Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 625 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Wda

poniedziałek, 09 sierpnia 2010 6:46
Skocz do komentarzy

Foto album

 Po raz trzeci przy pomocy Ułanków, którzy w wakacje z wnukami, mieszkającymi na stałe w Dubaju, odpoczywają od kilku lat w Drzewiczu, zaplanowałem samotny spływ tym razem Wdą. Wracam na Wdę po 24 latach i właściwie nie pamiętam rzeki. Płynąłem wtedy z Izą w czasach bardzo siermiężnych i pamiętam, że oglądaliśmy kamienne kręgi, gdzie w ramach praktyk wakacyjnych pracowali studenci na stanowiskach archeologicznych.
 Gdy tylko wjechałem na teren gminnego? pola biwakowego już była przy mnie pani z sąsiedniego domu i wyciągała rękę po mały, ale jednak haracz.
 - Za wodowanie 2 złote się należy od kajaka - usłyszałem od stojącego przy mnie cennika.
 - Jak pan chce zostawić samochód, to najtaniej będzie u sąsiada na łące.
Zawiodłem jej nadzieje, bo zarobiła tylko 2 złote i nie wiem czy dla ogólnego dobrobytu mieszkańców Lipusza, czy na swój własny rachunek. Wójt gminy Lipusz ma zapewne sposób na rozliczanie opłat za korzystanie z gminnego? bez regulaminu, pola biwakowego. A samochód zabrał Wojtek do Drzewicza.
Przede mną do odpłynięcia szykują się 3 załogi, na odprawie pada komenda:
- Kapoki włóż, do kajaków rozejść się! Można wodować!
- Tato, ale ten kapok jest dla mnie za duży! Ja nie chcę w kapoku, ja chcę do mamy!
Jak się potoczyły dalsze negocjacje nie wiem, bo oddałem aparat, po zrobieniu im pamiątkowego zdjęcia i wróciłem do pakowania swojego kajaka. Minąłem ich dopiero na początku jez. Schodno, biesiadujących przy wieży widokowej. A ja popłynąłem dalej, machając ręką na pożegnanie.
Po ponad 600 km przepłyniętych Bugiem, ten spływ miał być relaksowy. Zgodnie z tymi założeniami rozstawiłem swój nowy, maleńki namiot na końcu jez Schodno, na rozległym polu biwakowym oznakowanym nie wiem dlaczego, jako "Mostek". Zaczął padać deszcz, dogaszając po poprzednikach tlące się jeszcze opodal ognisko. Wieczorem przyjechał dzierżawca i skasował za pobyt 8 zł. Tylko ode mnie, bo w poniedziałek rzadko kto zaczyna pływanie i nocowałem tu sam. Drogo, bo nie ma tu niczego, poza przepełnionym koszem na śmieci (i sterty śmieci obok) oraz tablicami informacyjnymi, których przecież nie postawił. Opłaciłem haracz i uspokojony mogłem się kłaść spać. Wraz z zachodem słońca ucichło, gdzieś jeszcze, od czasu do czasu, słychać było jakieś wieczorne ptasie kłótnie i "szczekanie" koziołka (tego od sarny) na tle odgłosu deszczu. W takich sytuacjach zawsze się dziwię, jak to możliwe, żeby kawałek rozpiętego nad głową materiału dawał poczucie bezpieczeństwa, realną ochronę przed deszczem i wiatrem oraz chronił przed zimnem. 
 Rano po spokojnie przespanej nocy wstałem późno i nie spiesząc się, zgodnie z założeniami, po rutynowych czynnościach, ruszyłem dalej. Wda pokazała swoją krasę, krystaliczne wody, w których bez trudu można obserwować przemykające ławice małych rybek, wijące się warkocze wodnej roślinności. Szpalery drzew kładły na wodzie cienie, żeby za chwilę przedzierające się przez drzewa słońce pozwalało dostrzec dno. Szum wiatru, plusk wody, jakieś śpiewy ptaków, rzadkie, bo już po lęgach. Kroczące po łąkach bociany, na brzegach zastygłe czaple. Najlepiej odłożyć wiosło, niech nas niesie woda, poczuć jak grzeje słońce i chłonąć to, co można zobaczyć. I zapamiętać.
 Płynąc bez planu zaplanowałem jednak, że popłynę do stanicy we Wdzydzach. Po drodze miałem sesję zdjęciową z niezwykle przyjaznym kormoranem. Stanicę z daleka sygnalizuje wysoka wieża widokowa i coraz większy ruch na wodzie. To przecież popularne miejsce odpoczynku na Kaszubach z rozbudowanym zapleczem. Żeglarze zawijają tu do swojej mariny w zatoce i tam cumują mając do dyspozycji wszystko co im potrzeba. Przypomniało mi się Monte Carlo, gdzie po nabrzeżu między pełnomorskimi jachtami biegało dziesiątki kelnerów. Bo tam się rezerwuje miejsce, dopływa i cumuje za horrendalne pieniądze a nie pływa. Tu we Wdzydzach jest jeszcze odwrotnie.
 Dopływam do końca jeziora, szukam wypływu Wdy. Włączam gps, skręcam ostro w lewo kierując się zgodnie z jego wskazaniami. Rozglądam się dookoła, nikt nie płynie kajakiem w stronę Borska a właściwie Jeziornej, bo Borsk jest troszkę dalej. Na pomoc przy przenosce nie mam co liczyć. Wpływam w koryto rzeki zgodnie z jej nurtem. Po lewej drzemie siedząc w fotelu jakiś człowiek. Chyba czegoś pilnuje. Zagaduję o przenoskę, bo w przewodnikach i relacjach pojawiały się różne jej wersje i rady. Słyszę, że skoro mam się przeprawić sam, bez pomocy, to łatwiej mi będzie, jeżeli popłynę dalej i wybiorę wprawdzie dłuższy, ale łatwiejszy wariant. Przy jazie odległość do przeniesienia jest krótsza, ale trudniejsza, ze stromym i niewygodnym wyjściem i wodowaniem. Zawracam i płynę zgodnie z jego instrukcją. Pokonuję na raty odległość 150 m ciągnąc kajak po trawie, proszę jedynie o pomoc przygodnego przechodnia przy przeniesieniu kajaka przez dojazdową drogę, wyłożoną betonowymi płytami. Jest tu sklep spożywczy a obok bar z ogródkiem piwnym. Kiedy kajak jest już przygotowany do dalszej drogi, odpoczywam przy piwie, ale z własnych zapasów, bo z baru dochodzą odgłosy kłótni.
 Siadam więc do kajaka, zdecydowanie wolę inne odgłosy. Mijam most i zabudowania Borska. Dopiero w domu przeglądając log trasy z tego dnia widzę na mapie satelitarnej, że do Jeziornej dochodzi pas startowy jakiegoś lotniska. Sprawdzam. Okazuje się, że to dawne lotnisko wojskowe (widać je na logu wtorek.jpg koło napisu Borsk) wykupione przez prywatnego inwestora. Dociekliwym polecam obejrzeć to miejsce w programie źródłowym, czyli Google Earth. Widać stojący na "poboczu" samolot, pasy przejścia, ścieżki. CIA wolało lotnisko w Szymanach.
 Po ok 40 min dopływam do mostu na kanale Wdy. Przed nim po prawej stronie widać jaz i słychać to, co zawsze wzmaga czujność, gdy płynę kajakiem, czyli szum spadającej wody. Trzeba podjąć decyzję czy się przenosić tu, koło jazu, czy płynąć dalej kanałem Wdy i przenieść się później. Ja tę decyzję podjąłem wcześniej. Kajak w dół zsunął się prawie sam. Jak to zawsze bywa w przypadku alternatywy są plusy dodatnie i ujemne. Żeby nikogo nie zrażać powiem, że przeniesienie dalej, na kanale Wdy ma sens wtedy, gdy dokładnie wiesz, gdzie to zrobić. Przeniesienie na jazie jest prostsze a skutkuje tylko tym, (co widać na zdjęciach, które pokazuje tylko dlatego, żeby zobrazować opisaną sytuację) że za jazem płyniemy szybkim i wąskim odcinkiem rzeki. Przed Bąkiem mijam reklamy oferujące postój i nocleg, które zachęcają nie tylko w ojczystym języku, że na biwaku będę miał WC, prysznic, prąd, oświetlenie, ciszę i spokój, jedzenie domowe i wszystko to, co nie mieści się na kawałku reklamowej sklejki. Skoro pierwszego dnia za skrawek miejsca na postawienie namiotu zapłaciłem 8 zł, to kurcze teraz, za te wszystkie rewelacje zapłacę pewnie tyle, ile płacą bogacze w Monte Carlo. I drogą eliminacji potrzeb podejmuję decyzję. Kąpałem się przed wyjazdem i wczoraj, więc brudny nie jestem, prąd mam własny z panela, jak będę chciał, to zapalę czołówkę i nastanie jasność. Mijam więc Bąk tak, jak zignorowałem wszystkie zaproszenia Jarosi. Żal tylko, że nie posmakuję kaszubskiej zupy rybnej, albo wędzonej sielawy. Zaraz za Bąkiem słyszę odgłosy burzy - grzmi. No to mam za swoje, przyjdzie wichura, zaraz mnie zmoczy. I jak na zawołanie, gdy zagrzmiało już bardzo blisko, widzę po prawej miejsce, które nadaje się na rozstawienie jednego namiotu. Szybki ogląd i decyzja. Tak. Tu w lesie będę nocował. Kończę rozładowywać luki, gdy zaczyna leniwie padać deszcz, więc namiot stawiam w warunkach prawie idealnych. Przygotowuję sobie jedzenie mając już dach nad głową, burza przeszła bokiem, trochę tylko popadało. Wychodzę z namiotu, jestem w lesie, więc sprawdzam najbliższe otoczenie, bo może znajdę jakieś grzyby. Znajduję coś innego, co każe mi wrócić do namiotu po aparat. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem, widok prawie irracjonalny. foto Zdjęcie nie oddaje w pełni tego co zobaczyłem, ale warto je obejrzeć. Skąd w jednym miejscu tyle pajęczyn nie wiem, może to pozostałość po pajęczych godach?
 Środa. Most kolejowy potwierdza moją pozycję. Kiedyś był potrzebny, dziś nikomu już nie służy. Zatrzymuję się dalej, gdy widzę siedzącego nad rzeką na stołeczku starszego pana i to w dogodnym do wyjścia miejscu.
- Astmę mam, to na spacer biorę ze sobą stołeczek. Jak się zmęczę, to siadam i odpoczywam. 
Gawędzimy dość długo, lubię takie rozmowy i takich rozmówców.
Do "Kamiennych Kręgów" dopływam równocześnie z 3 kajakami, z którymi się przed chwilą zrównałem. Przy pomoście na postoju o tej samej nazwie cumują inne kajaki. Korzystam z sytuacji, zostawiam kajak pod opieką szefa poznanej przed chwilą ekipy i idę zwiedzić rezerwat "Kamienne Kręgi". To pamiątka po Gotach z I i II wieku n.e., ich wierzeniach i zwyczajach. Jest tu 10 całych i 2 częściowo zachowane kręgi ułożone z głazów i dużych kamieni oraz ok 30 kurhanów - zbiorowych mogił ze stożkowym nasypem ziemnym lub kamiennym. Kamienie się pewnie nie zmieniły, ale otoczenia nie poznaję. Wyrzucono sprzed wejścia jarmarczne kramy, zbudowano miłe dla oka wejście. Dużym nakładem środków powstała cała infrastruktura poczynając od pomostu nad rzeką i schodów po WC (!), ławeczki, opisy, drogowskazy, pomosty widokowe. Na jednej z tablic opisano właściwości miejsca nazwanego "elipsą" - strefy podobno pozytywnej energii, od której kiedyś Kaszpirowski i jego polski odpowiednik byli specjalistami.
Zastępuję pana, który do tej pory pilnował kajaków, zamieniamy się rolami. Teraz on idzie obejrzeć rezerwat. Spotykamy się ponownie we Wojtalu przy dawnym młynie, korzystam z pomocy jego młodej ekipy przy przeniesieniu kajaka i idę do pobliskiego sklepu. Ze wznoszącej się drogi widać stawy hodowli pstrągów i drogę biegnącą przez zaporę. Przy drodze wybudowano zadaszenie z myślą głównie o zmotoryzowanych, skąd można obserwować dopływające kajaki i odpocząć. Za pstrągarnią (600m) jest most drogowy a po następnych 400m po lewej miejsce zachęcające do postoju, zgodnie ze swoją nazwą zlokalizowane przy wyrobiskach dawnej żwirowni. Miejsce ładne z rozbudowanym zapleczem, ale mało kto tu staje, bo jest za blisko przenoski i za daleko stąd do sklepu. Ja też popłynąłem dalej, zrobiłem tylko zdjęcia. Przede mną most kolejowy co oznacza, że dopływam do Wiecka. Nad jez. Wieckim wyznaczyli sobie miejsce ostatniego biwaku poznani przed Odrami bardzo sympatyczni kajakarze, poczynili nawet w sklepie w Wojtalu stosowne zakupy. Jez. Wieckie nie leży na szlaku Wdy, ale na końcowym odcinku szlaku Studzienickiej Strugi. Jest dopiero południe więc, postanawiam opłynąć jez. Wieckie. Wpływam pod wartki prąd wąskiego ujścia Studzienickiej Strugi, wkrótce robi się szeroko i płytko. Dopływam do spiętrzenia ułożonego z kamieni i worków z piaskiem. Za nim podobne spiętrzenie a jeszcze dalej zastawka. Nie bardzo mam ochotę na 3 przenoski, wracam więc na Wdę. Tablica informacyjna na postoju w Klonowicach potwierdza moje przypuszczenia, że gmina Czersk pozyskała środki na zagospodarowanie turystyczne szlaku Wdy z unijnych funduszy. Szkoda, że nie wszystkie gminy, przez które płynie Wda były takie operatywne. Lipusz chyba nie wykorzystał tej szansy. Rzeka jest ulubionym szlakiem kajakarzy i nic w tym dziwnego, skoro płynie przez serce Kaszub, przez piękne jeziora, sosnowe bory, przez łąki z dala od zeszpeconych rozwojem a coraz częściej bogactwem, krajobrazów. Czarna Woda wita niezbyt miłymi widokami, ale miasteczko to niewielkie i chyba nie bardzo bogate, bo widać dużo ogródków, działek z warzywami. Powstały one raczej z konieczności i biedy, niż z zamiłowania do natury czy estetyki. Mijam z lewej chyba jakieś ujęcie wody, później pierwszy z mostów, pod którym podwieszono jakieś rurociągi. Dalej łuki mostu kolejowego spinają oba brzegi rzeki, która w tym miejscu szumi na kamieniach i zaprasza do płynięcia środkiem.

 Postojów, miejsc odpoczynku nad Wdą jest wiele, nigdzie ich tyle nie spotkałem. To za mostami w Czarnej Wodzie wygląda zachęcająco. Ale uśmiech każdego musi wywołać to następne - Złe Mięso. Myślę, że ta nazwa wcale nie odstrasza a wręcz przeciwnie, przyciąga. A jak się żyje w Złym Mięsie nie wiem, popłynąłem dalej.
Niedaleko, bo na nocleg wybrałem rozległe pole biwakowe pod lasem przed Czarnem. Jak się wieczorem okazało w rozsądnej cenie bo za 5 zł. Kiedy już rozłożyłem swoje domostwo, po programie obowiązkowym, bez jazdy dowolnej, siadłem przy okolonym głazami miejscu przygotowanym do palenia ognia i rozpaliłem małe ognisko z tego co zostawili poprzednicy. Wyznaczanie miejsc na palenie ognisk ma sens, bo zmniejsza ilość śladów po ogniskach, które pozostają na bardzo długo i często stają się zaczątkiem śmietnika. Dziś coraz częściej ognisko nie służy już do gotowania posiłków a do tzw. "integracji", czyli wiadomo do czego. Wtedy usłyszałem za sobą na rzece głosy. Do brzegu dobijają dwa kanu. W porównaniu z kajakiem można na nie załadować żonę, kilkoro dzieci, psa i beczki z dobytkiem. I właśnie to wszystko przy moim kajaku wyszło na ląd. Dzieci się rozbiegły, psy zaczęły ujadać, żony również. Z ulgą przyjąłem fakt, że po kąpieli dzieci, po piwie i siusianiu całe towarzystwo odpłynęło.
 Czwartek. Rano poszedłem do pobliskich zabudowań po wodę, przy okazji obszedłem las w poszukiwaniu grzybów, ale nic nie znalazłem. Właściciel pola biwakowego miał wczoraj więcej szczęścia, bo po opłatę przyszedł z pięknymi okazami borowików. Po odpłynięciu mijam betonowy most drogowy w Czarnem a później most drewniany na drodze do Młyńska. Na następnym moście prowizorycznie sprayem wymalowano napis "Sklep kolonialny 750m", strzałka w prawo wskazuje, że w Osowie Leśnym nawiązują albo do odległego nazewnictwa, albo, co bardziej prawdopodobne, nie wiedzą co piszą. W sklepie kolonialnym kiedyś sprzedawano towary pochodzące z zamorskich krajów, często koloni, głównie korzenie, przyprawy, kawę itp. A może dziś sklep kolonialny oznacza, że jest to sklep zlokalizowany na koloni, jak często oznacza się zabudowania położone niedaleko większej miejscowości. Po 50 min dopływam do mostu kolejowego koło miejscowości Krępki. Ani śladu po zapowiadanym bystrzu, za to niespodziewanie widzę przed sobą grupę kajakarzy. Płyną do Wdy. Przed mostem we Wdzie dochodzę inną grupę kajakarzy, którzy lądują zaraz za mostem po lewej stronie. Ja płynę dalej, bo nawet nie ma możliwości wyjść na brzeg, trzeba czekać w kolejce. Zatrzymam się dalej, upał staje się dokuczliwy. Staję za Wdą po lewej przy lesie na oznakowanym polu biwakowym z ławeczkami i zadaszeniem, miejscem na ognisko. Do przepełnionych śmietników dokładam swoje śmieci i idę się kąpać. Obok widać wykopany staw rybny z wysepką i domkiem na środku, ogrodzony wysokim płotem z rozciągniętą nad całym stawem siatką. Mija mnie kolejny kajak, później dwie kanadyjki, znów dwa kajaki. Wszyscy płyną do Wdeckiego Młyna. Skoro tak, to ja przenocuję właśnie tu. Stawiam namiot, przygotowuję sobie jedzenie, kiedy do brzegu dobija kanadyjka. Dwoje ludzi lustruje miejsce i za chwilę się rozładowują. Mam na noc sąsiadów. Stawiają duży namiot w kształcie tipi. Idę do Wdy, do sklepu po zakupy o czym powiadamiam sąsiadów. Odpowiedzią są bezradnie rozłożone ręce. Okazuje się, że to dwoje Niemców. Gdy wracam pani wrzuca po kolei zawartość otwartych puszek do kociołka zawieszonego nad ogniem na składanym solidnym rusztowaniu, sąsiad wraca z lasu z siekierą i wyciętą suszką. Gdy pani kończy mycie naczyń po kolacji dosiadam się do ogniska. Pan przynosi z tipi kolejną walizeczkę tym razem metalową, bo chroni kruchą zawartość - zestaw szklaneczek i kieliszków do wina. Przy szklaneczce whisky dowiaduję się, że w Polsce są już kolejny raz, byli na Brdzie, a na Wdzie on po raz drugi... w tym roku. Płynął Wdą z jakimś kolegą już w maju i tak mu się rzeka podobała, że wrócił tu ze swoją Frau. W Niemczech takich "dzikich" rzek już nie ma, ognisk takich, jak to, przy którym siedzimy, palić nie mogą. Ognisko grzeje, whisky również, po drugiej szklaneczce mówię im dobranoc. Zasypiam błyskawicznie. Nazajutrz w tipi widać oznaki życia, kiedy ja się już pakuję. Gdy jestem gotowy do odpłynięcia, jego Frau jeszcze śpi, więc żegnam się tylko z nim i częstuje piwem. Chyba wiedziałem czego mu trzeba.
 Do Wdeckiego Młyna mam stąd tylko jeden kilometr, do Tlenia 44 km. co oznajmia ustawiona tu tablica informacyjna.
We Wdeckim Młynie przeciągam kajak za zaporę bez niczyjej pomocy, bo mimo, że obok na polu biwakowym jest bardzo dużo namiotów, to wszyscy jeszcze śpią. Widzę tylko dwie młode dziewczyny, jedna myje gary, druga zęby. Cały obiekt ładnie wygląda, robi sympatyczne wrażenie, za co chwała inwestorowi. Dawny młyn, stał się jak wszędzie... elektrownią. Wszędzie, bo młyny nie są już tak potrzebne jak kiedyś, mało kto mieli zboże na własne potrzeby. Elektrownia daje łatwiejszy i pewniejszy dochód. Generatory mogą być sterowane automatycznie, pracują w dzień i w nocy, nie kurzy się, tylko trochę piszczy, nie wymagają ciągłego i bezpośredniego nadzoru. Na Zbrzycy w Milachowie jest mała elektrownia wodna i tartak. Właściciel przyjeżdża nad rzekę tylko wtedy, kiedy ma uruchomić tartak, wykorzystując oczywiście własną energię, gdy ktoś ma kłody drzewa do przetarcia. Elektrownia działa w trybie automatycznym, w newralgicznych miejscach zainstalował kamery, nawet oczyszczanie wlotu wody na turbiny ze śmieci, które niesie z sobą rzeka, odbywa się cyklicznie, bez udziału człowieka. Pijąc wieczorem w domu piwo widzi co tam się dzieje i ma możliwość zdalnej interwencji i sterowania.
 Widząc uśpione jeszcze namioty i ich ilość dobrze zrobiłem biwakując kilkanaście minut wcześniej. Zaczyna się bardzo ładny odcinek rzeki.
Rzeka wpływa w lasy, zmieniają się brzegi, momentami, nadużywając określenia, przechodzą w skarpy (bo gdzie im tam do nadbużańskich), płynie się w szpalerach drzew, dających ochłodę i ulgę oczom. Łąki uzupełniają ten obraz, w nozdrza wtedy uderza zapach eterycznych ziół, kwitnących wszystkimi kolorami.
A wokół cisza, jeżeli nie liczyć brzęczenia uwijających się pszczół i trzmieli, na tle szmeru płynącej rzeki. A gdy głośno zaskrzeczy kruk i uniesiesz głowę, to może obok czarnej sylwetki kruka zobaczysz krążącą kanię (to ta, która ma wcięty ogon) lub błotniaka stawowego, bo myszołów lata nisko i głównie w leśnych rewirach. Nie wspominam o bocianach, bo ich sylwetkę w próbnych lotach zna każdy. Cisza, a tyle zewsząd dźwięków, jeżeli ktoś potrafi słuchać. Najlepiej odłożyć wiosła, niech woda niesie sama, wtedy jest większa szansa na zobaczenie lisa, sarny, wydry, kuny czy bobra. Kiedyś na bobry polowano dla ich cennego futra, wilki, rysie były ich naturalnymi wrogami. Dziś tych wrogów nie ma a człowiek je chroni. Ich populacja tak już wzrosła, że moim zdaniem powinna być kontrolowana, bo wyrządzają duże szkody. W południe mijam most do miejscowości Kasparus, za mostem zatrzymuję się na kąpiel, bo dzień jest wyjątkowo upalny a woda "krystalicznie czysta". Moczę w wodzie spływową koszulę i tak jak na Bugu mokrą zakładam na siebie. Woda mnie niesie cały czas przez leśne ostępy, przed oczami, jak w filmie, przesuwają się kadry przepięknych widoków. Mam swój prywatny National Geografic. To jedna z przyczyn, że raz w roku płynę sam, bez wyznaczonych etapów, bez terminów i wlokę się wtedy niemiłosiernie, żeby nasycić się po brzegi tym, czym natura nas obdarzyć może. Dziś już nie boję się pływać samotnie, boję się raczej samotności. Wychodzę z zakrętu, po prawej dalszy ciąg łąki z brzegiem porośniętym tatarakiem, po lewej bardzo wysoki zalesiony brzeg. Omijam kolejną zwaloną sosnę, której podmyte korzenie nie oparły się kolejnej wichurze. Na szczycie punkt widokowy, bo widzę barierki i wybudowane zadaszenie. A za zakrętem - jak "nożem uciął" idealnie płaska łąka, którą ramionami obejmuje meander rzeki. Szybki zwrot i ląduję u podnóża wzniesienia. Wyciągam kajak, biorę aparat, piwo w dłoń i wchodzę na górę. Nawet tu ktoś palił ognisko i zostawił po sobie śmieci. Widok stąd wspaniały. Schodzę do kajaka, idę się kąpać. Na rzece słychać głosy, płynie grupa Czechów na czymś co przypomina palawy, ale nie pneumatyczne a wykonane z poliestrów. Zatrzymują się za następną olchą na odpoczynek, kąpiel, posiłek i coś mocniejszego, co krąży wraz z kieliszkiem z rąk do rąk. Kiedy odpływają uruchamiam mapę, jestem tuż przed rezerwatem Krzywe Koło, koło miejscowości Łuby. Jest tak gorąco, że nie chce mi się dalej płynąć a tu mam dobre miejsce. Na jutro zostawiam sobie końcowy odcinek rzeki. Stawiam namiot, gotuję obiad i kładę się w cieniu drzew. Mija mnie jeszcze kilka kajaków w drodze do Błędna. Szybko jednak wchodzę do namiotu, bo zza wzgórza wyłaniają się ołowiane chmury, zrywa się wiatr, słychać grzmoty. Wkrótce na tropiku słyszę odgłos deszczu.
 Rano nie ma już takiego upału, obchodzę łąkę w poszukiwaniu pieczarek, żadnej jednak nie znajduję. S
kładam namiot i się pakuję. Dziś celem jest Tleń. Czesi nocowali za mostem w Błędnie po prawej, teraz ładują swój sprzęt na samochód, obok czeka na nich już autokar. Mijam przyczółki zniszczonego mostu, który został wysadzony we wrześniu 1939 roku, aby utrudnić działania wojskom niemieckim. Na filarze umieszczono tu drewniany krzyż, bo w tym miejscu zginęła dziewczyna i chłopak. Wjechali na pozostałości mostu samochodem, który spadł do rzeki. Tragiczny koniec młodego życia. Przed mostem w Starej Rzece rzekę tarasuje wiekowy, potężny dąb z rozłożystymi konarami, sposób pokonania przeszkody zależy od stanu wody. Ja przeciągałem kajak po łące. Za mostem po lewej jest dogodne miejsce do zakończenia spływu lub postoju. Cały czas rzeka się wije pośród lasów. Wkrótce po minięciu Starej Rzeki rzeka się rozszerza przechodzi w rozlewisko. To znak, że przed nami Tleń. Widać pierwsze zabudowania i wreszcie most drogowy a przy nim po lewej "Samotna nad Wdą". Jest to pensjonat z zatłoczonym parkingiem i długiej historii, bo sięgającej pruskiego zaboru a ciągle w dobrej kondycji. Od tego miejsca zaczyna się już zbiornik zaporowy elektrowni w Żurze. Przepływam pod mostem i zatrzymuje się na nocleg w Ośrodku Rekreacyjno Wypoczynkowym "Promyk". Namiot stawiam z dala od wypożyczalni i ruchliwego nabrzeża (dziś jest sobota), na wzniesieniu, przy wypoczynkowych pokojach. Koszt pobytu to 10 zł i opłata klimatyczna. Za tą cenę mam bardzo dobre warunki pobytu, nawet prysznic bez ograniczeń. Idę coś zjeść. Wybieram miejsce na uboczu, gdzie jest dużo klientów i przy obsłudze pracuje cała rodzina. Nawet kilkunastoletni chłopak uwija się ścierając stoły i poprawiając krzesła a z kuchni wychodzi szefowa w wieku gwarantującym, że gdy uczyła się gotować, to nie było mikrofalówek. Zamawiam smażonego okonia, a nie pasionego karmą pstrąga, zupę rybną i nareszcie zimne piwo. Zupa rybna równie dobra, chociaż inna niż ta, którą jadłem w Słupsku. Bardziej gęsta, bo z lanymi kluskami (!) Zieleniny też nie brakowało, wyborna. Już się zapowiadam na jutro.
 Na powrót umówiłem się z Wojtkiem dopiero na następny dzień, żeby im nie zakłócać własnych planów weekendowych. Więc dziś w
niedzielę po powrocie z kościoła (15 sierpnia) płynę do Żuru. Ot tak, dla przyjemności a nie dlatego, że muszę.  Schodzę na wodę w atmosferze pikniku, krzyku, głośnej muzyki, kul kręcących się po wodzie, już nie ma żadnego wolnego wodnego roweru, już dymi się z wybudowanego grilla czyli po polsku rusztu i głów przy nim siedzących, już ... czas odpływać. Gdy ten zgiełk cichnie jestem pod kolejowym mostem, innym niż powszechnie spotykane, bo odwrotnym, z łukiem konstrukcji na dole. Ciekawi mnie pole biwakowe PTTK, bo pierwotnie tu chciałem dopłynąć. Wysiadam, żeby je obejrzeć. Moimi zdaniem stanica powstała za czasów PRLu, kiedy w lesie między jeziorem zaporowym a jeziorem Mukrz wybudowano zgodnie z tamtymi trendami domki letniskowe dla klasy robotniczej. Dziś wygląda to wszystko równie nieciekawie jak tamte czasy, ale jakoś egzystuje. Żałować nie mam czego. Po prawej mijam jakieś zabudowania z biwakiem i plażą. Nie mogę powiedzieć, że byłem na Maderze, bo tę wyspę mijam. Ale z tego co czytam, to biwakował na niej Jan Paweł II. To już kolejny Jego ślad, którym podążam. Płynę dalej w stronę Grzybka i odbudowanego mostu z widocznymi śladami zniszczeń wojennych, który łączy Grzybek z Osiem. Na jeziorze jest dużo łódek z wędkarzami. Mijam jedną z nich, na której pani odwrócona do pana plecami złowiła jakąś rybę. Dużą, mocną, bo zgięte i drgające wędzisko sięga prawie do wody a ryba je wodzi chcąc się uwolnić. Coś się przesuwa z mojej prawej strony i instynktownie kieruję tam wzrok. To kajakarz na sportowym, wyczynowym kajaku przemknął obok i zostawił mnie w osłupieniu. Domyślam się, że to już niedaleko Żuru i jako żywo po lewej są zabudowania a na wodzie wkrótce jakieś kajaki. Z lewej mijam kanał prowadzący wody do elektrowni, obramowany znakami zakazu wpływania. Po prawej od kanału roboczego elektrowni jest przepełnione po brzegi małe pole biwakowe. Wychodzę na brzeg opanowany przez ludzką ciżbę. Przepycham się i wreszcie widzę baner, z którego wynika, że to drugi dzień jakiegoś maratonu kajakowgo a teraz po ogłoszeniu wyników oficjalnie zamknięto imprezę. Wracam do Tlenia. Mijam półwysep Grzybek, słychać wesołe okrzyki kąpiących się dzieci z letnich koloni. Z innej strony oglądam wystające wąsy zbrojeń wysadzonego i odbudowanego mostu na przewężeniu koło Grzybka. Im bliżej Tlenia tym więcej na wodzie wodnych rowerów. Pogoda sprzyja, świąteczny piknik trwa a ja kończę swoją wycieczkę.
Kończę tę wycieczkę i spotkanie z Wdą po latach.

Foto album

Podziel się
oceń
0
0



Więcej na ten temat


Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy
  • dodano: 02 lutego 2011 12:56

    Witaj Czesiu!!!!
    Ciesze się,że znów mogę poczytać Twoje nowe,ciekawe opisy i zobaczyć fantastyczne zdjątka -pozdrawiam Zosia

    autor zosiaan

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję regulamin i zobowiązuję się do przestrzegania jego postanowień.

wtorek, 19 września 2017

Licznik odwiedzin:  90 982  

O mnie

Lubię turystykę kajakową,
fotografię i podróże.
GG:2290554

O moim bloogu

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  więcej...

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  wpisy

 

Moje filmy

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 90982

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930