Bloog Wirtualna Polska
Są 1 253 663 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Bug - rzeka graniczna

poniedziałek, 26 lipca 2010 18:21
Skocz do komentarzy

Foto album

Jutro w niedzielę 11-07-2010 wyjeżdżam na Bug. Muszę przejechać samochodem ponad 500 km. We wsi Gołębie mamy się spotkać z Jackiem i Joasią, żeby od słupa granicznego 822 rozpocząć wspólny spływ. Nasze dane osobowe przekazałem już do placówki Straży Granicznej w Kryłowie.
 Spotykamy się w umówionym miejscu, foto (tu są zdjęcia ilustrujące wpis) zawiadamiam telefonicznie pobliską placówkę Straży Granicznej o miejscu startu i wkrótce na terenowej Hondzie przyjeżdża do nas funkcjonariusz SG. Jeszcze raz spisuje nasze dane i towarzyszy nam ponad 2 godz. do momentu odpłynięcia. 
Do pobliskiego gospodarza na "parking" odprowadzamy samochody, który opuszcza na chwilę swoje solidnie napite już towarzystwo, żeby osobiście kierować ustawieniem samochodów.
 Negocjuję, że pół litra dostanie za "panie - tu się nic nie stanie, osobiście będę wszystkiego pilnował" po wykonaniu usługi.
Bug ma zaskakująco wysoki poziom, ale okazuje się, że to Ukraińcy zrzucają wodę ze swojego zbiornika retencyjnego. Na wodę schodzimy ok godz 16:40. Kłębią się myśli, że to eskapada a nie spływ. Czy Bug okaże się łaskawy, jaka będzie pogoda, czy starczy sił, przecież to ponad 600 km w kajaku !!! Ale jednocześnie wiem, że już nie ma odwrotu, że mam to, o czym myślałem i czego chciałem od dwóch lat.
 Kajak obciążony zapasami i ekwipunkiem jest jakby leniwy, czuję zmęczenie podróżą, ale zerkam ciągle na prawo szukając oznak życia po ukraińskiej stronie rzeki.
Są, ale po lewej, polskiej stronie, gdzie trwa piknik w Kryłowie w okolicach ruin zamku nad rzeką. Wkrótce wszystko cichnie, a ja jednoczę się z rzeką, która mnie będzie wiodła przez 2 tygodnie.
Zbliża się wieczór. Intryguje mnie kolejna lineczka, bo nie jest to żyłka, którą widzę po prawej, ukraińskiej stronie uwiązaną do gałęzi łozy. Podpływam i ją wyciągam, na jej końcu widzę duży haczyk z przynętą. Teraz wiem, że to sposób na złowienie ryby, ale jakiej ? skoro ten haczyk ma ok 3 cm długości ?
Ciągle jest upalnie, marzę o pięknym biwaku, o odpoczynku. Jacek, który płynie pierwszy, wreszcie decyduje, że miejsce, które znalazł, będzie odpowiednie na nocleg. Jednak, żeby wyjść na brzeg, najpierw trzeba się wygramolić przez błoto sięgające do kolan. Jest godz. 19:15, przepłynęliśmy 14 km. Szybko rozkładam namiot i schodzę, żeby się umyć. Zapytasz po co się kąpać skoro wyjść trzeba przez błoto? Właśnie po to wiozę zawsze małą miskę plastikową, do której mieści się składane wiaderko. Nabieram wody i mycie kończę przy namiocie.
 Rano budzi mnie narastający odgłos silników śmigłowca SG. Zawisa w pobliżu nas, pewnie nas liczą w podczerwieni sprawdzając namioty. Tak będzie przez najbliższe 4 dni. No cóż, oni - polscy pogranicznicy strzegą dziś granicy Unii Europejskiej, dysponują więc nowoczesnym, odpowiednim sprzętem. I mają nie tylko śmigłowiec, różnego rodzaju łodzie motorowe, samochody Land Rovery i ... rowery, motocykle terenowe Honda i noktowizory (to dlatego, w strefie granicznej wolno się poruszać tylko od świtu do zmroku i muszą znać lokalizację zgłoszonych osób)
Wieczorem, już chciałem się kłaść spać, kiedy nadjechał miejscowy wędkarz. Zagadaliśmy. Zapytałem o te lineczki. 
- Panie ! Toż to okropna plaga dla nas. To na suma takie pułapki zakładają, od kiedy im (Ukraińcom) pozwolili nad rzekę przychodzić.
- Jak złapie taki suma, to i tydzień przeżyją a jak dobrze z teściową żyje, to da łeb, ogon i ości a ona jeszcze zupy na tym nagotuje !
Następny dzień był już normalny, w pełni spływowy. Rano meldunek tym razem już do SG w Hrubieszowie, (a w następnych dniach kolejno SG Horodło, Skryhiczyn, Dorohusk, Wola Uhruska, Zbereże, Włodawa, Dołhobrody, Sławatycze, Kodeń, Terespol, Bohukały, Janów Podlaski), że odpływamy i schodzimy na wodę. Bug nie stwarza specjalnych problemów, w jednym tylko miejscu spotkaliśmy śmieciowy zator, ale można go było opłynąć dzięki wysokiej wodzie wpływając niezgodnie z przepisami na stronę ukraińską.
Brzegiem idzie dwoje młodych ludzi ona w zaawansowanej ciąży. Gdy ich mijam on woła, żebym podpłynął, poczęstuje mnie przed chwilą podebranym przez dziadka, świeżym miodem. Dostaję kawał plastra i  instrukcję, ze mam go "wycuckać" a resztę wypluć. Miód ścieka mi po ręce, gdy rozmawiamy. Opowiada, że w sobotę wzięli ślub, wczoraj mieli jeszcze poprawiny. Dziś już odpoczywają, goście się rozjechali, więc wybrali się na spacer do dziadka. Pomyślałem sobie, że ten miód to zamiast miodowego miesiąca, skoro jego wybranka jest w tak wysokiej ciąży.  
 Na biwak stajemy koło słupa granicznego 896 po przepłynięciu 50 km. Nadciąga burza, słychać grzmoty. Znów trzeba się ewakuować na brzeg przez błoto, ale Bug w tamtym rejonie ma wszędzie takie błotniste brzegi, piaszczyste podłoże zacznie się dopiero później.
 Pomagam Joasi wyciągnąć na brzeg kajak, Jacek już rozstawia ich namiot. Gdy kończyłem wprowadzać ostatni maszt do tunelu w swoim namiocie, zaczęła się gwałtowna ulewa. Na tropiku zebrała się woda i nie mogłem naprężyć obciążonej powłoki. Zabrakło mi kilka minut. W rezultacie woda z tropiku wlała się do sypialni, zamoczył się również śpiwór, poduszka, piżama i inny ekwipunek.
 Następnego dnia zwlekam z odpłynięciem, próbuję wszystko suszyć, ale jak na złość, słońce nie może przebić się przez chmury. Kiedy stajemy na następny nocleg, zdążyliśmy postawić namioty i znów się rozpadało. Nie ma mowy o żadnym suszeniu, czeka mnie druga noc w nie najprzyjemniejszych warunkach.
 W środę forsuję dopłynięcie do miejscowości Świerże, mam informację o dogodnym miejscu na biwak. Po 50 km dystansie wybieram tym razem miejsce ja, na łączce z prawie dogodnym wyjściem. Nareszcie świeci słońce, jest okropny upał. Rozstawiam namiot, rozkładam wszystko do suszenia. Po kąpieli przygotowuję sobie posiłek.
 Następnego dnia wstaję wcześnie i idę do sklepu po zakupy, wracając nabieram wody przy pobliskim kościele, gdzie mieszka miejscowy proboszcz. Odpływam późno, ale zatrzymuje mnie patrol SG na Land Roverze. Sprawdzają przez radio nasze dane. Jacek i Joasia już dawno są na wodzie doganiam ich dopiero koło południa. Jest bardzo gorąco, upalnie, pojawiają się piaszczyste łachy. Zanurzam się w wodzie nie zdejmując koszuli, to najlepszy sposób, żeby się ochłodzić.  
 Koło miejscowości Zbereże, przy słupie 1055 znajduję bardzo ładne miejsce na biwak, dogodne piaszczyste miejsce do kąpieli i wybieram to miejsce na odpoczynek. Przychodzi dwóch mężczyzn, żeby się ochłodzić. Pracują niedaleko, budują prowizoryczną drogę. Zbudowany tu zostanie most pontonowy, który połączy oba brzegi w sierpniu na wspólny polsko-ukraiński piknik.
 Następnego dnia w piątek o 8:40 jestem na wodzie. J&J odpłynęli jak zwykle wcześniej, sprawniej się pakują, ale wkrótce ich dochodzę. Dziś miniemy tzw. trójstyk - miejsce, gdzie się schodzą granice trzech państw: Ukrainy, Białorusi i Polski. Zaraz za tym miejscem wychodzę na brzeg, bo widzę J&J przygotowujących sobie "lancz" i patrol SG. Rano przed służbą na odprawie zostali uprzedzeni o naszym pobycie, pozwalają mi płynąć dalej. Proszę, żeby informację przekazali do następnej placówki SG.
 Dopływam do miejscowości Pawluki po przepłynięciu 49 km wg logu rejestratora trasy. Na łuku rzeki jest łąka i piaszczyste wypłycenie i to miejsce wybieram na biwak. Za łąką widać zabudowania. Po posiłku idę zapytać o sklep, bo najpilniejszym zakupem staje się niespodziewanie woda. To chyba pierwszy taki spływ, na którym mam zapas piwa a szukam ...  wody, przeważnie bywało odwrotnie. Ale jest taki upał, że piwa nie da się schłodzić a pić trzeba i to dużo. Podchodzę do pani, która mimo żaru lejącego się z nieba ciężko pracuje, grabiąc siano. Ludzie tam dla siebie życzliwi, bo kiedy wyjaśniłem, co chcę kupić, pani woła męża i wnuczka. I tak gospodarz uruchamia kompresor i pompuje powietrze do kół w rowerze, którym pojadę ja, przewodnikiem moim do sklepu będzie wnuczek na swoim rowerze, bo sklep otwarty o tej porze, jest dopiero w sąsiednim przysiółku. Wracamy pogryzieni przez gzy, czyli ślepaki, bo tak je tam nazywają, ale z zapasem wody. I piwem dla gospodarza.
 Rano jest już upalnie, wsiadam do kajaka w mokrej koszuli, bo wcześniej zanurzyłem się w rzece. Jak zwykle J&J są już na wodzie. Planuję, że również dzisiaj przepłyniemy co najmniej 50 km. Na odgłos burzy staję przed Kodeniem po przepłynięciu 49 km. Oczekiwanego deszczu i ochłodzenia jednak nie było, mimo ciągłych grzmotów. Nie jest źle, bo jesteśmy już w strefie dobrego "ataku" na przerzucenie się jutro za Terespol. Najgorzej, że wypada to w niedzielę, dzień wolny od pracy.
 Otóż Bug opływa twierdzę brzeską, wpływa całkowicie na teren Białorusi. We wcześniejszej korespondencji ze Strażą Graniczną zostałem uprzedzony o tym, że cytuję:
"... informuję, iż spływ kajakiem rzeką graniczną Bug na odcinku służbowej odpowiedzialności Placówki SG w Terespolu, można kontynuować do znaku granicznego nr 1260 tj. do miejsca przy moście granicznym na drogowym przejściu granicznym w Terespolu. Dalej z uwagi na fakt, że rzeka Bug na odcinku około 2 kilometrów płynie wyłącznie po terytorium Republiki Białoruś, natomiast granica państwowa przebiega lądem, nie jest możliwe kontynuowanie spływu kajakiem na tym odcinku. Odcinek ten możliwy jest do pokonania wyłącznie drogą lądową ... Miejscem umożliwiającym ponowne rozpoczęcie spływu kajakiem jest znak graniczny nr 1269 położony około 4 km dalej na północ w okolicy kolejowego mostu granicznego."
Bardziej racjonalne wydaje się szukanie transportu - ciągnika z przyczepą ? do przewiezienia 3 kajaków na wsi, niż w mieście. Do miejsca położonego najbliżej drogi prowadzącej z Michalkowa do Terespola dopływamy przed południem. Pewne trudności mam z wyciągnięciem kajaka na stromy, wysoki w tym miejscu brzeg. Jacek idzie pierwszy szukać kogoś, kto nas przewiezie. Joasia zostaje przy kajakach, ja idę za nim. Jacek skręca do pierwszych zabudowań. Kiedy wchodzę do pokoju, gdzie słyszę jakieś głosy, widzę, że Jacek siedzi na wersalce obok faceta, który również jeszcze siedzi. Bo na drugiej wersalce, po przeciwnej stronie, leży na oparciu inny mężczyzna. Tylko to, że wodzi oczami oznacza, że żyje. Nie potrafi już wydobyć z siebie słowa i żadnego ruchu. Żyje - a nie żyje. Obok siedzi jego kompan, który z ogromnym trudem ale wstał.
Ilość pustych butelek po winie wskazuje, że nie mogli się tak upić dziś. Wg mnie piją od wczoraj, a ten co jeszcze siedzi, dopiero co przyszedł. I to właśnie on prowadzi Jacka do sąsiada, pożyczają rowery i jadą szukać transportu. Ja wracam nad rzekę. Po pewnym czasie zjeżdża z drogi do nas samochód osobowy z przyczepą. Okazało się, że łatwiej można było znaleźć transport, niż trzeźwego kierowcę. A ja myślałem, że zaczną pić dopiero po obiedzie.
Ładujemy kajaki na dwukółkę i jedziemy do Terespola. Jedziemy przez węzeł drogowy do przejścia granicznego, za mosty w Terespolu. Szukamy miejsca, gdzie się można zwodować ze stromego brzegu. Słychać odgłos zbliżającego się motoru, kierowca spiesznie odjeżdża, mimo, że jego pobyt w strefie granicznej był zgłaszany i nie groził mu mandat. Strażnik wdaje się z nami w pogawędkę, życzy osiągnięcia celu. Za widocznymi po obu brzegach, betonowymi umocnieniami po jakiejś budowli hydrotechnicznej  niebo naraz pociemniało, błysnęło, dopada nas gwałtowna wichura, która prawie wyrywa mi z ręki wiosło.
Na rzece tworzą się duże fale, mocuję wiosło do linki asekuracyjnej. Po ok 20 min, wiatr słabnie równie szybko, jak się rozpętał. Tym razem się udało, ale coraz częściej myślę o tym, że kiedyś taki żywioł mnie sponiewiera. To jest ogromna siła, skoro zrywa dachy z domów, przewraca drzewa. Strach o tym myśleć, liczę na szczęście, bo zjawiska te występują coraz częściej i są coraz gwałtowniejsze.
Teraz, kiedy jesteśmy już za Terespolem wierzę, że cel osiągniemy. Płynę dość długo, widać zabudowania wsi Krzyczew. Na postój wybieram miejsce na stromym brzegu za piaszczystą skarpą. Obok siedzi życzliwy wędkarz, który oferuje swoją pomoc. Kiedy opowiadam skąd płyniemy, proponuje coś gorącego do picia. Skorzystam z jego uprzejmości ale później. Kiedy jem kolację słyszę warkot zbliżającego się motoru. Nadjeżdża strażnik na terenowej Hondzie a jednocześnie widzę, że z drugiej strony zbliża się dwuosobowy patrol SG na specjalnie przygotowanych i wyposażonych rowerach. Po formalnościach wszyscy się rozjeżdżają a ja od Joasi mam informację, że nie ma we wsi sklepu. Wobec tego idę do wędkarza i tym razem proszę, że gdy będzie odjeżdżał, żeby mi zostawił przede wszystkim wodę. Dostaję nie tylko wodę, biorę również herbatę. Resztę zakupów zrobię jutro.
 Wstaję wcześnie, żeby się zwinąć, kiedy jeszcze nie będzie prażyło. Dziś opuszczę teren przygraniczny. Po południu mijam na białoruskim brzegu oszkloną strażnicę na wysokiej wieży, wydaje się być pusta, a może strażnicy nie zdradzają swojej obecności. Tak, jak to czynili do tej pory, bo nie widziałem żadnego patrolu po ukraińskiej a później białoruskiej stronie.
Za czasów ZSRR wysiedlono miejscową ludność z terenów granicznych, które pełnią teraz rolę naturalnych terenów zalewowych. Po tamtych czasach pozostały jeszcze w kilku miejscach zasieki z drutu kolczastego, jakieś konstrukcje przypominające elektryczne ogrodzenia, umocnione brzegi z kolcami utrudniającymi wyjście i jedna opuszczona murowana strażnica. Pokazuję je na zdjęciach. Kto by teraz chciał uciekać na Białoruś czy Ukrainę? Po co?
 Od Niemirowa na obu brzegach będzie już Polska. Po minięciu białoruskiej wieży i tablic oznaczających granicę Polski na chwilę wychodzę w Niemirowie obok promu na prawy dotąd niedostępny brzeg. Do końca spływu pozostało wg tablicy informacyjnej jeszcze ponad 224 km.
Zatrzymuję się już o 16:20 na łące przy lesie, w pięknej nadbużańskiej scenerii po przepłynięciu ok 57 km. Obserwuję płynące Bugiem "wynalazki" czyli serpelickie tylnokołowce zbudowane z dwóch kadłubów połączonych pokładem. Z Serpelic wożą nimi turystów kilka km w dół Bugu do miejsca z prowizorycznym stołem. Tam czeka na nich "pirat" (mieszka w przyczepie kempingowej z CB-radio, przez które dostaje informację o zamówieniu), który ich anektuje i częstuje wcześniej zamówionym jadłem i oczywiście mocnym napitkiem. Wracają przy dźwiękach bardzo głośnej muzyki i chętniej mnie pozdrawiają. Mój namiot stoi w pięknym miejscu na tle lasu i dobrze im się komponuje do zdjęć. Dostaję smsa, że J&J stanęli na biwaku wcześniej. Będę więc nocował sam.
 Rano obiecuję sobie, że zatrzymam się w Drohiczynie, historycznym miasteczku znanym z powieści Sienkiewicza.
Dopływam do Drohiczyna ok godz 13. Po drodze po raz drugi obserwuję w naturze żerującego czarnego bociana. W Drohiczynie nad rzeką ma miejsce jakiś plener malarski, ja siadam w restauracji nad rzeką i zamawiam sobie zimne piwo i kiszkę podlaską z ziemniaków. Czekam kiedy dopłyną J&J, nie widzieliśmy się od dwóch dni. Kiedy wreszcie widzę ich w oddali zbieram się do dalszej drogi. Mijam położony na Górze Zamkowej zespół budowli sakralnych po Jezuitach, gdzie dziś mieści się Kuria Biskupia i Seminarium Duchowne. Później ukazuje się kościół benedyktynek.
 Na biwak wybieram dogodne miejsce na lewym brzegu koło wsi Mołożew. Kiedy jestem już zagospodarowany dopływają Jacek i Joasia. Wieczorem Jacek rozpala ognisko.
 Następnego dnia odpływam o 7:45, tym razem niewiele później niż moi towarzysze spływowi. Przed nami kolejny dzień spływu. Rzeka spotężniała, wymaga respektu. To już nie jest ta "rzeczka", którą pamiętam sprzed 11 dni, kiedy zaczynaliśmy płynąć. Mamy niebywałe szczęście, sprzyja nam pogoda i wiatr.
Dziś celem jest Małkinia a właściwie mosty drogowy i kolejowy do niej prowadzące. Drobiazg - trzeba tylko pokonać ok 50 km kajakiem. Mijam je szybciej niż myślałem, teraz szukam miejsca na biwak. Wychodzę na lewy brzeg, później na prawy. Płynę dalej, wg opisu trasy już ponad 55 km, mija godz 18. Wysyłam smsa, żeby moi spływowi towarzysze znaleźli sobie miejsce na biwak wg własnych preferencji, bo ja już jestem niedaleko Broku. Wreszcie w oddali widzę łuk rzeki, gdzie brzeg się obniża. Wychodzę tam, ale okazuje się, że jest to miejsce wodopoju stada krów. Rezygnuję z ich towarzystwa i płynę dalej. Po ok 20 min widzę dogodne miejsce na odpoczynek. Kiedy po postawieniu namiotu kończę się myć, podjeżdża samochód. Wysiada mężczyzna i pyta, czy nie będzie przeszkadzał, gdy zarzuci swoje wędki. Nie protestuję i wyjaśniam, że nie łowię ryb. Wtedy mówi, że na nocne wędkowanie umówił się tu z kolegami, którzy przyjadą później. Do jednego z nich dzwoni a ten przywozi mi świeży chleb, jeszcze ciepły, bo skończył właśnie pracę w piekarni. Panowie ustawiają samochody obok siebie nad brzegiem rzeki. Gdy się ściemnia zapalają reflektory, na ziemi rozpostarta jest czarna folia, na reflektory zarzucili przeźroczystą folię. Z wody wychodzą jętki - owady, wabione światłem w locie odbywają gody i giną. Panowie zmiatają je z czarnej folii, ugniatają, zawiązują w gazę i zakładają jako przynętę na suma. Rozstawili chyba 6 wędzisk wyposażonych w dzwoneczki, na spławiki innych pozakładali chemiczne światełka, oprawa prawie jak na Gwiazdkę słychać dzwoneczki, na wodzie kołyszą się kolorowe światełka. Rzeczywiście jeden z nich wyciąga suma, ale wypuszcza go do wody, bo ma mniej niż 70 cm długości, a taki jest wymiar ochronny dla suma. Aż trudno mi uwierzyć, że te ryby osiągają wagę do 100 kg i monstrualne rozmiary. Niebo rozświetlają błyski wyładowań między chmurami, w ciszy bez grzmotów, słychać tylko plusk rzeki, szmer płynącej wody. Po dodatkowych atrakcjach, jakich dostarczyli mi wędkarze kładę się spać. Zmęczenie po przepłynięciu 65 km powoduje, że szybko zasypiam, nawet nie słyszałem kiedy odjechali.
 Dziś w Broku mam się spotkać ze Zbyszkiem - Zibim. Przepłynęliśmy wspólnie w ub roku Liwiec, a w tym roku Orzyc i Zalew Zegrzyński i skończyliśmy na dopływie Kanału Żerańskiego. Piszę o tym we wcześniejszym wpisie. Zibi mieszka niedaleko, gdzieś w pobliżu Bugu ma swój domek letniskowy. Stoi przed mostem, macha do mnie z prawego brzegu, przywozi wodę, piwo i lokalny ciemny chleb, pieczony na chrzanowym liściu wg dawnych receptur. Miły to gest z jego strony, że zechciał przyjechać na spotkanie.
Dziś celem jest Wyszków. Wypatruję z lewej ujścia rzeki Liwiec. Kiedy je mijam, widzę dużo wypoczywających mieszkańców pobliskiego Kamieńczyka, bo Liwiec utworzył tam piaszczyste łachy. To oznacza, że do Wyszkowa jest już niedaleko. Do mostu obwodnicy Wyszkowa dopływam ok godz 16 i zatrzymuję się za nim w odpowiedniej odległości w pobliżu wyrobisk, nie dopływając do miasta. J&J mijają mnie, zniechęca ich szum przejeżdżających samochodów. Mnie on nie przeszkadza, jest monotonny i jednostajny. Jestem dziś zmęczony i chcę już odpocząć. Tym bardziej, że do Serocka zostało już tylko 35 km.
 Wstaję wcześnie, zaniepokojony obcymi odgłosami. To wędkarz, starszy pan przyjechał rowerem z pobliskiego Wyszkowa i to miejsce wybrał na łowisko. O 7:20 jestem już na wodzie i wkrótce mijam znajome widoki kościoła i mostów w Wyszkowie. Później mijam po prawej imponujące wieże kościoła w Popowie Kościelnym i wkrótce zaczyna się rozlewisko ujścia Bugu. Zapędzają się tu już łodzie motorowe i jachty z Narwi. Czekam, aż dopłyną J&J i wspólnie wpływamy na Narew kierując się w stronę Serocka. Lądujemy u podnóża miasta przy zadbanym, uporządkowanym, ładnym bulwarze wpływając między cumujące łodzie. Jesteśmy u celu. Gratulujemy sobie osiągnięcia celu. Sięgamy po piwo, jest okazja, przepłynęliśmy przecież ponad 600 km Bugiem - cały, dostępny w granicach Polski odcinek rzeki.
 Teraz trzeba znaleźć miejsce na 2 dniowy biwak. W pobliskiej wypożyczalni kajaków pytamy o możliwości biwakowania. Okazuje się, że w Serocku nie ma żadnego pola namiotowego, żadnego kempingu. Jacek, w poszukiwaniu miejsca na biwak rusza pieszo w stronę Jadwisina, gdzie jest duży port jachtowy, ja idę w kierunku przeciwnym, w stronę przystani. Stoi tu stateczek turystyczny, obsługa nawołuje do wchodzenia na pokład, bo skończyła się planowa przerwa w rejsie, teraz popłyną do Zegrza albo Nieporętu ? Okazuje się, że jest tu nie tylko pomost, do którego cumują te stateczki. Jest również małe molo a na lądzie cały kompleks rekreacyjny z kąpieliskiem i natryskami !!!, świetnym zapleczem (darmowe i czyste! WC, przebieralnie z indywidualnymi szafkami) w ładnie usytuowanym i zaprojektowanym budynku. Obok niewielkie zaplecze gastronomiczne, wypożyczalnia sprzętu pływającego. Za plażą z nawiezionym piaskiem, za boiskiem do siatkówki jest niewielka łączka ! Niczego lepszego nam nie trzeba. Podchodzę do trójki młodych ratowników, przedstawiam problem. Bingo! Już wiem co mam zrobić, żeby tam rozbić nasze namioty! Znajduję kierowniczkę Gminnego Ośrodka Kultury, bo cały ten obiekt jest w jej zarządzie, proszę o pozwolenie na postawienia namiotów. Wyraża zgodę, czekamy teraz na powrót Jacka i podpływamy w górę Narwi, żeby na skraju plaży postawić swoje namioty.
 Centrum Serocka robi również sympatyczne wrażenie, rynek odnowiony, sąsiednie domy również, wszędzie dużo kwiatów, ławeczki, fontanna.
W sobotę rano jedziemy najpierw do Warszawy, tam koło budującego się stadionu narodowego przesiadamy się do autobusu, który zawiezie nas do Hrubieszowa. Z Hrubieszowa "łapiemy" lokalne połączenie do Gołębi, czyli miejsca, skąd zaczynaliśmy spływ, żeby zabrać samochody. Zgodnie z obietnicą płacę butelką wódki za parkowanie samochodów. Gospodarz dziś jest trzeźwy, ciężko pracuje, rozładowuje przyczepę pszenicy. W drodze powrotnej w przed Lublinem widzę skutki wichury, która powywracała drzewa. Przez CB radio słyszę ostrzeżenia, żeby nie przejeżdżać pod wiaduktem, który wypada na mojej drodze. Gwałtowna ulewa zalała tam ulicę, kilka samochodów stoi z unieruchomionymi silnikami. Jadący przede mną samochód powoli przejeżdża przez zalaną ulicę, tocząc przed sobą falę wody. Ryzykuję i jadę jego śladem omijając unieruchomione samochody. Udało się ! Do Serocka dojeżdżam po godz 22.
 W niedzielę pakujemy się i żegnamy. Jacek z Joasią odjeżdża pierwszy, ja zatrzymuję się jeszcze na krótko w Serocku, robię kilka zdjęć i ruszam w drogę do domu.
Spływ Bugiem to już historia, zamknięta we wspomnieniach i zdjęciach przygoda.
Jeżeli czytasz te słowa, to znaczy, że warto było pisać. 

Foto album

 

Podziel się
oceń
2
0



Więcej na ten temat


Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy
  • dodano: 08 czerwca 2012 7:50

    Wpis warty polecenia, niewątpliwie będę śledzić kolejne artykuły.

    autor Maksymilian

    blog: ksiazki-polecam.bloog.pl/

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję regulamin i zobowiązuję się do przestrzegania jego postanowień.

piątek, 23 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  89 929  

O mnie

Lubię turystykę kajakową,
fotografię i podróże.
GG:2290554

O moim bloogu

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  więcej...

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  wpisy

 

Moje filmy

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 89929

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930