Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 236 479 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kiedy znów zakwitną białe bzy ...

niedziela, 30 czerwca 2013 6:27
Skocz do komentarzy

Foto album

 

 Ten wpis, wzorem poprzedniego, też ma słowa dawnej piosenki w tytule.


Dobrze, że nie dałem się ponieść powszechnemu pędowi do zaczynania sezonu w długi weekend majowy, który w tym roku był zimny, wietrzny i deszczowy. Późna wiosna spowodowała, że jednocześnie kwitły czeremcha, kasztany, łany żółtego rzepaku, mniszek lekarski, czyli popularny mlecz i oczywiście bzy, które towarzyszyły mi przez cały spływ. Chcieliśmy ze Zbyszkiem dokończyć spływ rzeką Liwą. W roku 2011 przepłynęliśmy odcinek 58 km od Kamieńca do Kamionki. W tym roku umówilśmy się, że zaczniemy ok. 2 km za Kamionką, za elektrownią wodną w Piekarniaku, żeby w ten sposób uniknąć jednej przenoski i tam się spotkaliśmy. Przed odpłynięciem z Piekarniaka leciutko przynapity pan, który tą elektrownię dozorował i czyścił wlot na turbiny, ostrzegał, że niedaleko jest "bobrowa tama". I miał rację, przeszkoda rzeczywiście była. 10 min po odpłynięciu usłyszeliśmy szum przelewającej się na spiętrzeniu wody. Pierwszy spłynął Zbyszek i nabrał do kajaka wody. Kiedy zwolnił mi dostęp popłynąłem ja, ale mój kajak również zatrzymał się na spadku i woda wlewając się od rufy zalała mnie i kokpit. Liwa znów ostrzegła, że łatwo nie będzie. A dalej już było normalnie, czyli ciągłe wyskakiwanie z kajaka, brodzenie po pas w wodzie i holowanie, przewalanie kajaków przez setki powalonych drzew, przeciskanie się pod nimi tam, gdzie to można było zrobić. Dobrze, że pogoda nam sprzyja i jest bardzo ciepło. Najmniej tu było pływania, bo nie pozwalały na to przeszkody a później...  mieszkańcy Kwidzyna, którzy odwrócli się od rzeki. Liwa opływa Kwidzyn szerokim łukiem, płynie prawie pod ich oknami a jest raczej wykorzystywana jako śmietnik, niż jako miejsce odpoczynku i rekreacji. W Kwidzynie chyba nie ma Straży Pożarnej, która w ramach ćwiczeń albo z nudów by udrożniła śmieciowe zatory. I nie ma burmistrza, który by o wizerunek tej części miasta zadbał. Oddał brzeg rzeki psom, jako teren wybiegowy. Pewnie udaje, że Liwy nie ma a na odpoczynek jeździ tam, gdzie czysto. Oczekujemy, że w końcu Liwa nam odpuści, ale nic z tego jest coraz normalniej. Mało tego, jak się później okazało, od długiej przenoski w Kwidzynie aż do jazu w Białkach brzegi są niedostępne, nie ma możliwości wyjścia na brzeg. Lecz zanim dotarliśmy do jazu wcześniej miałem wywrotkę na kolejnej przeszkodzie. Do jazu w Białkach dotarliśmy o godz. 17:30, czyli odległość 12 km pokonaliśmy w czasie 7 i pół godziny. To powinno obrazować ilość powalonych drzew i trudności związane z ich pokonywaniem.
 Następnego dnia porzucamy Liwę, obaj mamy jej dosyć i przewozimy kajaki do Białej Góry. Rozpoczynamy spływ Nogatem z przystani wybudowanej w ramach ożywienia turystyki na Pętli Żuławskiej przez modernizację infrastruktury.
Tu też przeżyłem szok. Przystań nowa, ludzie życzliwi, toalety, prysznic z ciepłą wodą(!), monitorowany parking dla samochodów. Wszystko za darmo! i to w Polsce !?. A jednak to prawda, jak i to, że na dworcu w Elblągu wejście do toalety kosztuje 2 zł. Wstrętny to proceder, ale akceptowany przez włodarzy miasta. Całe szczęście, że coraz więcej jest automatycznych kabin. Taniej o 50% i nie ma tej wyciągniętej, obrzydliwej łapy. Następnego dnia po przewiezieniu i doprowadzeniu siebie i kajaków do czystości płyniemy do Malborka. Zamek robi wrażenie, ale chcę opisać coś innego. Kiedy dopływam do mostu kolejowego wtacza się na niego bardzo wolno skład prowadzony przez dwie lokomotywy. Ciągną wagony załadowane kruszywem, ciężar ogromny. Gdy przepływam pod mostem czuję drżenie jakie się przenosi przez filary mostu na dno rzeki a na jej powierzchni pojawiają się zmarszczki. Dziwne uczucie.
 Dopływamy do kolejnej przystani wybudowanej na Pętli Żuławskiej, ale ta jest mniejsza, pełni inną funkcję. Tu też wszystko za darmo !!! Dopływamy do Malborka bardzo wcześnie, ale obaj chcemy popatrzeć na zamek, na jego okolicę. Dziś niedziela, ruch turystów ogromny, ale jest ku temu szczególny powód - bezpłatna noc w muzeach. Wejście na zamek kosztuje 40 zł, czyli dla rodziny jest to już jakiś wydatek. Dlatego dużo osób czeka na taką noc, nie przeszkadzają wtedy bogatym i ... Niemcom. W poniedziałek ruszamy dalej i po dwóch śluzowaniach dopływamy w okolice wejścia w Kanał Jagielloński. Miejsce to znam z roku 2009, dziś most, droga, wrota są zmodernizowane. Grzmi. Mamy ogromne szczęście. Po lewej lądujemy na ładnym miejscu na nocleg. Szybko stawiamy namioty. Nic się jednak nie dzieje, tylko ciągle grzmi coraz to z innej strony. Wreszcie zaczyna padać, za chwilę już leje, zerwał się wiatr, za chwilę wichura targa namiotem. Przezornie przypiąłem wszystkie odciągi. Z troską patrzę, czy namiot wytrzyma wzmagającą się nawałnicę. Nie rozumiem dlaczego zmienił się odgłos smagającej namiot ulewy. Wreszcie kolejny szok. O tropik wściekle wali grad, zasłał wejście do namiotu białymi kulkami. Ich wielkość określiłem na małe wisienki, ale Zbyszek mnie skorygował, że to fasolki. Widocznie woli strączkowe.
 Szok zawsze nie pozwala na normalną reakcję, paraliżuje i trudno wtedy myśleć o aparacie. Dlatego z tego spływu prawie nie mam zdjęć a mój towarzysz zdjęć po prostu nie potrafi robić. Zdjęcie gradu, które pokazuję, jest nieostre, nie ma nic wspólnego z wartościami estetycznymi, jest tylko dokumentacją opisu.
 Następnego dnia od rana pada deszcz, później leje. Przejaśnia się dopiero późno po południu. Nie płyniemy. Siedzimy przy ognisku, odpoczywamy przed jutrzejszym etapem. Czeka nas najtrudniejszy i najbardziej nieprzewidywalny odcinek. Przed Osłonką mamy wyjść na Zalew. Jak zwykle Zbyszek wszystko lekceważy a ja rozważam czarne scenariusze. O godz 10:40 jesteśmy na otwartych wodach Zalewu. Początkowy jego odcinek jest płytki, porośnięty, płyniemy szybko. Obieram kurs na Skowronki zgodnie z kierunkiem wiatru i fal. Cieszę się, że mamy wiatr prawie w plecy. Duży akwen rządzi się jednak swoimi prawami. Im bliżej docelowego brzegu, tym fala się wzmaga. I to jest zgodne z logiką. Skowronki się zbliżają, omijam kolejne sieci. Zbyszka nie widzę, a telefon milczy. Zbliża się brzeg, kajakiem rządzą fale. Trzeba się im poddać a nie z nimi walczyć. Całe szczęście, że są długie i niosą kajak w stronę brzegu. Wiosłuję z całych sił bez odpoczynku, wiosła odłożyć nie można nawet na chwilę. Staram się nie zerwać fartucha, który osłania kajak przed zalaniem. Wreszcie przede mną brzeg. Próbuję wyjść i odpocząć, ale zapadam się w mule po kolana. Płynę więc dalej w stronę Krynicy, niestety teraz bokiem do fal. Zbyszka nie ma. Płynę wzdłuż brzegu przez trzciny i sitowie, które osłabiają falowanie. Wreszcie w jedynym miejscu z piaszczystym brzegiem widzę żółty kajak kolegi. Tak jak na Śniardwach, postanowił płynąć wg własnych kryteriów, bardziej odważnie w jego mniemaniu.
 Miałem mylne wyobrażenie o Mierzei Wiślanej. Od strony Zalewu wcale nie jest piaszczysta, nie można wyjść na brzeg, który porasta wodna roślinność. Od Skowronek do Krynicy są dwa miejsca, gdzie można swobodnie wyjść na ląd, pierwsze przed Przebrnem, gdzie się spotkaliśmy po przepłynięciu Zalewu i następne w Krynicy przed portem. Wygląd Mierzei wkrótce może się zmienić bo są już Cztery warianty przekopania Mierzei. Do Krynicy dopływamy osobno i nocujemy w różnych miejscach, ponieważ czarne i deszczowe chmury idące od Elbląga zmusiły nas do awaryjnego, szybkiego rozstawienia namiotów, w miejscu, które nie nadawało się na normalny postój. Po deszczu zwinęliśmy namioty i ruszyliśmy dalej. Zbyszek to zrobił jak zwykle szybciej, bo nie wozi tyle różności i dopłynął za port. Ja oceniłem, że ryzyko pływania przy naprawdę dużej fali, bo po deszczu wiatr  się wzmógł, jest zbyt wysokie i dobiłem do pierwszego miejsca, które na to pozwalało. Ale obaj jesteśmy w Krynicy. Sukces, powód do zadowolenia, cel osiągnięty, jest godzina 17:30.
 Ale poziom adrenaliny nie spada, w porywach wiatru trudno mi rozstawić namiot, nie czuję bólu spuchniętych dłoni i prawego barku. Namiotem targa wiatr, który nie cichnie po zachodzie słońca. Wieczór, przysypiam, ale nagle coś mi każe wzmóc czujność. Pewnie psy się kręcą koło namiotu. Słyszę jakieś chrumkanie, więc kojarzę, że to dziki.
 Szok numer trzy, tego jeszcze nie miałem ! Opadały mnie dziki! Chyba trzy, bo tyle odgłosów zlokalizowałem, ale mogło być ich więcej. Muszę je odstraszyć, ale jak ? Moją bronią staje się plastikowa butelka, którą uderzam w metalowe naczynia. Udało się, nie porozrywały namiotu i odeszły. Rano widzę dookoła ślady rycia i racic.
 W czwartek od rana padają przelotne deszcze i jednocześnie bardzo się ochłodziło. Decyduję się na zakończenie spływu, mam opuchnięte dłonie, boli mnie bark. Jadę po samochód. Pytam o dworzec autobusowy, nigdy w Krynicy nie byłem. Okazuje się, że jest nim zwykłe zadaszenie z ławką. Czekam na autobus i obserwuję, jak pobliski pawilon zaczyna życie. Przychodzi kilka bardzo młodych dziewczyn. Pewnie po marketingu albo ekonomii, może po politologii. Podjeżdża samochód dostawczy, ale nie ma wątpliwości, kim jest jego kierowca. Karczycho, ostrzyżony, napakowany, na szyi tatuaże i błyszczący złoty łańcuch. Otwiera podwoje. Boss. Bardzo podobny do jednego ze znanych PISiorów - agenta Tomka. Łączy ich nie tylko wygląd, pewnie również obrót. Po przyprowadzeniu samochodu ładujemy na niego kajak i idziemy ze Zbyszkiem nad Bałtyk. Na początku alei prowadzącej nad morze wśród drzew żerują spokojnie 3 dziki. Może to te same?
 I to już koniec spływu. Zgodnie z tytułem było nie tylko o kajakach.

Foto album

 

 

Podziel się
oceń
0
0



Więcej na ten temat


czwartek, 30 marca 2017

Licznik odwiedzin:  88 677  

O mnie

Lubię turystykę kajakową,
fotografię i podróże.
GG:2290554

O moim bloogu

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  więcej...

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  wpisy

 

Moje filmy

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 88677

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031