Bloog Wirtualna Polska
Są 1 253 664 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Mazurskie ostatki

czwartek, 08 listopada 2012 6:28
Skocz do komentarzy

 Foto album

 

Dziś, kiedy piszę te słowa, chciałoby się powiedzieć za Andrzejem Boguckim - autorem tekstu do znanej piosenki:

   A mnie jest szkoda lata i letnich złotych wspomnień, 
   Niech mówią: głupi, o mnie, a mnie jest żal.
   Za oknem szaro, smutno, a jeszcze przed miesiącem
   Pogoda, zieleń, słońce, naprawdę żal.

 

   Żeby to lato trochę przedłużyć, ruszyłem na Mazury. Jesienią, kiedy jeziora już opustoszały, kiedy liście się złocą, kiedy czas zwalnia. Teraz można już liczyć zyski, jakie przyniósł kolejny sezon turystyczny i straty, jakie poniosła z tego powodu przyroda. Na początku planowałem krótką wycieczkę, z czasem plany zmieniałem i wreszcie zapadła decyzja - 140 km. Najpierw rzeką Orzyszą a później prawie pętla. Z pętli Okartowo - Okartowo szybko zrezygnowałem, bo wysiłek związany z transportem kajaków z Cierzpięt nad jez. Tyrkło, przewyższał zyski z przepłynięcia dodatkowych 5 km, żeby tę pętlę zamknąć. Skończymy zatem w Cierzpiętach a zaczniemy z jeziora Zdedy. Tam też jedziemy na wypatrzony na mapach mostek. Okazuje się, że Orzysza w tym miejscu (ostatnie dni września !) jest szerszym rowem, mocno zarośniętym a mostek nie umożliwia łatwego wodowania. Miejscowi zgodnie ostrzegają, że samochodem do jeziora dojechać nie można, bo dostęp do niego uniemożliwia pas trzcinowisk i podmokłych łąk. Mało tego, mówią, że o tej porze nie przepłyniemy już Kanału Kozielskiego (1,2 km), który łączy jez. Zdedy z jez. Lipińskim. To przesądza i szukamy innego miejsca wodowania. Ostatecznie zaczynamy z Buchty - zatoki jez. Lipińskiego. Start, to w przypadku indywidualnego, ale nie samotnego pływania, jest zawsze najtrudniejszy. Dopiero na miejscu sprawdza się to, co wydumałem siedząc wiele, wiele godzin przed komputerem. Ważne, że o godz. 12:30 jesteśmy już na wodzie. Jest bardzo ciepło, płynę bez koszuli. Cieszę się, bo kierując się prognozami długoterminowymi, przesunąłem termin na późniejszy. Jak się później okazało - ta ryzykowna decyzja była słuszna. Podczas całego spływu najniższa temperatura w namiocie nie spadła poniżej 11°C - czyli prawie lato. Dodatkowy śpiwór okazał się zupełnie niepotrzebny. Szlak Orzyszy, który można zaczynać również z Rożyńska (to miejsce rekomenduję, chociaż tam nie byłem) jest krótki i łatwy. Na początku płynie się jeziorami. Nad jez. Kaleńskim po prawej mijamy Ogródek - wieś, związaną z postacią Michała Kajki (odnośnik na zdjęciu)
    Gdyby ktoś chciał popłynąć moim śladem, a taki właśnie sens mają moje opisy, to teraz trzeba uważać. Bo rzeka ginie wśród trzcinowisk. I dedukcja niewiele tu pomaga. Płynąc pierwszy wybrałem miejsce zdawałoby się właściwe. Wyraźne przejście wśród trzcin, które potwierdzał wyraźny nurt. Zbyszek nie poszedł moim śladem i znalazł właściwe przejście. Niepozorne,  przy lewym brzegu. 
 Im bliżej jez. Orzysz tym rzeka szersza, ale bardziej zarośnięta. Wreszcie leśny mostek wskazuje, że zaraz wpłyniemy na jezioro. Skręcamy w lewo i płyniemy w kierunku Orzysza. Jest wcześnie, ale mam na dziś dosyć pływania. Kajak zanieczyszczony a ja brudny po przedzieraniu się przez trzcinowisko. Szukamy miejsca na nocleg. Polanka, która nas zwabiła okazuje się, jak większość ładnych miejsc nad wodą, terenem prywatnym. Ale postanawiamy tu zostać na noc. Mało prawdopodobne, żeby w środku tygodnia i pod koniec dnia ktoś tu przyjechał, bo domku żadnego tu nie ma. Bez skrupułów stawiamy namioty - ani przyrodzie, ani właścicielowi żadnej krzywdy nie wyrządzimy. Woda w jeziorze już zimna, ale umyć się trzeba. Dopiero po tym zabiegu spada napięcie - pierwszy i najtrudniejszy dzień właściwie za nami. Jesienne pływanie ma swoją specyfikę. Wcześniej zachodzi słońce i robi się wtedy zimno, więc szybciej rozchodzimy się do namiotów. Rano trzeba pakować mokry tropik, bo wysycha o wiele później niż w lato.  Ale to przewidziałem i mokry tropik pakowałem do osobnego specjalnie zabranego pokrowca.
  Następnego dnia przepływamy jez. Orzysz, przez jez. Wierzbińskie i wpływamy w Kanał Orzyski, zbudowany w 1985 roku. Dopływamy do Orzysza i płyniemy przy ulicy Kanałowej, przy której zbudowano aleję spacerową. W okolicach wsi Mikosze kanał ponownie łączy się z rzeką. Szlak się zmienia, koryto robi się wąskie i kręte, woda przyspiesza. Nigdzie jednak nie napotkamy żadnych utrudnień, chociaż momentami rzeka traci na urodzie. Jez. Tyrkło to już przedsionek jeziora Śniardwy, coraz bardziej wieje. Zatrzymujemy się po prawej, za mostem w Okartowie, jemy i wygrzewamy się na słoneczku, odpoczywamy. Widok, jaki rozciąga się przed nami robi wrażenie. Śniardwy zawsze są wyzwaniem. To w końcu największe w Polsce jezioro, ogromna przestrzeń, gdzie zawsze wieje wiatr. Stanowi wyzwanie dla jachtów, a co dopiero dla kajaka !!!. Biały szkwał w sierpniu 2007 roku wywrócił 40 jednostek, zginęło 12 osób.
 Posileni przygotowujemy się do przepłynięcia dalszej części dzisiejszego etapu. Ustalamy, że przede wszystkim trzeba się przedostać pod drugi brzeg, żeby najłatwiej i najbezpieczniej dopłynąć do jazu w Kwiku na kanale Wyszka. Zbyszek pomaga mi założyć fartuch, jestem gotowy do odpłynięcia, kiedy na sygnale dopływa do nas motrówka WOPR. Pytają, dokąd zamierzamy płynąć. Przestrzegają przed trudnymi warunkami i sprawdzają, czy mamy założone kamizelki ratunkowe. Ale nas puszczają a myślałem, że nie pozwolą na odpłynięcie ze względu na wysokie fale. Zbyszek pomaga mi odbić od brzegu, bo fala ciągle mnie do niego dobija. Ja, zgodnie z ustaleniami, popłynąłem pod przeciwny brzeg a on uznał, że jest na tyle silny, że tego robić nie musi i popłynął najkrótszym kursem. Przy brzegu chroni mnie od nawietrznej pas trzcin, on zmagał się z coraz większymi falami i własną głupotą. Wiatr się ciągle wzmaga. Przecinamy zatoczkę i mijamy maszt systemu ostrzegania w Nowych Gutach nadający sygnał "Uwaga". Gdy fale zaczęły znaczyć białe grzywy i nosić kajak a ich wysokość przekroczyła poziom zdrowego rozsądku dalej nie płyniemy i korzystając z pierwszego dogodnego miejsca i dobijamy do brzegu. Jednak nie wysiadam z kajaka dostatecznie szybko i zalewają mnie fale. Szczęście, że już na brzegu i w bardzo dobrym miejscu na nocleg. Najpierw się przebieram, wylewam wodę z kajaka i dopiero stawiam namiot. Wiatr osiąga taką siłę, że z niepokojem obserwuję, jak w porywach targa namiotem. Tropik łopocze, teraz dodatkowo smagany deszczem. Następnego dnia odpływamy dopiero o godz. 11: 00 Zbyszek suszy swoje śpiwory, które zamokły mu w namiocie a ja to, co wczoraj zalały fale. Dziś też wieje, ale już normalnie i ważne, że jest ciepło. Śniardwy mają to do siebie, że nie są przewidywalne i sytuacja zmienia się radykalnie w ciągu minut. Ani wczoraj, ani dzisiaj na jeziorze nie widać żadnego żagla, jedynie nasze dwa kajaki. Skręcam w kanał prowadzący do jazu. Zbyszek tam już na mnie czeka. Przenosimy kajaki i zaczynamy po rzece Orzysza, po Śniardwach, kolejny odcinek naszej trasy. Przed nami jez. Roś. Nocujemy w dogodnym miejscu, gdzie wieczorem Zbyszek rozpala malutkie ognisko. Siadamy przy nim delektując się ciepłem i blaskiem. Słychać ciszę. Odchodzę pierwszy, ale na spanie za wcześnie. Zapalam światło w namiocie i przygotowuję się do jutrzejszego dnia. A obok, niedaleko szczekają dwa koziołki, przekrzykując się nawzajem. I to są takie chwile, dla których warto znosić niewygody.
   Rano odpływamy dosyć wcześnie i płyniemy ostro w stronę Pisza a pomaga nam w tym łagodna fala. Obserwuję z przeciwnej strony to, co widziałem kilka razy wcześniej zaczynając od Pisza. Do Pisza nie dopływamy, robię tylko kilka zdjęć i skręcam w Kanał Jegliński. I znów, jak w teatrze, zmienia się scenografia. Na początku kanału w basenie po prawej mijam jachty. Jednakowe, zacumowane w dwóch rzędach, stoją jak w żołnierskim szyku. Ze Zbyszkiem dopiero mam kontakt przed śluzą Karwik. Czekamy na śluzowanie, zaraz wpłyniemy na jezioro Seksty. Na odpoczynek stajemy dopiero nad Śniardwami w Niedźwiedzim Rogu, skąd ruszamy o godz. 13:45, żeby dopłynąć do Przeczki, czyli przesmyku na jez. Mikołajskie. Najbardziej oddalamy się od brzegu na wysokości wejścia na jezioro Warnołty i tu są największe fale. W stronę Mikołajek płynie spacerowa łódź motorowa, po jeziorze kręci się kilka jachtów. Widać jak kołyszą nimi fale. Popielno coraz bliżej i wreszcie o godz. 15:00 jesteśmy na przesmyku Przeczka. Odcinek 6,75 km prowadzący przez Śniardwy przepływamy w ciągu 1 godz. i 15 minut. Zaczynamy szukać miejsca na nocleg, bowiem im bliżej Mikołajek, tym będzie o to trudniej a cel dzisiejszego dnia już osiągnęliśmy. Na Popielskim Rogu stoi już przy brzegu duży jacht z liczną męską załogą. To, a nie cena 10 zł od namiotu nas odstrasza, bo wieczorem pewnie będą napici bardziej niż teraz. Przepływamy na drugą stronę i znajdujemy dogodne miejsce. Stawiamy namioty. Wieczorem przy ognisku smażymy coś o smaku nieokreślonym, co się nazywało hamburgery. 
  Następnego dnia już od rana fale rozbijają się o brzeg. Wieje tak mocno, że pływanie w takich warunkach jest niemożliwe o czym obaj wiemy. Nie płyniemy. Słychać dzwony kościoła w Mikołajkach, dziś jest niedziela. Wietrzymy namioty i śpiwory, czyszczę kajak, idziemy rozejrzeć się po okolicy. Najbliższe otoczenie stanowią opuszczone i zdewastowane zabudowania. 
  Następnego dnia jest normalnie - fala i wiatr umiarkowane, płyniemy do Mikołajek przez opustoszałe jezioro. Nie ma na nim żadnego żagla. Dziwne, przecież to Mikołajki !!!. "Szaleją" tylko nasze dwa kajaki. Miasteczko jest jeszcze uśpione, trwa ranne sprzątanie po zakończeniu 69. Rajdu Polskiego. Na Tałtach wiatr się wzmaga, ale największe jeziora i większość zaplanowanej trasy mamy już za sobą. Dziś celem jest Niegocin. Zawsze kiedy przez niego płynąłem był zdradliwy i podstępny. Tymczasem po minięciu Tałt, przy wejściu w Kanał Tałcki, mijamy "full service". Większość po 2 złote. WC (czort wie czy za obie wersje), wyrzucenie śmieci, naładowanie komórki. Jest tu również spanie w przyczepach, sklep, smażone ryby, piwo. A wszystko to oferuje pan, który śpi w jednej z przyczep. Nie napisał w cenniku ile kosztuje wyjście na brzeg, czyżby darmo?.
Płyniemy teraz kanałami a jeziora nie są już takie rozległe. Zbyszek ma te szlaki opływane na jachcie, na który raz w roku się mustruje w rodzinnym gronie. Na początku Kanału Szymoneckiego mija nas na silniku jacht. Odkładam wiosło i sięgam po bułki. Odpoczynek się należy, minęliśmy jezioro Szymon, małe, ale kilka razy musiałem ustawiać się dziobem pod falę. Zbyszek natomiast przyspiesza. Przed nami długa prosta, widzę jak coraz szybciej migają jego wiosła. Ja jestem daleko w tyle. On zajadle wiosłując w kilwaterze jachtu dorównuje mu prędkością. Rozbawiła mnie ta sytuacja, bo z odległej perspektywy wydawało mi się, że wyprzedził jacht. Przed nami jezioro Jagodne długie na 7,5 km. Płynę pierwszy, zmagając się z falami i wiatrem i jak to na dużych akwenach bywa, wydaje mi się, że stoję w miejscu. Koło wysp, fala jest na tyle duża, że zaczyna kajak nosić. Na szczęście wiatr mamy z prawej, trochę z tyłu. Daleko z przodu jacht, który gonił Zbyszek kładzie maszt, żeby przepłynąć pod mostem w kanale Kula. Więc to już końcowa część jeziora a Niegocin z każdym pociągnięciem wiosła coraz bliżej. Odprężenie i ulgę przynosi zapach wyczuwalny na jeziorze. Po prawej przy moście dymi ognisko, parasole zapraszają na piwo, stoją samochody i namioty a przy brzegu cumują dwa jachty. Kiedy wpływam na jez. Boczne, które jest właściwie początkiem Niegocina, zaczynam się rozglądać za miejscem na nocleg. Czekam, aż dopłynie Zbyszek i razem wpływamy na Niegocin. Płyniemy pod lewy brzeg, przeciwny do zwartej zabudowy Rydzewa, w stronę szeregu pomostów. Pole biwakowe już opuszczone, bez dozoru. Barakowóz z dumnym napisem "Bar" już zamknięty. Stajemy tu na ostatni nocleg. Wieczorem zaczyna padać deszcz. I dobrze, bo dobijająca po zmroku, przy świetle latarki, załoga jachtu rezygnuje z rozpalenia ogniska i pije pod pokładem.
  Wita nas mglisty ranek. Opuszczamy tor wodny prowadzący do Giżycka, płyniemy pod przeciwny brzeg. Skręcamy w prawo i wpływamy na małe jezioro Niałk. W okolicach Kleszczewa nad jez. Wojnowo przelatują z wrzaskiem liczne klucze dzikich gęsi. Wczoraj zapadły tu na popas i odpoczynek a dziś doskonalą swoje umiejętności przed odlotem. Przy końcu jeziora widać maszt nadajnika TV w Miłkach (wysokość 327 metrów, 9. pozycja na liście najwyższych konstrukcji w Polsce). Wpływamy pod prąd w przesmyk prowadzący na jez. Buwełno. Pod lokalnym kamiennym mostem przeciwny nurt wzmaga się na tyle, że płynąć już nie można. Kajaki musimy holować. Na dnie zalegają kamienie i głazy. Stąd nazwa tego połączenia - Głaźna Struga. Na naszej trasie jezioro Buwełno, wąskie i długie, musimy pokonać prawie 9 km. Na jego końcu jest wieś Cierzpięty, dokąd zmierzamy. Płyniemy dość długo, wreszcie na wzniesieniu majaczą zabudowania, jesteśmy coraz bliżej celu. Cierzpięty to typowa wieś nie tylko mazurska, w której lepiej to już ... było. Po czasach PRL pozostały dwa mieszkalne bloki. Ich mieszkańcy zbudowali sobie przed nimi ławeczki, które są miejscem życia towarzyskiego, głównie mężczyzn. Mają dużo czasu, bo pracować nie mają gdzie. Dawne chlewnie, obory zdewastowane. Oni też.
 2 października 2012 wracamy do domów.

Foto album

 

Podziel się
oceń
0
0



Więcej na ten temat


piątek, 23 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  89 936  

O mnie

Lubię turystykę kajakową,
fotografię i podróże.
GG:2290554

O moim bloogu

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  więcej...

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  wpisy

 

Moje filmy

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 89936

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930