wyżej, w centralnym miejscu stanicy widzę duży kamień otoczony łańcuchem. Wzbudza moją uwagę, więc podchodzę bliżej.
U góry kamienia czytam: " Pamięci tych, którzy ukochali Brdę i kajaki  Przyjaciele "
zdjęcie zamieściłem w galerii. Niżej jest szereg tabliczek z nazwiskami osób już nieżyjących. Poczet ten otwiera tabliczka poświęcona papieżowi, niżej jest tabliczka ku pamięci Marii Okołów-Podhorskiej. Dzięki jej staraniom powstała stanica w Bachotku na Pojezierzu Brodnickim - w moich rodzinnych stronach (przypomina o tym stojący na terenie ośrodka w Bachotku kamień).
A jeszcze niżej jest tabliczka, która mnie zaskoczyła, spowodowała wiele refleksji i wspomnień. Jest na niej nazwisko brodnickiego miłośnika turystyki kajakowej - Franciszka Rajkiewicza. To z nim i jego szwagrem Romkiem W. spotykaliśmy się nad jez. Wielkie Partęczyny, siadywaliśmy przy ognisku na wyspie na jez. Cichem.
Niestety już ich nie ma, są na drugim brzegu. Nie ma już również Mariana, o którym wspomnienie zamieściłem niżej, który jest na zamieszczonym zdjęciu razem z Frankiem.
Zostały wspomnienia, stare zdjęcia i inne pamiątki z tamtych lat. Miałem wiele szczęścia, że los postawił ich na mojej drodze.
Gospodarz stanicy nie wiedział z czyjej inicjatywy ta tabliczka tam się znalazła. Franek związany był z Klubem Turystów Wodnych z Chełmna, pływał z nimi od lat na międzynarodowym spływie, któremu przewodzi Lech Bolt (w przyszłym roku będzie jego 50. jubileuszowa edycja). Dziś wiem, że to właśnie koledzy z Chełmna tak uczcili jego pamięć. Miły, serdeczny i wzruszający to gest a Franek w pełni sobie na tę pamięć zasłużył nie tylko dlatego, że był turystą-kajakarzem.
Po przerwie dłuższej niż planowałem, poruszony, z myślami rozbieganymi, z obrazami odległych czasów, płynę dalej. Bo w odległych czasach w 1979 r. śp. Wacław Krystym swoim podpisem i pieczątką potwierdził pierwszy wpis w mojej książeczce kajakowej po przepłynięciu Łaźnej Strugi. Jerzy Korek, co mi utkwiło w pamięci ubrany na biało, otwierał jako komandor spływ na Brdzie, kilka innych nazwisk na tabliczkach też brzmiało znajomo. 
Mijam cumujące jachty, ośrodki wypoczynkowe, przystanie.
Dopływam do Sokole-Kuźnica. Gdy słyszę pierwszy grzmot i widzę nadciągające ciężkie chmury staję w pierwszym przyjaznym miejscu. Gdzieś daleko cały czas grzmi, mam wszystko sklarowane i jestem już po kolacji, gotowy do snu, kiedy zaczyna padać deszcz. Odjeżdża wędkarz a burza z nową siłą całkiem blisko rozrywa niebo błyskawicami. Jest już zmrok, który potęguje te efekty. Zmęczony w końcu zasypiam. Rano budzi mnie odgłos ulewy. Postanawiam przeczekać. Leje przez kilka godzin, wiatr smaga strugami deszczu. Całkowicie przestaje padać dopiero po godz. 15:00. Zostaje tu na kolejną noc, bo nie widzę sensu, żeby dziś płynąć, skoro od celu dzieli mnie ok 18 km.
Następnego dnia nie pada, wieje porywisty wiatr, ale jest słonecznie.
I to ostatni dzień mojej wędrówki, w południe dopływam do mostu w Koronowie na Kanale Lateralnym prowadzącym do elektrowni w Samociążku.
Tu kończę spływ po 194 km samotnego pływania.

 

  Album Foto

 Zdjęcia z Brdy na mapie 

 

Podziel się
oceń
0
0



Więcej na ten temat


Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy
  • dodano: 05 maja 2012 13:30

    What heyday isn't today?

    autor Essellata

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję regulamin i zobowiązuję się do przestrzegania jego postanowień.

piątek, 23 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  89 928  

O mnie

Lubię turystykę kajakową,
fotografię i podróże.
GG:2290554

O moim bloogu

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  więcej...

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  wpisy

 

Moje filmy

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 89928

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930