Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 625 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Jeziorak w roli głównej

piątek, 13 lipca 2012 13:13

Foto album ze zdjęciami z części pierwszej spływ nr 63

Foto album ze zdjęciami z dokończenia spływ nr 65

Od 2 czerwca jestem już w domu. Przepłynęliśmy tylko 47 km z Buniek na początek Jezioraka. Log GPS
 Od czego zacząć, żeby wyjaśnić, dlaczego tak mało? Najlepiej od początku.
 Spotkaliśmy się w umówionym miejscu na parkingu przy jez. Szeląg Wielki. To miejsce przyjazne dla podróżnych. Oprócz ładnego widoku, jest tam przydrożna jadłodajnia i nawet toj-toj (sprawny). Wreszcie zrozumiano, że tego problemu nie da się wyeliminować. Skręcamy w drogę prowadzącą do Starych Jabłonek, za przejazdem kolejowym skręcamy w lewo i jedziemy obok hotelu "Anders". Później zjeżdżamy z asfaltu w leśną drogę i jedziemy na upatrzone wcześniej miejsce startu do Bieniek. Tak nazywa się osada składająca się chyba 4-5 domostw. Mamy tzw. farta, bo po pierwszej próbie dostajemy zgodę na wodowanie i zostawienie samochodów.
 O godz. 10:30 już odpływamy. Pogoda sprzyja, ja siedzę w tym roku po raz pierwszy w kajaku, na domiar złego z bolącym barkiem, o czym uprzedzałem Zbyszka. Z wody widzimy niedostępny hotel "Anders". Dalej po prawej są ośrodki wczasowe. Z jednego z nich wypływałem z moimi kolegami w roku 1980 i 1981. Przepływamy pod wiaduktem-mostem. Jest tak długi, że przez jakiś czas płynie się w ciemnościach. Na Szelągu Wielkim dmucha coraz mocniej a na niebie gromadzą się deszczowe chmury. Po prawej mijamy miejscowość Kątno. Nie piszę wieś, bo zabudowa nie przypomina wiejskich domostw a nad jeziorem pewnie stoją tablice z napisem "Teren prywatny - wstęp wzbroniony". Wejście w Kanał Ostródzki, gdzie jesteśmy o godz 13:10 zwiastuje widoczny z daleka znak czasu - generator wiatrowy. Ruś Mała to pierwsza śluza na trasie. Druga jest w Ostródzie, za nią wpływamy na jez. Ostródzkie. Zaczyna padać deszczyk a my przepływamy koło obiektów sportowych i oznakowanych torów do zawodów pływackich. Kierujemy się w prawo w stronę Piławek. Pada coraz bardziej, więc koło Wyspy Orzechowej zatrzymujemy się na nocleg po przepłynięciu 20 km.
Przyjemnie jest leżeć pod namiotem w suchym i ciepłym śpiworze i słuchać jak pada deszcz.
 Następnego dnia od rana towarzyszy nam wędkarz stojący w woderach w jeziorze. Odpływamy do Piławek. Chcę zobaczyć jak zmieniło się to miejsce od czasu, kiedy byłem tam ostatnio. Zajazd "Przystanek Piławki" nadal funkcjonuje, mało tego, obok wybudowano, oznakowano i urządzono miejsce dla kajakarzy. A w roku 2006 właściciel zajazdu miał do mnie ogromne pretensje, że bez jego pozwolenia nad brzegiem jeziora sposobię swojego składaka - poczciwego i dzielnego "Jantara" do odpłynięcia. Tym razem zaprasza nas do środka, na co zgadzają się również jego dwa duże psy. Pora wczesna, jest ok 10:30, w lokalu pustki, my siadamy przy piwie i to wcale nie dlatego, że musimy.
Kaca niet.
 Z Piławek wracamy do Ostródy. Dopada nas stado skuterów wodnych. Wystartowali z ośrodka położonego w okolicach Wałdowa. Ku mojemu zdziwieniu przemknęły i nie wywołały dużego falowania. Mijamy Czarny Róg, przepływamy pod mostem kolejowym i jesteśmy na jez. Drwęckim. Trzeba brać się ostro do roboty. Wiatr mamy prosto w twarz i sporą, oczywiście przeciwną falę. Z ulgą dostrzegam tablicę sygnalizującą wejście w kanał i znajome miejsce, gdzie biwakowałem w roku 2009. Wtedy z Jackiem B. płynęliśmy do Brodnicy zamykając dużą brodnicką pętlę (odsyłam do odpowiedniego wpisu). Dziś biwakować tu nie sposób, wtedy to miejsce było wykoszone i zbawienne. Rozbijaliśmy się bowiem w strugach deszczu.
 Na kanale mija nas ponownie kawalkada wodnych, dwuosobowych skuterów, zapewne są to uczestnicy jakiegoś motorowodnego szkolenia. Przypomniałem sobie sytuację na Szkarpawie, kiedy mijały mnie maszyny jednoosobowe a sternicy byli w jednakowych, czarnych mundurach. Wtedy była to chyba jakaś jednostka sił specjalnych. Dziś jest inaczej, prowadzący prosi, żebyśmy ułatwili im przepłynięcie, bo prowadzi 20 skuterów. Oczywiście spełniamy ich prośbę i kiedy znika wodny ogon ostatniego skutera wychodzę spod drzewa. Znów słychać tylko śpiew ptaków i szum drzew. Ciszę przerywa jakiś warkot. Pozdrawiają i fotografują nas nieliczni pasażerowie wycieczkowego stateczku. Stanowimy pewnie dla nich jakiś przerywnik w krajobrazie. Kiedy dopływamy do śluzy Zielona (zbudowanej w 1860 roku) opowiadam Zbyszkowi, jak płynąc od strony pochylni z Jackiem B. musieliśmy czekać w deszczu na jej udrożnienie, bo wejście zablokowała duża kępa oderwanej wodnej roślinności. Zrobił to rozbijając zator wycieczkowy stateczek manewrami cała naprzód, cała wstecz. Dziś z daleka dostrzega nas żona operatora śluzy, co przyśpiesza śluzowanie. Zaczyna się malowniczy fragment kanału. Do czasu, gdy nad krawędzią kanału stoi żółte "Komatsu". Swoim wysięgnikiem posadawia w dnie zaostrzone bale o średnicy dawnego słupa telefonicznego. W kanale pracują ekipy skręcające prętami podwójny rząd słupów. Dotychczasowego obramowania kanału z tym, które teraz będzie chroniło jego brzegi porównać się nie da. Za unijne pieniądze kanał jest rewitalizowany, czyli po polsku remontowany. Ale widać, że wg innego projektu, zgodnie z logiką raz a dobrze. Przed śluzą Miłomłyn też nie wysiadamy, operatora zawiadamia o nas przygodny turysta, który robi nam zdjęcia. W miarę jak woda nas unosi oczom naszym ukazuje się pamiątkowa tablica poświęcona Janowi Pawłowi II. Na wodniackich szlakach często spotkać można ślady jego obecności. Za śluzą w Miłomłynie skręcamy w lewo i wpływamy na Kanał Iławski. Wiem, że trasa krótka a opis rozwlekły, ale do Jezioraka już niedaleko. Kanał Iławski nie jest atrakcyjny widokowo, nie mieliśmy nawet czasu, żeby zobaczyć, że płyniemy akweduktem, że niżej jest jezioro Karnickie. Zrobiło się późno. Śpieszyliśmy się, żeby wyjść z kanału i dopłynąć do Jezioraka. Kanał Iławski nie dawał możliwości biwakowania. A jak na złość na końcowych kilometrach kanału, musimy się zatrzymać. Za wrotami p. powodziowymi kanał zagradza maszyna. Ciągnie za sobą naszyjnik pomarańczowych pływaków, które podtrzymują sekcje rurociągu. Pogłębia kanał zasysając z dna piasek, który pod ciśnieniem jest tłoczony na odległość ponad 1 km. gdzieś na brzeg jez. Dauby. Czekamy, aż operator umożliwi nam przepłynięcie, teraz widać, że jest to pogłębiarka krocząca. Rurociąg tarasuje cały kanał. Układa się jak wąż opierając o brzegi. W ten sposób ekipa nie musi ciągle dokładać nowych sekcji, gdy pogłębiarka przesunie się do przodu, bo w wężu jest ich zapas. Po wyłączeniu pomp ciśnienie maleje i przeciskając się przy brzegu, można odepchnąć pływaki na tyle, że powoli przesuwam się do przodu. Za pośrednią przepompownią rurociąg jest już zakotwiczony przy brzegu i nie utrudnia płynięcia. Za jez. Dauby wpływamy w krótki przesmyk, na końcu którego jest most a obok niego miejsce do biwakowania z dogodnym dojazdem, co wykorzystują wędkarze. Widać stąd już odnogę Jezioraka nazwaną Kraga. Stajemy tu na nocleg. Wieczorem dostaję ostrzeżenie o zbliżających się burzach i wichurach. W nocy budzi mnie padający deszcz, rano już nie pada, ale leje. Po południu podejmujemy decyzję, że zostajemy tu na drugi nocleg. Zbyszek odpowiednio się ubiera i mimo deszczu zaczyna łowić ryby. Wieczorem z trudem rozpala małe ognisko i smaży 13 złowionych ryb. Małych, ale smacznych.
  Następnego dnia nie pada, ale jest zimno a nad nami przewalają się ciemne, deszczowe chmury. Wieje silny wiatr, o brzeg rozbijają się takie fale, że nie sposób odpłynąć. Prognozy na następne dni nie zapowiadają poprawy pogody. Pływanie z bolącym barkiem w takich warunkach po dużym akwenie, jakim jest Jeziorak, nie jest rozsądne. Podejmujemy decyzję, że kończymy spływ. Dokończymy go na pewno.

Foto album ze zdjęciami z części pierwszej spływ nr 63

 

Dokończenie cz. II

 

Jako się rzekło ... spływ dokończony.
Tym razem, jako miejsce startu wybrałem Szałkowo w pobliżu Iławy. Zwodowaliśmy kajaki i celem pierwszego dnia było miejsce, gdzie spływ przerwaliśmy - czyli mostek na początku Jezioraka za jez. Dauby. Dopłynęliśmy tam bardzo szybko mijając Makowo i Chmielówkę. Dziś Jeziorak na to pozwala, jest spokojny i leniwy. Bo komu w taki upał chce się cokolwiek robić? Na krótko wysiadamy na brzeg, kąpiel i płyniemy dalej. Na biwak jest za wcześnie. Mijamy hałaśliwy i przepełniony po brzegi Bukowiec. Tu miejsca na nocleg nie znajdziemy. Stajemy o 17:00 na Ostrym Rogu. Jesteśmy tu sami a wieczorem siedzimy przy malutkim ognisku.
 Następnego dnia na wodę schodzimy już o godz 8:00. Rano jeszcze tak nie praży słońce, łatwiej się płynie. Do Skitławek. Jest to kolejna odnoga Jezioraka. Skitławki to w zasadzie tylko dwa domostwa i kilka starych przyczep przeznaczonych na wynajem. Dopływamy do końca jeziora i wracamy wzdłuż drugiego brzegu. Większość łodzi stoi na uwięzi, czyli zacumowana. Bo ich załogi jeszcze śpią. I część z nich będzie stać zajmując na weekend skrawek brzegu z dogodnym wyjściem. Opływamy Czaplak i skręcamy w prawo obierając kurs na jezioro Ewingi. Przed Matytami na prawym brzegu duża tablica wskazuje kierunek i zaprasza do "portu i miasta Zalewo". Wkrótce widać zabudowania Dobrzyk i wchodzimy w kanał Dobrzycki. Jest żeglowny, szeroki, płynie się bez przeszkód. Zalewo sygnalizuje widoczna z daleka wieża kościoła. Lądujemy na brzegu przy parku, obok budowanego nad brzegiem obiektu, pewnie hotelu. Portu nie ma, chyba, że tak nazywają basen, w którym cumuje jakaś łódź. Mariny też nie ma i nie ma zimnego, kuflowego - jak mawia Zbyszek, piwa, na które mieliśmy ochotę, bo słońce praży niemiłosiernie. Wędrujemy do miasteczka i robimy zakupy i wracamy na Jeziorak. Moczę co jakiś czas koszulę i kapelusz, żeby się ochłodzić. 
Umawiamy się, że dopływamy tylko do miejsca, gdzie wczoraj nocowaliśmy i stajemy. Jest za gorąco. Jednak nasze miejsce okupują już załogi dwóch łodzi a jest dopiero godzina 15:00. Zajęte są zresztą wszystkie możliwe dojścia do lądu zaczyna się przecież upalny weekend. Płyniemy troszkę dalej i desantujemy się - jak mawiał pewien mój kolega w miejscu niezbyt atrakcyjnym, bo brzeg jest zarośnięty rzadkim sitowiem. W nagrodę mamy piękne miejsce na brzegu i dogodne miejsce do kąpania przy cumujących łodziach w niewielkiej odległości. Obaj zalegamy w cieniu i odpoczywamy. Dopiero, kiedy słońce zachodzi już za sosny, idę się kąpać i stawiam namiot. Nie nakrywam go tropikiem, tak dziś będę spał. W nocy przez siatkę sypialni obserwuję rozgwieżdżone niebo i mrugające, przelatujące nad nami samoloty. Zaskoczyła mnie ilość przesuwających się na niebie punkcików czyli satelitów. To można zaobserwować tylko na odludziu. Zbyszek nie stawia namiotu, śpi w śpiworze "na glebie".
 Następnego dnia schodzimy na wodę już przed godziną 8:00. Czasy podaję na podstawie urządzenia gps zapisującego trasę, niekiedy na podstawie czasu zrobionego zdjęcia. Niewielkie rozbieżności wynikają z tego, że po zejściu na wodę, jakiś czas zabiera przygotowanie się do stanu marszowego i dopiero włączam gps, lub dłużej trwa odnajdywanie satelitów i początek rejestracji. Skręcamy w prawo na jez. Płaskie i po lewej mijamy kolejne cumowisko łodzi przy starych zabudowaniach. Na początku jez Płaskiego wita nas wyspa z nazwy Samotna. W oddali widać nowsze zabudowania Likszan i w lewo od nich stare zabudowania Jerzwałdu. Chcę tam nabrać wody i proszę o to kogoś, kto się kręci po swoim obejściu.
 - Idź pan do sklepu i sobie kup. Do picia my też kupujemy - słyszę w odpowiedzi. Sorry, nie wiedziałem. Idę do sklepu, klimatyzowanego a co. Wody nie ma - wykupili. Za to są buddyści. Bardzo młodzi. Ubrani w brązowe suknie wsiadają do czekającego samochodu. Zbyszek gdzieś na zapleczu dorwał "kuflowe", odpływam pierwszy. Mijam miejscowego rybaka, drobnego, bo płynie na wiosłach a nie na silniku. Dlatego go zagaduję, chwilę rozmawiamy.
 - Panie, nawet sieci nie opłacało się wyciągać.
Nie widzę, czy w tych skrzynkach jest prawda, czy jej nie ma. Zupełnie jak bym słyszał rolnika. Im też nigdy i nic się nie opłacało. To jak przeżyli?
Wracamy na Jeziorak. Ale tu tłok. Płynę między Siemianami a Lipowcem, Zbyszek daleko w przodzie obrał trasę między Lipowcem a Bukowcem, z czego później wynikły pewne nieporozumienia. Jestem daleko od brzegów jeziora, mija mnie motorowa łódź z dwójką młodych wędkarzy. Wracają pewnie do bazy. Chyba ryba im nie brała, to się napili. Zwolnili i jeden z nich proponuje, że mnie wezmą na hol.
- Po ch... tak się mordować? Dawaj sznurek, pociągniemy.
Dziękuję i słyszę jak przekrzykując odgłos silnika mówi do sternika
- No k... chciałem ch... pomóc.
Krótko, soczyście i po polsku.
  Niebo ciemnieje. Podpływamy pod jez. Widłągi, to już niedaleko Iławy. Cicho tu i spokojne. Raptem słyszę z tyłu narastający odgłos silnika. Policja. Zakręcili i tylko fale po nich pozostały.
 Błysnęło, zagrzmiało, uciekamy do brzegu. Zaczął padać deszcz, ale dosłownie tylko kilka minut. Przed godz. 15:00 dopływamy do Szałkowa, miejsca skąd odpłynęliśmy. Dalej nie płyniemy, bo byśmy musieli nocować gdzieś w Iławie. Korzystamy z udogodnień, jakie daje kemping. Za pobyt przecież zapłaciliśmy. Nareszcie Zbyszek ma "kuflowe". Ja najpierw piorę koszulę i się oporządzam, dopiero teraz idę na piwo a Zbyszek na drugie. Piwo pijemy na zewnątrz, bo jakiś facet śpiewa a raczej wyje niemiłosiernie głośno. Obserwuję kempingowe życie. Ktoś przywozi jakieś długie konstrukcje metalowe wystające przez okno samochodu. Wieczorem rozstawia nad brzegiem jeziora szereg foteli, między nimi mocuje i zapala duże pochodnie. Okazało się, że jest to potężny trójnóg z regulowanym rusztem, z którego teraz jedzą pieczyste.
 Rano odpływamy do Iławy. Za Krzywym Rogiem skręcamy w prawo i płyniemy wzdłuż bojek torów pływackich opływając Wielką Żuławę - największa śródlądową wyspę w Europie. Łamię zakaz i wpływam na Jeziorak Mały. Oglądam panoramę Iławy z jeziora. Przepływam obok nieczynnej fontanny i amfiteatru, który pamiętam ze "Złotej  Tarki". Na brzeg wychodzi tylko Zbyszek i uzupełnia to, co emituje Narodowy Bank Polski. Kuflowego się nie napił, było za wcześnie, jeszcze wszystko pozamykane. Wracając zastanawiam się czemu służy zakaz wpływania, skoro mijam jakieś warczące motorówki. Wpływamy na Iławkę. Wiele się tu zmieniło, na prawym brzegu Iławki powstały bulwary. Dopływamy do jazu i przy ogródkach działkowych przenosimy kajaki. Za jazem woda trochę przyspiesza, ale za moment wpływamy na rozlewisko, które zamyka wysoki, chyba zabytkowy most kolejowy. Spod jego przęsła widać już nowy most obwodnicy. Jesteśmy za Iławą na jeziorze Iławskim. Spotykamy tu 3 kajaki płynące pętlą Ostródzką. Iławka wypływa z jeziora w jego końcowej części, to miejsce pomaga odnaleźć linia energetyczna. Rzeka płynie wśród łąk, lasy będą później. Woda krystalicznie czysta, koryto obramowane szpalerem trzcin. Kiedy dopływamy do Dziarnówka słychać grzmot dalekiej burzy. Szukamy miejsca na postawienie namiotów, żeby zdążyć przed deszczem. Miejscowy radzi nam jednak popłynąć kawałek dalej, bo obok leśniczówki jest miejsce przygotowane dla turystów. Kajaki trzeba przenosić przez drogę gruntową obok budynku elektrowni z prawej strony i nawet nie próbować robić tego na lewym jazie, jak to można wyczytać w niektórych przewodnikach. Po kilkudziesięciu metrach widać platformę widokową, pomost i tablice edukacyjne. Umocniony brzeg ułatwia wyjście. Chcę szybko postawić namiot, ale równie szybko z tego rezygnuję, pod stopami pojawia się woda. To dlatego brzeg został utwardzony nawiezionym, grubym żwirem. Pomost prowadzi wyżej, na rozległą polanę otoczoną tablicami edukacyjnymi. Za nią widać ładny, odnowiony budynek pewnie wykupionej leśniczówki. Miło popatrzeć na zadbane otoczenie, na kwiaty, które go zdobią. Cicho tu i spokojnie i chyba nie tylko dlatego, że dziś jest niedziela. Bliżej, obok wjazdu z polnej drogi, stoi duży okrągły pojemnik-beczka z kranem. W taki upał woda się pewnie nagrzała, będzie ciepła kąpiel. Nie było. Bo wody nie było, nie dowieźli, byliśmy niezapowiedzeni. Jeszcze bliżej duży kamienny krąg ze stałym rusztem otoczony ławkami. Miejsce, które przyciąga. Bo ogień hipnotyzuje, ma w sobie siłę magiczną. Obok pod zadaszeniem (!) sterta drzewa, pewnie przygotowana na ognisko. Obok drzewa pojemniki na plastik i drugi na pozostałe odpadki. Obok ścieżka i dwa toj-toje (!!!) za nimi wieża widokowa. I wreszcie wiata. Bardzo duża, kryta dachówką z malowanymi stołami i ławkami. Posadzka wyłożona kostką brukową. Gniazda elektrycznie i oświetlenie podłączane do prądu są pewnie przez leśniczego. Na środku potężny słup, na którym opiera się cała konstrukcja a na nim wyrzeźbiony puchacz i data 2004 rok. Jestem w szoku. Tyle lat i nie zniszczyli? Ogniska nie paliliśmy - niedziela, nie było nikogo, kto by wyraził zgodę na wzięcie drzewa, ale głównie dlatego, że zdążyliśmy się rozładować, wykąpać i zaczął padać deszcz. A po deszczu poszliśmy obejrzeć Dziarnówko. Tym razem nocujemy również bez namiotów. Ja się kładę na nagrznej posadzce, na której kładę płachtę chroniącą podłogę namiotu i matę, Zbyszek lokuje się na jednym ze stołów.
 Rano idziemy do pobliskiej hodowli ryb i kupujemy karpia mając jeszcze do wyboru jesiotra. Za 1,5 kg rybę płacimy 18 zł. Zibi jest niezawodny, sprawia karpia i smaży. Do kajaków siadamy dopiero po śniadaniu, ale spieszyć się nie musimy. Za połączeniem Iławki i obiegówki wpływamy w mroczny tunel starych drzew a kajaki szorują po kamieniach. Wpływamy w lasy i tylko w jednym miejscu trzeba wyjść z kajaka, żeby go przeprowdzić bokiem, bo zwalone drzewo tarasuje przepływ. Ale woda jest tak czysta a upał sprawia, że nie jest to uciążliwe a raczej przyjemne. I to już właściwie koniec tej dwuczęściowej relacji, bo obie stanowią całość. Na krótko wysiadamy za ujściem Iławki w miejscu wyznaczonym do biwakowania, gdzie kilka razy wcześniej nocowałem, gdzie kiedyś, płynąc sam składakiem, bo określenie samotnie jest może złym określeniem, przeżyłem w maju straszną burzę. Gdzie kiedyś, po wywrotce na Drwęcy - tu moi koledzy na lince suszyli ... przypięte dolary. Dawne dzieje. Nie chcemy dopływać do Nowego Miasta, stajemy w Mszanowie a Zbyszek idzie do miasta zasięgnąć informacji o możliwości dojazdu do Iławy, żeby z Szałkowa przyprowadzić samochody. Spływy, do których odnosi się wpis są oznaczone numerami 63 i 65, bo przedziela je spływ na Łotwie, to w sumie 178 km. Czy było warto? Zapytajcie Zibiego.
 Moja odpowiedź jest oczywista. Dla mnie nie ma nieciekawych spływów, takich, że za szeroko, że za łatwo, że nudno, że holowanie kajaka uwłacza godności ciągnącego. Tak mówią tylko ci, którzy nie widzą, bo nie potrafią patrzeć, ci, którzy mają się za lepszych, którzy weszli na piedestały, ale spadną, bo grawitacji i czasu nie da się odwrócić.

Foto album ze zdjęciami z dokończenia spływ nr 65

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pobyt w Inowrocławiu

wtorek, 28 lutego 2012 15:47

26 kwietnia 2012
 Trafiłem fatalnie. Przez 3 tygodnie pobytu w sanatorium były tylko trzy dni, kiedy można było pospacerować w pobliskim parku koło tężni i pawia - czyli słonecznego zegara. Mnie paw nie zachwycał, przyciągał wzrok jedynie podświetlony w nocy. Magnolia, która zaglądała mi do okna, gotowa do kwitnienia nie zdecydowała się na rozwinięcie kwiatów. Przypomniałem sobie wtedy czas po pierwszej operacji, pobyt w Bułgarii i przepięknie kwitnącą magnolię przed hotelem "Perla".
Ta przed oknem była nasza, polska, twarda, zapobiegliwa i wiedziała, co robi.
 Do Inowrocławia jechałem pełen nadziei na poprawę kondycji po tak trudnej operacji. U mnie wyraźnie innej, bo nie spotkałem w klinice nikogo, kto by miał po niej tyle powikłań.
  Tymczasem cały pobyt w sanatorium sprowadzał się do dwukrotnej w ciągu dnia gimnastyki. Moim zdaniem program wczesnej rehabilitacji po kardiochirurgii jest co najmniej dyskusyjny.
 O odłożeniu wioseł nawet nie myślę.

 18 maja 2012
Dziś wysłałem maila do Zibiego - towarzysza moich ostatnich kajakowych wędrówek, z którym wcześniej zaplanowałem wspólne pływanie. Umawiamy się na 30 maja na parkingu koło Starych Jabłonek. Na pierwszy spływ w tym roku wybrałem szlak z jez. Szeląg Mały koło Starych Jabłonek do Nowego Miasta.
 Trasa, którą zaplanowałem może nie powala swoją oryginalnością, ale szukałem, ze zrozumiałych względów, trasy łatwej. Kluczowy jej fragment to Jeziorak, później Iławką dopłyniemy do Drwęcy a ta doprowadzi nas do Nowego Miasta. W sumie do przepłynięcia będzie ok 160-170 km. Opis szlaku już przygotowany, ruszamy 30 maja.
Jeżeli wszystko się uda będzie relacja.

 
Kilka zdjęć z pobytu jest w galerii Inowrocław, zapraszam do ich obejrzenia.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Trzy w jednym

niedziela, 28 sierpnia 2011 20:28

Foto album 

  Pomysł, żeby popłynąć Krutynią pochodził od Jaśka z Olsztyna. Powrót na rzekę po 19 latach, (ostatni raz na Krutyni byłem w 1992 roku) to jakby podróż w przeszłość, odkrywanie rzeki na nowo, bo niewiele  pamiętam. Z Krutyni można się przerzucić na Pisę a we wspomnieniach wrócić do roku 2003. Pisa prowadzi do Narwi, czyli można popłynąć jeszcze dalej. Zgadzam się mając taki właśnie plan a jako miejsce docelowe wybieram ponownie Serock.
  W sobotę przed południem przyjeżdżamy do Sorkwit, lokujemy się w zamówionym domku i jedziemy do Zyndak, skąd planowaliśmy rozpocząć spływ. Okazało się, że zaczęliśmy z Bałowa, bo pan, który nas przewoził uznał, że 3 km nie stanowi różnicy skąd się zacznie a do Bałowa ma łatwiejszy dojazd. Po powrocie z pierwszego, krótszego niż zakładaliśmy etapu idziemy do pobliskiego baru na sielawę a później nad jez. Gielądzkie i wchodzimy do kościoła ewangelickiego korzystając z okazji, bo pani, która sprząta otworzyła jego wejście. Obok stanicy wzrok przykuwa piękny w formie pałac rodów von Mirbach a później von Paleske, prawdziwa perełka architektoniczna. Usytuowany nad jeziorem w angielskim parku, dziś przeszedł w ręce prywatne i jest ekskluzywnym hotelem. Wieczorem pogaduchy, bo jak uciec od wspomnień, skoro 19 lat temu z Izą przyjechaliśmy tu wieczorem na spływ w okropną ulewę i żeby nie stawiać namiotu, wynajęliśmy ten sam - pierwszy domek. Nie nocowaliśmy sami, bo po nas przyjechało małżeństwo z dwójką dzieci i zaprosiliśmy ich do siebie użyczając schronienia.
   W niedzielę odpływamy przy dobrej pogodzie, ostatnio ciągle padało. Zgodnie z umową zatrzymujemy się w każdej stanicy, żeby ocenić zmiany. Pierwsza stanica w Bieńkach. Nie pamiętam niczego a na pewno tu nocowałem, kiedy na Krutyni byłem po raz pierwszy. Obowiązkowe piwo i płyniemy dalej. Do Babięt. Dopływam pierwszy, zaczyna padać deszcz, wynajmuję domek "typu szałas" za 25 zł od osoby (postawienie namiotu 12 zł od osoby). Postanawiamy wziąć 10 min. prysznic za 7 zł w naiwności swojej sądząc, że zdążymy umyć się obaj. Pani szybko wyprowadziła nas z błędu, to jest cena od osoby i żeby dostać klucz od prysznica, trzeba przyjść po niego przygotowany do kąpieli z szamponem i ręcznikiem a po kąpieli z mokrą głową ten klucz pani oddać. Pani sprawdza czas i w tej samej procedurze przekazuje go następnej osobie.
  Za stanicą we wsi Babięta kajaki trzeba się przenosić przez dość ruchliwą drogę, obok dawnego młyna a dziś, jak wszędzie - wodnej elektrowni. Po prawej jest sklepik i bar, gdzie można wypić zimne piwo i coś zjeść. Dopływamy do nieczynnej śluzy Lalka na końcu jez. Zyzdrój Mały. Dziś spiętrzenie wody napędza tam małe generatory, kajaki trzeba przenosić przez nasyp bocznej drogi prowadzącej przez zaporę. Korzystamy z wózka z pobliskiej zapory, który wypożyczają za drobną opłatą dwaj chłopcy.
  Stanicę w Spychowie zwiastuje głośna muzyka i gwar wypoczywających w świąteczny dzień (15 sierpień) ludzi. Powstał tu tzw. park linowy dla tych, którzy chcą chodzić nie tylko po ziemi i przezwyciężyć lęk wysokości. Sorkwity upodobali sobie płetwonurkowie, mają tam odpowiednie zaplecze i czystą wodę, Bieńki okupują posiadacze przyczep a Spychowo ci, którzy chcą się poczuć jak żołnierze jednostek specjalnych. Po programie obowiązkowym (wyrzucenie śmieci, piwo, WC) płyniemy dalej do Zgonu, czyli następnej stanicy. Domek "typu szałas" kosztuje tu z pościelą 32 zł i jest zlokalizowany na skraju stanicy. Idziemy obejrzeć Zgon i przy okazji coś zjeść. Wchodzimy do jadłodajni z dużym rusztem pośrodku, jednak po chwili wychodzimy, bo swąd palonego tłuszczu z kaszanek, kiełbas i mięs jest za bardzo dokuczliwy. Jemy w barze przy stanicy.
  Następnego dnia rano troszkę pada, ale kiedy siadamy do kajaków już tylko kropi, jedynie niebo zasnute jest ciężkimi ołowianymi chmurami. Odpływamy o godz. 9:00 przed nami jez. Mokre o długości 7 km. Wkrótce się przejaśnia, wychodzi słońce, fala nie jest bardzo dokuczliwa. Jasiek zostaje w tyle, czekam na niego przy jazie na końcu jeziora. W ten sposób ominęliśmy stanicę w Cierzpiętach, ale też Jasiek - mój przewodnik po Krutyni, nic o niej nie wspominał. A zna Krutynię dobrze, bo często na nią wraca, we wspomnieniach i w rzeczywistości. Idąc śladem jego opowieści, to właśnie gdzieś na Spychowskiej Strudze użyczając w deszczu kurtki, poznał swoją przyszłą żonę - Marysię. I do dziś darzy je obie miłością - żonę i rzekę.
     Zrobił się słoneczny, ciepły dzień, muszę się chronić przed słońcem i płynę w koszuli z długim rękawem, co może z boku wygląda komicznie. Ale przede mną jeszcze około 300 km, więc skoro mam dopłynąć ...
   Inaczej oczywiście wyglądają turyści, których wożą, jak ja to nazywam "krutyńscy gondolierzy". Obserwujemy ich siedząc z Jaśkiem na tarasie w stanicy Krutyń przy zimnym piwie. Co chwila z zakola rzeki wypływa kolejna łódź z turystami a "gondolier", który żeby przetrwać w nowych czasach musiał się nauczyć biegle władać językiem niemieckim i dziś wozi może potomków tych, z którymi bawili jego dziadkowie?  Obrazek i porównanie przywołują Wenecję, kanał La Grande. To bardzo dalekie porównanie, ale jest coś, co je łączy. Cena w euro. Gdyby o nią zapytać, to Ferdynand Kiepski, postać z TV serialu pewnie by powiedział:
 - Panie, to nie mogą być tanie rzeczy, to musi kosztować. 
  Zielony Lasek to dawny młyn, tu też trzeba przenosić kajaki albo... przewozić "za piątkę od kajaka". Po prawej stronie na ławeczce mają swoje stanowisko i czekają przewoźnicy z wózkami. Obowiązuje ich kolejka do zarobku, wózek wjeżdża do wody, kajak na nim osiada i przewożą go za zaporę. Sądząc po ilości kajaków na rzece, to niezły dzienny zarobek. Może tylko trochę gorszy niż na prysznicach w Babiętach (7 zł) Tam dodatkowo pani fundowała niezły cyrk z odbieraniem klucza w trosce o zarobienie kilku złotych.
   - Oglądałeś klasztor ?
   - Nie, nigdy tam nie byłem.
   - To masz okazję - zachęca Jasiek.
 Więc przed Uktą skręcam w prawo w kanał prowadzący na jez. Duś. Jestem tu po raz pierwszy. W XIX w osiedlili się na Mazurach starowiercy inaczej filiponi, którzy nie uznali reform kościoła prawosławnego. W tamtych czasach było to miejsce rzeczywiście niedostępne, odludne, tu na emigracji znaleźli spokój i mogli prowadzić swoje praktyki. Pewnie siali zboża, sadzili ziemniaki, hodowali krowy, trzodę, owce i konie, żeby to wszystko obrobić. Sady dawały owoce, pszczoły dostarczały miodu i wosku na świece, jezioro ryb i lodu do przechowywania żywności. Opiekowali się okolicznymi chorymi, ludzie pomagali im w przetrwaniu. Przetrwali do roku 2006, kiedy zmarła ostatnia siostra należąca do wspólnoty. Dziś klasztor, który bardziej przypomina wiejskie zabudowania, jeszcze istnieje. Ale za kilka lat ?
Na nocleg wybieram pole namiotowe (15 zł od osoby) w Ukcie. Stajemy przed mostem po prawej stronie rzeki obok grupy Niemców. Stanica jest dalej za mostem. A przy moście rwetes, nieustanny ruch, kilka firm odbiera tu kajaki, wiele osób tu kończy spływ Krutynią. Następnego dnia stanicę w Ukcie odwiedza tylko Jasiek, żeby w recepcji przybić pamiątkową pieczęć. Na piwo zatrzymamy się w następnej stanicy w Nowym Moście. A jest tam cicho i spokojnie. Tym razem próbuję słodkiego piwa miodowego wygrzewając się na słońcu. Przed nami Iznota. Woda już nie jest taka krystalicznie czysta jak wcześniej, rzeka się poszerza, wkrótce w Bełdanach zakończy swój bieg. Krutynia to nazwa umowna, bo po drodze rzeka przybiera nazwy Sobiepanka, Babięcka Struga i Struga Spychowska i wreszcie Krutynia. Na brzegach pojawiają się letniskowe domki, domy i rezydencje. Zatrzymuje nas niezapowiedziana przeszkoda, musimy w Iznocie przenosić kajaki za most. Trwa jego remont, właśnie robotnicy przy użyciu dużej wiertnicy osadzają w dnie rzeki pionowo rury, które chyba posłużą jako formy do betonowania podpór. Bełdany witają nas tłokiem białych żagli, rykiem silnika przepływającej w pobliżu szybkiej łodzi.
  Lokalizację stanicy w Kamieniu można określić obserwując zdążający do nabrzeża stateczek żeglugi mazurskiej i maszt centrum monitoringu. Ich sieć powstała na Mazurach po pamiętnym białym szkwale w 2007 roku, kiedy wiatr, który w ciągu kilku chwil osiągnął 12 st. w skali Beauforta, powalił i zatopił kilkadziesiąt jachtów. Życie straciło wtedy 12 osób. Szybko mijam zacumowany stateczek. może nawet przepływam za blisko niego, ale silniki pracują na małych obrotach i obserwuje mnie jakiś członek załogi sądząc po uniformie.
Ze stanicą w Kamieniu wiążą nas z Jaśkiem wspólne wspomnienia, byliśmy tu na kursie przodownickim w roku 1996. Obchodzimy stanicę próbując porównać widok dzisiejszy ze stanem z dawnych lat. Podczas obiadu ustalamy, że zanocujemy nad Bełdanami, za zatoką Wygryńską w miejscu oznaczonym na mapie, jako pole biwakowe bodajże Piaski. Płynę tam pierwszy, udaje mi się je odnaleźć. Przy brzegu stoi 10 jachtów, pełnych młodego i jędrnego mięsa rzucanego słowem przez obie płcie, wspinam się na górę, właśnie widzę jak część tego obozu żeglarskiego rozbija namioty na nierównościach polany. Ale im wszystko jedno i tak się upiją przy ognisku, bo właśnie część z nich taszczy trochę lasu nad jezioro. Z ciekawości oglądam cennik i po raz pierwszy widzę: cumowanie kajaka 2 zł/dobę.
Ale oddychanie - darmo ! Właściciel, dzierżawca lub cokolwiek innego, co to wymyśliło na nas nie zarobi, odpływam.
Przeskakuję na drugą stronę jeziora, wszędzie już stoją jachty pilnując skrawka dogodnego do wyjścia na brzeg lądu. Znajduję wolne miejsce. Dopływam, wychodzę na brzeg usiany śladami ognisk i tym, co zostawili po sobie wieczorem i rano żeglarze. Do brzegu zbliża się jacht, również wybierają to właśnie miejsce. Ktoś z dziobu krzyczy, żebym się usunął. Robię to pośpiesznie i uciekam kajakiem na skraj trzcin. Kotwica rufowa rzucona za późno nie potrafi wyhamować impetu, cała ta masa porusza się za szybko i wreszcie wali dziobem w brzeg. Ostatecznie nocujemy w innym miejscu koło dwóch jachtów, z których jedna osada w rozmowie z Jaśkiem okazuje swoje niezadowolenie. Druga zaś pracuje zawzięcie siekierą, aby zgromadzić opał na ognisko, bo sądząc po ilości przyniesionego piwa, musi być go dużo.
   Rano po śniadaniu zwijamy namioty, przed odpłynięciem kąpiemy się, bo już jest gorąco. Przed nami śluza w Guziance. Krótko czekamy na zielone światło, nie ma jeszcze nikogo, kto by chciał popłynąć w stronę Rucianego-Nidy, śluzują tylko nasze dwa kajaki. W Rucianem dołączy Zbyszek, tu mamy się spotkać. To dla mnie dogodna sytuacja, bo będę miał również towarzystwo na dalsze pływanie. Pierwotny plan zakłada, że wspólnie dopływamy do Wiartela, Jasiek odwożąc do Sorkwit wypożyczony tam kajak tym samym transportem przerzuci nas do pobliskiego Pisza. Tymczasem w Rucianem czeka na nas Zbyszek. Jasiek wysiada i idzie po zakupy, my natomiast wysiadamy dalej przy miejscu sprzedaży świeżo złowionych ryb, które rano wypatrzył Zibi. Okazało się jednak, że lepsze gatunki - szczupak, sandacz, okonie i płocie już sprzedano, zostały tylko leszcze, które mają dużo ości. Ale wieczorem świeża ryba będzie, Zibi kupił za kilka złotych 9 dużych leszczy, po 3 dla każdego. Oczywiście w stanicy w Rucianem jesteśmy już w komplecie brakuje tylko... piwa. Wkrótce zostaje podłączona nowa beczka. Siedzimy tu chyba o jedno piwo za długo, ale trudno się dziwić, mamy tyle wspólnych tematów. Napojeni, Jasiek dodatkowo najedzony, musimy się teraz zmierzyć z jez. Nidzkim, do zaplanowanego postoju mamy ok 15 km. Pogoda nam sprzyja, mijamy liczne żaglówki, całe szczęście jest tu mniej szybkich łodzi motorowych, nie licząc policyjnej, ale ta mija nas w oddaleniu. Po prawej mijamy Pranie, które rozsławił Gałczyński a później jego córka Kira. Dziś Pranie Gałczyńskiego to relikt, dziś nie króluje tu bryczka, ale konie - mechaniczne.
Za Praniami widzę, że Zbyszek w oczach mi maleje, płynę jako drugi. Przybieram śmieszną podobno sylwetkę (nie wiem, bo sam siebie z boku nie widzę) i wiosłuję mocniej. Jasiek zostaje z tyłu. My nie zwalniamy tempa. Odpoczywam moment koło Karwicy, żeby zrobić zdjęcia. Zibi odpływa. Znów go dochodzę. To już ponad 2 godziny ostrego wiosłowania. Gdzie te Czaple. Wcześniej miały być Zamordeje. Kończy się jezioro. To tylko złudzenie. Otwiera się przesmyk na jego dalszą część. Po lewej zabudowania. Może to tu? Nie, jeszcze dalej. Dopiero za leśniczówką widać pomost i stanicę. Dopłynęliśmy tu po ponad 3 godz. ostrego wiosłowania. Wynajmuję dwa domki "typu szałas", pani Bożenka, która tu dowodzi i we wszystkim jak głosi napis na recepcji ma rację, pożycza butlę z gazem, patelnię i mąkę. Zibi sprawia ryby i je smaży. Przypływa Jasiek urządza się w drugim domku i wkrótce na stole przed recepcją lądują smażone ryby, zasiadamy do kolacji. Siedzimy na tyle długo, żeby dobrze poznać życie w stanicy zlokalizowanej na obszarze rezerwatu, w której nie ma prądu, kanalizacji i pryszniców, bieżącej wody, nie można wycinać drzew, palić ognisk. Unikat w dzisiejszych czasach a odpoczywających tu gości zadziwiająco dużo i to nie tylko z Polski. Wody dostarcza ręczna pompa przed recepcją, czyste WC są na obrzeżu stanicy tyle, że niespłukiwane i nie stanowi to większego problemu. Wieczorem gwar cichnie, dominują odgłosy przyrody a stanica ożywa blaskiem szczególnego światła migoczących ogników zniczy i świec przed wejściem każdego domku. Klimat niepowtarzalny. I chyba dla tego klimatu, godząc się na pewne niewygody przyjeżdżają tu od lat te same osoby. Bo tu wypoczywa się inaczej. Do dziś jestem pod urokiem tego miejsca, które przypomina mi, jak w moich rodzinnych stronach nad Bachotkiem, dziś zdewastowanym, gdy była tam tylko stanica wodna, wieczorem na wysoki maszt wciągano naftową lampę, żeby wskazywała kierunek zabłąkanym kajakarzom.
Następnego dnia żegnamy się z sympatyczną stanicą Czaple i z Jaśkiem, który wraca kajakiem do Rucianego. Nie udało się dojść do porozumienia z przewoźnikiem w sprawie transportu. Cena, jakiej zażądał była ponad 2 krotnie wyższa od przyjętych. Odpływamy z Zibim kierując się w stronę końca jeziora, Jasiek zostaje i wyruszy w drogę powrotną do Rucianego-Nidy później. Wiosłujemy dość długo, gdy wreszcie po lewej mijamy dużą plażę i pole biwakowe w Jaśkowie a jezioro prowadzi nas w prawo w stronę Wiartelnicy, którą bez przeszkód dopływamy do mostu i jazu w Wiartelu. Chcieliśmy stąd przewieźć kajaki do pobliskiego Pisza, jednak transportu nie udało się nam znaleźć. Przenosimy kajaki przez drogę i płyniemy dalej. Dopływamy do dużego ośrodka wczasowego nad jez. Wiartel Mały, ale i tu nie znaleźliśmy transportu. Zbyszek postanawia, że jutro rano wróci do Rucianego po swój samochód i przewiezie kajaki. A dziś wracamy w stronę Wiartela, żeby miał dogodniejsze możliwości dojazdu do Rucianego. Kiedy odpływamy z ośrodka zaczyna się chmurzyć, później zagrzmiało, zaczyna kropić. Szukamy miejsca na biwak. Znajdujemy dogodne miejsce w rzadkim lesie sosnowym, jak się później okazało było to pole biwakowe. Stawiamy w pośpiechu namioty, zaczyna padać deszcz. Zdążyłem jeszcze zakryć deklem kajak, kiedy deszcz zamienia się w ulewę, ale mamy już "dach" nad głową. Burza się przybliża, po godzinie cichnie, prawie przestaje padać. Wychodzę i szybko poprawiam mocowanie namiotu. Wkrótce burza wraca, znów leje. Ściemnia się. Kiedy po raz trzeci nad nami przewalają się grzmoty, tym razem oprócz ulewnego deszczu towarzyszy im wiatr. Zapada zmrok. Ciemności rozświetlają tylko błyskawice i ... reflektory samochodu. To właściciel przyjeżdża zebrać opłaty po 10 zł od osoby. Nastaje noc, ciemność i odgłos padającego deszczu nuży, przysypiam. Nagle zrywa się wichura, tropik łopocze targany porywami wiatru, falami siecze o niego ulewny deszcz. Noc znów rozdzierają błyskawice i gromy, słychać jak pod naporem wichury trzeszczą drzewa, gdzieś obok z trzaskiem łamie się konar sosny. To czwarty nawrót burzy, tym razem nad nami przetacza się prawdziwa nawałnica. Żeby tylko namioty wytrzymały. O spaniu nie ma mowy. Dopiero przysypiam nad ranem, kiedy już świta a burza cichnie. Tylko jeszcze pada i wieje. Rano namioty noszą na sobie ślady wczorajszej nawałnicy, są pokryte igliwiem a od dołu piaskiem, który z podłoża wybił deszcz. Ale jakoś przetrwaliśmy tę trudną noc.
Rano Zibi wyrusza do Rucianego i nadspodziewanie szybko podjeżdża samochodem w pobliże namiotów. Ładujemy kajaki na bagażnik jego samochodu i odjeżdżamy do Pisza.
Można powiedzieć z pewną dozą tolerancji, bo od Bełdan płyniemy już jeziorami Mazur, że pierwszą rzekę mam za sobą.
   Pisę zaczynamy ok godz 11:20 zaraz za jeziorem Roś z tego samego miejsca, z którego odpływałem w roku 2003. Wydaje mi się, że po prawej zniknęły blaszaki i prowizoryczne zadaszenia na łodzie. Od rana mocno wieje, zakładamy bluzy. Most, kładka, park, most, na końcu miasta fabryka i zapach sklejki, płyt wiórowych. Dalej na brzegach są jeszcze bardzo wyraźne ślady, jeżeli ktoś wie, czego szukać po huraganie z roku 2002. który powalił lasy Puszczy Piskiej na obszarze 12.000 ha. Nie są to już widoki tak dramatyczne, jakie obserwowałem płynąc w roku 2003, kiedy z rozległych połaci połamanych jak zapałki lasów, nie zdołano usunąć wiatrołomów. Dziś w miejscu "Szast", gdzie sterczą jeszcze kikuty drzew, utworzono ścieżkę dydaktyczno-turystyczną, z której można obserwować, jak przyroda sama, bez udziału człowieka na obszarze 475 ha, radzi sobie z kataklizmem. Po południu wiatr cichnie, Zbyszek płynie gdzieś z tyłu. O 15:25 mijam długo wyczekiwany most w Jeżach a później w po lewej korty tenisowe dużego ośrodka wypoczynkowego w Koźle. Szukam miejsca na biwak, ale wcześniejsze długotrwałe deszcze spowodowały podtopienia łąk i odpowiednie miejsce trudno znaleźć. Dopiero za Adamusami, na trawiastym, wyższym brzegu stajemy na odpoczynek. Zasłużony, bo po przepłynięciu, jak się później okazało 47 km. To rekord życiowy Zibiego. Wprawdzie nie pływamy dla rekordów, ale żeby cały plan się powiódł, musieliśmy przyspieszyć po relaksowym pływaniu na Krutyni. Niestety, ten plan Zbyszkowi pokrzyżowało życie. Tu go dopadł sms z okrutną wiadomością, że zmarł nagle jego brat. Nazajutrz się żegnamy, on odpływa pierwszy, musi sprowadzić z Pisza swój samochód, ja odpływam o 9:20. Mijając zabudowania przy moście w Ptakach widzę na brzegu jego kajak.
- Już pojechał - słyszę, jak ktoś krzyczy z brzegu.
Zostaję sam.
  Pogoda mi sprzyja, jest gorące przedpołudnie. Ciche bez odgłosu rolniczych prac i spokojne bez wiatru. To z lewej, to z prawej po łąkach niosą się dzwony wołające na niedzielne msze. Jak odłożę wiosło, to słychać basowe buczenie trzmieli na kurpiowskich łąkach. Nie odkładałem go chyba często, bo niespodziewanie dla samego siebie, wygląda na to, że o 14:00 jestem w pobliżu ujścia Pisy. Koryto rzeki się poszerza, drzewa ustępują miejsca krzakom, słyszę odgłosy dawnej wiejskiej kapeli grającej weselne kawałki i wkrótce Pisa wprowadza swoje wody i mnie do Narwi.
Kończę drugą z rzek, wpływam na trzecią, do czego nawiązuję w tytule.
  Po lewej u podnóża Nowogrodu, na terenie skansenu trwa niedzielny piknik, gwar, tłumy ludzi, ludowe granie i zapach pieczonych na ruszcie kiełbas. Na wodzie mijam narwiańskie "gondole" inne niż na Krutyni. To już nie są pychówki napędzane siłą mięśni. Te są większe, mają brezentowy dach, duży japoński silnik za rufą a każdy "kapitan" stara się zagłuszyć jego warkot rejsem Krawczyka na parostatku. I uwierzcie mi, że ta piosenka jest elementem łączącym narwiańskie "gondole" i serpelickie "wynalazki" pływające na Bugu. Ożywiłem chyba rzeczny krajobraz, bo jakaś lokalna TV mnie filmuje a ludzie pozdrawiają. Mijam most na Narwi i za nim po lewej pancerną kopułę polskiego schronu bojowego nr. 1 wchodzącego w skład Punktu Oporu Nowogród, który miał bronić przeprawy przez Narew w czasie kampanii wrześniowej. Na Narwi, w odróżnieniu od Pisy nie ma problemów z miejscem na biwak. Płynę do godz 18:10 i na nocleg staję w połowie odległości między ujściem Pisy a Ostrołęką po przepłynięciu 58 km. Do późnego wieczora widzę opodal wędkarza i jego wspaniałą maszynę stojącą niedaleko - Polskiego Fiata 125p. Następnego dnia dymiący komin na horyzoncie oznacza, że dopływam do Ostrołęki. Po godzinie przepływam pod mostami w Ostrołęce. Kiedyś, gdy również samotnie wracałem z Biebrzy zacumowałem pod łukowym mostem, żeby zrobić zakupy. Obok trójka bezdomnych robiła tam generalne pranie i mycie. Część ich garderoby, czyli spodnie suszyły się już na słońcu rozwieszone na pobliskich krzakach, bo paradowali z mokrą głową i w samych gaciach. Kiedy już wyszedłem na brzeg jeden z nich podszedł do mnie i powiedział przyjaźnie, co do dziś pamiętam:
- Witamy wśród swoich !!
Tym powiedzeniem mnie rozbroił.
- Jeżeli masz pan potrzebę, to za ten krzak za filarem, a jak tylko śmieci, to puste puszki mogę odebrać osobiście.
- Pełne też - uśmiechnął się szeroko.
Za Ostrołęką przycisnąłem na wiosła, bo niebo zaczęło się chmurzyć a wkrótce dało się słyszeć odgłosy dalekiej burzy. Jej pomruki towarzyszyły mi przez dłuższy czas, aż w końcu je zlekceważyłem. Kiedy zagrzmiało gdzieś nade mną i zaczęło wiać szybko skręciłem do prawego brzegu. Ewakuacja była szybka, chociaż po pas głęboka, bo brzeg mi się osunął pod stopami. Siadam po przebraniu się na turystycznym krzesełku pod prowizoryczną osłonę i czuję, z jaką siłą uderzają krople deszczu, które na rzece wybijały duże kratery. Na rzece siwa zasłona nie pozwoliła dostrzec drugiego brzegu. Ochłodziło się, deszcz przychodził falami a ja trzykrotnie sposobiłem się do odpłynięcia i trzykrotnie wracałem na brzeg, bo deszcz przechodził w ulewę. Dopiero za czwartym razem już się nie nasilił i spokojnie odpłynąłem do Różana, gdzie wyznaczyłem sobie dzisiejsze minimum. Było jednak za wcześnie, żeby zakładać biwak, później byłem już za blisko miasta, wreszcie minąłem Różan. Miasteczko położone na podwyższeniu, jakby odwróciło się od rzeki, bo towarzyszył mi bezludny brzeg i zamknięta knajpka z plastikowymi fotelikami powiązanymi łańcuchami pod parasolami. Może wszystkich wystraszyła burza. Minąłem pustą placówkę WOPRu i most drogowy. Po trzeciej próbie na biwak wybrałem ładne miejsce między Paulinowem a miejscowością Dzbądz. Namiot postawiłem na niskiej piaszczystej skarpie wśród krzaków jałowca po przebyciu 53 km. Wieczorem zapisuję swoją pozycję, rzut oka na mapę, od Serocka dzieli mnie wodą ok 75 km, więc na jutro planuję ok 40 km trasy. Następnego dnia po lewej mijam zbudowane w lesie domki ośrodków wypoczynkowych, w samo południe przy wtórze kościelnego dzwonu czekam, aż opadną liny przepływającego promu w Nowych Łachach. Na 94 km przepływam obok pływającej żwirowni, urządzeń pompujących na brzeg wydobywany z rzeki piasek. Dalej na lewym brzegu stoi, sądząc po kształcie dzioba, rzeczny lodołamacz. Pamiętam go z poprzedniego spływu, bo wtedy również zwrócił moją uwagę. Mijam tablicę określającą miejsce, od którego do ujścia rzeki pozostało 84 km. Kiedy mijam ujście Orzyca - rzeki, którą w ub. roku przepłynąłem wspólnie ze Zbyszkiem, podpływam pod lewy zalesiony brzeg, odkładam wiosło, sięgam po aparat i piwo. Jest co wspominać, bo to nie był łatwy spływ ze względu na ilość jazów, które pokonaliśmy zaczynając od Janowa. Spływ ten opisuję wcześniej w innej relacji. Na nocleg staję już o godz 15:30 po przepłynięciu 39 km. Lewy brzeg jest zalesiony z piaszczystą plażą, kąpie się tam ktoś z pobliskiej wsi. Wybieram łąkę na prawym, nasłonecznionym brzegu, porośniętą krzakami łozy w okolicach wsi Szygłowo. Rozwieszam na krzakach wierzby śpiwór, piżamę i poduszkę, idę się kąpać. Kiedy wracam ścieżką przechodzi ubrany w strój moro wędkarz. Zrobiłem obiad, siedzę przy stoliczku i jem, kiedy on wraca. Z taaaką rybą !
- Od rana uganiałem się za rybą. Jeden szczupak mi się zerwał w krzakach. Ale ten jest większy - mówi.
Rzeczywiście, trzyma go za skrzele a ogon sięga do ziemi. Piękny okaz.
Jutro kończę spływ, do pokonania zostało mi tylko 35 km. Przed Pułtuskiem znajomy widok mariny dla motorowodniaków i żeglarzy, wkrótce pojawia się wieża zamku w Pułtusku, kładka dla pieszych i za nią betonowe opaski prowadzą do wypożyczalni kajaków "Keja". Nocowałem tu gdy wracałem z Biebrzy i niespodziewanie musiałem kończyć spływ. Jest godzina 11:00, tym razem nie zatrzymuję się w Pułtusku, chcę jak najszybciej dopłynąć do Serocka, od którego dzieli mnie już ok. 25 km. Za Pułtuskiem Narew znacznie się poszerza, to wpływ Zalewu Zegrzyńskiego. Pojawiają się jachty a później szybkie łodzie motorowe, które zostawiają za sobą dużą falę i wymuszają wzmożoną czujność. Jeszcze przed mostem we Wierzbicy uciekam pod prawy brzeg, bo dodatkowe utrudnienie sprawiają wodne skutery. Przeważnie na każdym z tyłu siedzi dziewczyna i mocno obejmuje to, co skuterem kieruje. Pod mostem we Wierzbicy przyczółki mostu okupują wędkarze, przed nim i za nim stoją wędkarze w łódkach a w środek między nich celuje pędząc z olbrzymią prędkością skacząca po falach łódź. Uciekam między liście grążela żółtego, które pochłoną trochę energię falowania, ustawiam się w bezpiecznej pozycji i czekam. Udało się. Przy wtórze przekleństw wędkarzy ruszam dalej. Ujście Bugu powoduje, że woda rozlewa się tu szeroko. Bug to potężna rzeka i do takiego stwierdzenia mam prawo, bo go pokonałem od miejsca, gdzie stał się granicą Polski. Ostatecznie został uznany za dopływ Narwi. Ląduję na brzegu w znajomym miejscu na plaży w Serocku. Dostaję zgodę na postawienie namiotu i robię to pośpiesznie, bo znad ujścia Bugu zbliża się burza. Zaczyna padać, plaża pustoszeje, jako ostatni opuszczają ją 3 młodych mężczyźni, którzy siedzieli tu przy grillu. Piasek nie ułatwia im ewakuacji, są pijani i niezdecydowani, bo jeden zakłada buty, drugi ubiera spodnie i koszulę, ale pozostaje boso. Najbardziej opóźnia ich ten, którego wloką trzymając między sobą. Odpoczywają na najbliższej ławce i ambitnie zdążają w kierunku chodnika ciągnąc tego, który z rzeczywistością nie ma już nic wspólnego. Obserwuję to wszystko z namiotu. Burza nie trwała długo, deszcz również. Szykuję się do spania, gdy słyszę jakieś ożywione głosy. To napływa wieczorna fala miłośników wieczornych kąpieli i piwa. Jutro ruszam wcześnie rano do Sorkwit, żeby przyprowadzić samochód. Martwię się, czy pozostawiony bez opieki namiot nie zostanie splądrowany. Ale muszę zaryzykować, innego wyjścia nie mam. Zasypiam po północy, nad brzegiem tej trzeciej rzeki- Narwi, nawiązując do tytułu, gdy nie słyszę już innych odgłosów poza miarowym pluskiem fal.
Patrząc z perspektywy czasu, niespodziewanie dla mnie samego, z banalnego spływu Krutynią, ta wędrówka nabrała wielu barw. I mam nadzieję, że pozostanie również w pamięci Jaśka z Olsztyna i Zbyszka.

Zdjęcia: Foto album  Video: Na Krutyni


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wieprza

czwartek, 23 czerwca 2011 22:52

Foto album 

Jutro, 24 czerwca 2011 wyjeżdżam na spływ Wieprzą. Po latach indywidualnego pływania, będę na drugim spływie zorganizowany o zasięgu ogólnopolskim. Decyduję się na ten spływ z trzech powodów. Po pierwsze odpowiada mi trasa XXXII Ogólnopolskiego Świętojańskiego Spływu Kajakowego. Rzeką Pokrzywną dopłyniemy do Wieprzy a ta doprowadzi nas nad morze do Darłowa. Po drugie, dopinguje mnie Jan z Olsztyna, który w tym roku obejmie funkcję spływowego lekarza i ponownie obiecuje każdego wieczoru mnie i Mariankowi z Tychów losowanie upominków. Będę miał więc towarzysza, z którym znamy się od lat, bo nie o upominki tu chodzi. Umawiamy się, że po zakończeniu spływu przedłużymy nasz pobyt nad morzem. Wreszcie spływ sygnuje swoją osobą Krysia Czerwińska z Bydgoszczy, znana również z prowadzenia spływów zimowych na Brdzie. To gwarantuje, że spływ będzie przebiegał równie sprawnie jak ubiegłoroczny na Słupi. Każdego dnia rano przeprowadzamy samochody na miejsce następnego biwaku, wracamy, żeby przepłynąć etap a po dopłynięciu czeka na nas Witek z obfitym i smacznym, dwudaniowym posiłkiem.

   Jako się obiecało - z Jabłonowa Pom. zabieram Jaśka z Olsztyna i Marianka z Tychów. Pierwszy z nich dojeżdża w południe, na drugiego czekamy tylko pół godziny. Od Chełmna jedziemy na przemian w strugach intensywnego deszczu i słońca. Kiedy dojeżdżamy do Broczyny niebo staje się łaskawe i namioty stawiamy bez przeszkód. Mnich - to miejsce biwakowe nad Wieprzą, przygotowane przez miejscowe nadleśnictwo, próbujące opanować ruch turystyczny. Oprócz biwakowej infrastruktury przygotowano nawet drzewo na ognisko. Niestety, to chyba jedyne nad Wieprzą takie miejsce. Oczywiście, jak to pierwszego dnia bywa, kiedy spotykają się po roku znajomi i przyjaciele, rozmowom i kolejnym butelkom nie ma końca, alkoholu każdy ma zapas. My po kilku stolatach, (imieniny - Jana z Olsztyna) grzecznie ok. godz. 23 zalegamy w namiotach.
   Dzięki temu następnego dnia możemy przepłynąć Pokrzywnę. Do Trzebielina zawozi nas podstawiony autokar. Zaczynamy za spiętrzeniem dawnego młyna, za mostem. Za nim jest podwójny próg, który można spłynąć trzymając się prawej strony. A później trzeba się pilnować i bacznie rozglądać, bo rzeka ma szybki nurt urozmaicony głazami, kamieniami i drzewami, które, co ułatwia płynięcie, zostały w większości niedawno poprzecinane. Na bystrzach woda niesie tak szybko, że nie można się zdekoncentrować, grozi to wywróceniem. Kilka osad tego doświadczyło. Co ciekawe, w miejscu, gdzie Pokrzywna wpada do Wieprzy, ta ostatnia jest chyba dwukrotnie od niej mniejsza. 

W Kępicach nocowaliśmy na terenie ośrodka wypoczynkowego Sobótka. Rano, kiedy przyjechaliśmy tu kawalkadą spływowych samochodów, zamówiłem dla naszej trójki pokój w pawilonie. Kajaki zostały nad rzeką, do ośrodka przeszliśmy ok. 2 km. pieszo. Struga, która łączy jezioro Oblęże z Wieprzą okazała się zbyt płytka, żeby dopłynąć do jeziora.  Za całe 35 zł na dobę mogliśmy się cieszyć prysznicem i nie tylko.

  Wieprza jest rzeką mniej popularną wśród kajakarzy, słabo przygotowaną dla potrzeb turystyki, uchodzi do morza w mniej atrakcyjnej miejscowości. Ale jak wszystkie rzeki, które płyną do morza, dostarcza wiele przeżyć. Spadki na niektórych odcinkach są odczuwalne. Głazy, które zalegają na bystrzach, powalone drzewa wymagają pewnego obycia z wodą. Nasycenie przeszkodami nie jest aż tak bardzo uciążliwe jak np. na Liwie. Namawiam na przepłynięcie Wieprzy, wystarczy jak zawsze zdrowy rozsądek, żeby rzekę przepłynąć bezpiecznie. Nagrodą jest pobyt nad morzem. Wprawdzie z campingu Bionika w Darłowie, gdzie biwakowaliśmy na zakończenie spływu, do morza jest daleko, ale za 3 zł do Darłówka można dojechać busem. Kiedy uczestnicy spływu już się rozjechali, zostaliśmy na campingu tylko z polsko-niemieckim (ona) małżeństwem. Dosiedli się do wieczornego ogniska, które szczególnie dla niej było atrakcją równie wielką jak pieczona na ognisku kiełbasa czy kaszanka. W Niemczech czegoś takiego robić nie mogą, nie wolno z taką swobodą palić ognisk. Dlatego pan z zapałem dokumentował zdjęciami tę sytuację.

Foto album


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Sukces czy porażka ?

czwartek, 26 maja 2011 16:25

Album foto

Wróciłem z Liwy.

To fragment opisu rzeki zamieszczony na stronie www.kajaki.pl
 "Liwa jest rzeką wąską, bardzo krętą, meandrującą, o bardzo urozmaiconym krajobrazie, który zmienia się z każdym przepłyniętym kilometrem. Widoki pól i łąk początkowych odcinków tras ustępują miejsca krajobrazowi lasów mieszanych. Zalegające gdzieniegdzie w poprzek rzeki pnie zwalonych drzew i liczne rozlewiska dają wyobrażenie o krajobrazie pierwotnej puszczy, a głębokie jary, którymi w pewnych miejscach płynie Liwa i usiane kamieniami bystrza nadają rzece charakter górski."
 Sugerowanie, że drzewa tarasują rzekę tylko gdzieniegdzie wprowadza w błąd.
 Popatrz tu, może rozpoznasz, którędy rzeka prowadzi swoje wody. Jeżeli ci się to nie udało, to na tym zdjęciu naniesiony jest ślad z ostatniego etapu trasy. Skoro rzeka płynie przez tak zwarte leśne obszary, to muszą w jej korycie być powalone drzewa. Nasycenie przeszkód, szczególnie za jez. Liwieniec jest ogromne. Trzeba to uwzględnić przy planowaniu spływu, doborze sprzętu, uczestników itd. 

 Jako miejsce startu wybrałem Kamieniec, gdzie rano w sobotę 21 maja 2011 spotkałem się z Zibim. To trzecia nasza wspólna wędrówka z cyklu "Czekuch i Zibi". Kamieniec koło Susza to miejsce związane z ... Francją foto. W 1807 roku od 1 kwietnia do 6 czerwca w pałacu rezydował Napoleon Bonaparte. Przez kilka tygodni towarzyszyła mu incognito pani Walewska. Pałac został zbudowany na zlecenie Conrada Finck von Fickenstein, jako siedziba rodowa. Rezydencję otaczał ogród francuski z romantyczną grotą. Budowę ukończono w 1720 roku. W 1782 roku pałac kupił Aleksander zu Dohna po ożenku z siostrą Fickensteinów. W rękach rodu zu Dohna Kamieniec pozostał do 1945 roku, kiedy to został splądrowany, ograbiony i spalony przez czerwonoarmistów i od tego czasu pozostaje w ruinie.

Po ulokowaniu samochodów, robię kilka zdjęć i schodzimy przy moście na wodę. Od Kamieńca Liwa jest rzeką uregulowaną, płynie przez łąki. Za Bronowem przed mostem kolejowym są rury biegnące w poprzek rzeki, ale spływać można swobodnie, bez obaw, nie trzeba kajaków przenosić, jak to głoszą niektóre opisy. Wystarczy się pochylić. Przed Prabutami rzekę tarasuje potężne drzewo foto. Kiedy się zastanawiamy jak tę przeszkodę pokonać, słyszymy ryk silników.
  Ki diabeł, czołgi czy co ? Nie, to tylko czwórka szalonych jeźdźców, łamiąc przepisy, ujeżdża swoje quady. Zostaje po nich swąd spalin, przerażona zwierzyna i głębokie rany w ściółce leśnej. Po śmieciach, brudnicy mniszce - to kolejna, nowa plaga naszych lasów.
  Przypadek sprawił, że stanęliśmy na nocleg przed Prabutami, przy moście kolejowym zbombardowanym w czasie ostatniej wojny (ale nie polsko-polskiej), bo zegarek wskazywał o wiele późniejszą godzinę (czas wrócił do normy po wymianie baterii). Jak się okazało następnego dnia, wyszło to nam na dobre, bo dalej miejsc na postawienie namiotów nie było. Na złe, bo do późnego wieczora nie mogliśmy zasnąć. Nie wiem dlaczego, ale właśnie to miejsce - korony przyczółków zniszczonego mostu upodobała sobie prabucka młodzież na miejsce spotkań i pewnie nie tylko. Większość szła o własnych siłach, ale oczywiście z zapasem osłabiacza. Na namioty z góry lał się wartki potok obrzydliwości i słownego brudu. Zebrali się tam głównie tegoroczni maturzyści i ich młodsi koledzy. Dziewczyny w niczym nie ustępowały pola chłopakom, były równie wulgarne i pijane. Ciekawe, że przy pomocy kilku tylko słów, powszechnie uznawanych za grubiańskie i wulgarne, można opisać rzeczywistość. Kto wie, skoro to miejsce ma swoją magię, może kultywują tradycje rodziców ? Może właśnie tu zostali poczęci ?
  Rano wchodzę na górę przyczółka, który wczoraj tak licznie okupowali młodzi ludzie. Zrobiłem kilka zdjęć, ale ich nie mam, bo od pewnego czasu prześladuje mnie fotograficzny pech. Tym razem padło na kartę, która komunikatem Błąd pliku odmawia dalszej współpracy. Ożywa dopiero po formatowaniu, co oznacza utratę zrobionych wcześniej zdjęć.

Wczoraj przepłynęliśmy tylko 15,5 km, tu można zobaczyć trasę spływu. Dziś przed nami trudniejszy odcinek - zwarte obszary leśne. Po przeniesieniu kajaków przez drogę na jazie za Prabutami dopływamy do jez. Dzierzgoń. Kierując się w stronę wypływu Liwy z jeziora, które stanowi jednocześnie zbiornik retencyjny, płynąc śladem Zibiego, utykam na płyciznach. Dlaczego ? Chyba mój kajak ma większe zanurzenie. Myślę, że powodem jest różnica wagi - jego i mojej.
  Wypływ Liwy z jez. Dzierzgoń zamyka jaz i dwa mosty. Po przeniesieniu kajaków, wkrótce wpływamy na jez. Liwieniec (rezerwat ptaków) z którego widać panoramę Prabut z wieżą zegarową konkatedry. Muszę sobie pomóc gpsem, żeby znaleźć wyjście z jeziora. Zgodnie z przewidywaniami pojawiły się pierwsze powalone drzewa tarasujące rzekę. I już nas nie opuściły wiernie towarzysząc do końca naszego spływu. Nad Liwą nie ma miejsc dogodnych do postawienia namiotu. Trzeba korzystać z tych przygotowanych przy dawnych młynach, czyli dziś - elektrowniach. Są one rozmieszczone sensownie i dobrze urządzone. Drugiego dnia i tu nie wiem jakiego słowa użyć, bo słowo pływanie byłoby nadużyciem, dotarliśmy po 17 km do Nowego Młyna. Po drodze minęliśmy Stary Młyn (trzeba tu przenosić kajaki), gdzie jest miejsce na odpoczynek, ale urządzone raczej z myślą o zmotoryzowanych. Jest też miejsce dla wodniaków, ale mało zachęcające a niedzielni biesiadnicy siedzący wyżej w dużej wiacie przy drodze, nie zachęcali do postoju. W Nowym Młynie miejsce biwakowe usytuowane jest w pobliżu lokalnej drogi, z miejscem na ognisko i lepiej tu się zatrzymać, niż w Starym Młynie. Tym bardziej, że tu też trzeba przenosić kajaki.
  Następnego dnia wypływamy o godz. 9:20 ze świadomością, że dziś stajemy przed kajakarskim wyzwaniem (na moją miarę). Celem jest Szadowski Młyn, przebycie tego odcinka odległego o 14 km zajęło nam prawie 7 godzin. Dotarliśmy tu ok godz. 15:30, ale nie płyniemy dalej. Tu stajemy na nocleg, po trudach dnia jest czas i słońce, żeby zrobić porządki, wywietrzyć śpiwory, namioty. Urządzam sobie nawet prowizoryczny prysznic. A później siadamy do kolacji z jadłem przodków - karkówki pieczonej na ognisku, na ruszcie a nie na żadnym grillu. W Polsce grilla się urządza a z rusztu się je.
  Rano przenosimy kajaki przez teren należący do Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, szczęście, że jest otwarte wejście na ich rozległą posiadłość. Jak przystało na instytucję, która ma "pomoc" w nazwie, ogrodnik przynosi mi nawet pełny pojemnik z pitną wodą. Za Szadowem jest tyle powalonych drzew, że coraz częściej brodzimy, niekiedy wpadając w zdradliwe zagłębienia po pachy. To oczywiście jeden ze sposobów pokonywania przeszkód. Najczęściej jednak szybko napływamy na drzewo a jeżeli na nim utkniemy, stosujemy metodę nazwaną przez Jana z Olsztyna "dupcowaniem", czyli ruchy posuwisto-zwrotne tułowia, które nadają impet kajakowi a ten przesuwa się do przodu na przeszkodzie. Z mozołem pokonujemy kolejne zwalone drzewa, które niekiedy leżą w odległości mniejszej niż długość kajaka, więc kajaki przerzucamy z drzewa na drzewo. Dwa progi w dzisiejszym dniu pokonujemy spławiając kajaki. Z ulgą po raz pierwszy oglądamy nad rzeką jakieś zabudowania, to znak, że lasy ustępują. Za mostem w Kamionce po uzyskaniu zgody właściciela stajemy na nocleg przy jego zabudowaniach. Obaj mamy na dzisiaj dość. Jesteśmy od rana mokrzy od brodzenia w wodzie, kajaki ubłocone od ciągłego wchodzenia. Zbyszek narzeka na ból nogi, mnie bolą ramiona i popuchły mi nogi od licznych ukąszeń meszek. Stawiamy namioty i idę do gospodarza po wodę. Dostaję wiadro ciepłej wody, mogę się cały umyć. Dopiero teraz robię posiłek. Niebo się chmurzy, zaczyna padać deszcz. Z obliczeń wynika, że dziś przebyliśmy odcinek tylko 11 km. Liwa okazała się rzeką bardziej uciążliwą niż myślałem przez ogrom zwalonych drzew. Dlatego nie jest często pływana, dla spływów masowych wręcz niedostępna. Tym większa satysfakcja, że jesteśmy tuż przed Kwidzynem, że pokonaliśmy najtrudniejszy fragment Liwy. Następnego dnia niebo wygląda groźnie zasnute chmurami, jest zimno. Obaj dochodzimy do wniosku, że tu kończymy spływ. Reszta planu może doczeka się kiedyś realizacji.

Album foto


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

W maju na Dadaju

piątek, 29 kwietnia 2011 8:29

W sobotę 30 kwietnia 2011 wyjeżdżam w okolice Olsztyna na spływ szlakiem, który umownie nazywam Pisą Warmińską Log trasy. Bo najpierw rzeka przyjmuje nazwę Dadaj, później Pisa i na końcowym odcinku Wadąg. Wpada do Łyny na przedmieściach Olsztyna. Długi weekend majowy otwiera sezon turystyczny i integracyjny, o czym kilka słów później.
Przed wyjazdem było bardzo gorąco, upalnie, jednak prognozy ostrzegają o możliwym ochłodzeniu. W sobotę jeszcze było ciepło, sporo osób, głównie z Olsztyna wyruszyło na samochodowe i rowerowe wycieczki. Pierwszy etap tej kajakowej wycieczki przepłynęliśmy przy słonecznej pogodzie.

 

 

Od niedzieli właściciele obiektów turystycznych posmutnieli, wiele osób odwołało wcześniejesze rezerwacje, bo zaczęło wiać i bardzo się ochłodziło, mówiąc delikatnie. Nas to nie wystraszyło i plan zrealizowaliśmy, ratując przed całkowitym bezrobociem obsługę ośrodka w Tumianach. Tu Jasiek wynajął  pokój 3 osobowy i dla siebie kajak oraz transport a Tumiany stały się naszą bazą. Stąd zaczynaliśmy kolejny etap i tu wracaliśmy na nocleg. W Tumianach na obiad serwowano głównie świeże ryby z okolicznych jezior, z których najbardziej smakowały mi filety z małych okoni. W ten sposób spędziłem 4 dni w towarzystwie Marysi i Jaśka - małżeństwa z Olsztyna foto. Wprawdzie na płynięcie odcinka z jez. Dadaj do Tumian przyjechali również dobrzy ich znajomi, ale tylko przenocowali, nie zdecydowali się na pływanie w takich warunkach. Może i dobrze, bo przed Klimkowem jest kamieniste bystrze, woda przyspiesza. M&J mieli tu wywrotkę, napłynęli na jakiś głaz z tak dużym impetem, że aż pękła burta w kajaku i wypadli do wody. Wprawdzie nie było tu głęboko, ale woda przecież była lodowata. Najpierw musieli brodząc pozbierać z rzeki swoje rzeczy, później z kajaka wybrać wodę trzęsąc się z zimna.
Ja to bystrze przepłynałem pierwszy i zaraz za nim się zatrzymałem foto. Po pewnym czasie domyślłem się, że mają kłopoty, próbowałem wrócić pod prąd, ale okazało się to niemożliwe. Porozumieć się z nimi nie mogłem, bo Jasiek ... nie wziął telefonu (po co? na taki krótki etap?) Wobec tego, po prawie godzinie czekania postanowiłem dopłynąć do dawnego młyna (z 1909 roku z zabytkowym domem młynarza. Dziś, jak wszędzie, jest tu mała elektrownia wodna) i stamtąd próbować im pomóc. Na szczęście, kiedy byłem już na brzegu, koło ruin młyna, zobaczyłem że płyną. Przemoczeni, zziębnięci, poobijani, ale dzielnie postanowili płynąć dalej.
Na koniec jeszcze kilka słów o integracji. W Tumianach jest Stary Folwark, duży ośrodek wypoczynkowo-szkoleniowy, jak głosi nazwa obiektu. Znany jako miejsce urządzania wesel, oferuje również odpowiednio przygotowane spanie na sianie, co może stanowić pewną atrakcję dla mieszczuchów i tanią alternatywę np. dla rowerowych grup. Sam ośrodek robi przyjemne wrażenie, położony jest prawie nad jeziorem Tumiańskim, od którego dzieli go uchodząca tu rzeka Dadaj i przybrzeżne chaszcze. W sobotę wybraliśmy się tam spacerem na herbatę i ciasto. Szkoda, że zabrakło miejsca na opis z historią tego miejsca, albo jest umieszczony tak, że go nie znalazłem. Myślę, że kiedyś był to samowystarczalny dwór, wskazuje na to również okoliczna zabudowa.
Niestety, przez długi czas nikt nie był nami zaiteresowany, bo trwały przygotowania do integracji. Nie tylko personelu.
 Stoły już zastawione, dziwaczne konstrukcje z serwetek, schodzą się goście na biesiadę. Panowie w marynarkach, zdarza się też garnitur, ale żadnego sweterka czy dresu. Panie może nie w kreacjach, ale wieczorowo ubrane. Wszyscy muszą przechodzić koło nas, więc widzę, że każdy z panów w różny sposób trzyma bilet wstępu. Jedni starają się go ukryć, inni przeciwnie pokazują, że idą z ponad standardem. Najzabawniej wyglądały panie błyskając cekinami z torebką w jednej a flachą w drugiej ręce. Kulminacją integracji będzie pieczony dzik, który jest już gotowy, aby zrobić ostatnie wrażenie. Biegał dotąd pewnie po okolicznych lasach i chaszczach, żeby skończyć w ... kosztach za szkolenie jakiejś firmy.
Zostawiamy integrację i wracamy do siebie, bo my jutro płyniemy dalszy odcinek, oni zaś będą musieli leczyć ogrooomnego kaca.
  Szlak, o którym piszę, jest łatwy, bez specjalnych przeszkód. Na trasie jest jedno opisywane bystrze oraz niska kładka przed jeziorem Tumiańskim. gdzie trzeba kajak przeciągnąć brzegiem i elektrownie wodne w Klimkowie, Barczewie i na Wadągu jeżeli ktoś chce dopłynąć do Łyny. W Barczewie, foto miejscu urodzenia kompozytora Feliksa Nowowiejskiego, przepływa się obok zakładu karnego, w którym do śmierci w 1986 r. karę odbywał najsłynniejszy więzień barczewskiego więzienia - niemiecki zbrodniarz wojenny, były gauleiter Erich Koch.
A spływ można zacząć wyżej na rzeczce Dymer, która płynie przez Biskupiec.

Inne zdjęcia w galerii Pisa Warmińska.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Wyspa z Trinakrią

czwartek, 03 lutego 2011 14:34

Album  ze zdjęciami


 Dziś, kiedy za oknem grudniowy mróz a ja przygotowuję zdjęcia do prezentacji, mam ogromny niedosyt. Bo jakże mało zarejestrowałem. Ten niedosyt towarzyszy pewnie każdemu, kto miał do dyspozycji kilkadziesiąt minut na zwiedzanie, zrobienie zdjęć. A obok rzeszę tych, co dokładnie chcą zrobić to samo, przeszkadzając sobie wzajemnie.
   Ale zacznę od roku 2009, kiedy na Cyprze spotkałem pana Piotra Biesa z Raciborza (autora książki "Walczyłem z rakiem"), który barwnie opowiadał o swoich pobytach w Taorminie. Zachęcił mnie w ten sposób do wyjazdu na Sycylię. Wynika z tego, że Trinakrię trzeba wiązać z Sycylią. Można powiedzieć, że jest to odpowiednik naszego Orła Białego, widnieje bowiem na sycylijskiej fladze. To starożytny symbol słońca – trójnożna istota, której głowę zdobią węże (albo wg. innych źródeł kłosy pszenicy). Nogi zaś, niczym promienie słoneczne zwrócone są w kierunku trzech opływających wyspę mórz: Śródziemnomorskiego, Jońskiego i Tyrreńskiego. Albo, jak chcą inni - nawiązują do trójkątnego kształtu wyspy. 

 

 

Sycylia.

Po lewej fragment ceramiki, po prawej flaga Sycylii

 

 Wydaje mi się, że Cefalu to najlepsze miejsce na wyspie, które umożliwia jej poznanie. Piszę tak nie dlatego, że tam byłem, staram się zachować obiektywizm. Jest to jedno z większych, zabytkowych miast sycylijskich (ok. 15 tys. stałych mieszkańców), położone tak, że można łatwo zwiedzić Palermo, Taorminę, Wyspy Eolskie, pojechać na Etnę. Mieszkałem w popularnym wśród Polaków hotelu o przyzwoitym standardzie i za dopłatą nie chciałbym się dać zamknąć w ogrodzonych, strzeżonych warowniach luksusowych hoteli, położonych z dala od morza i miasta, szczególnie przy 2 tyg. pobycie. Wieczorny spacer wzdłuż morza, szum fal, zaułki pełne biesiadujących turystów, śpiewy i grania, targ, stragany na deptaku, czy chociażby codzienny widok miasta na tle morza i skalnego wzniesienia, dodają pobytowi wiele uroku. To wszystko składa się na klimat miejsca, którego nie da się kupić nawet, jeżeli w portfelu masz tylko karty Gold.
   

 Cefalu założyli Grecy budując tu fortyfikacje. W 858 roku miasto zostaje zdobyte przez Arabów, a w roku 1063 przejęte przez Normanów pod wodzą króla Rogera II. Najważniejszym zabytkiem jest katedra z 1131 roku ufundowana przez tego króla. Zachowała się średniowieczna pralnia, która wcześniej może pełniła rolę łaźni rzymskich. Składa się z szeregu schodów wykonanych z lawy wulkanicznej oraz wanien kamiennych wypełnionych wodą, która wlewa się do basenu ze strumienia spływającego ze zbocza skały i wypływa do morza. W dzień może mniej upalny warto wspiąć się na skałę La Rocca, żeby obejrzeć panoramę miasta z góry, zobaczyć fragmenty budowli sprzed wieków. Na pewno trzeba mieć przy sobie zapas wody i odpowiednie obuwie. W połowie wzniesienia jest posterunek, gdzie kontroluje się ruch turystów. Po prostu na poboczu ścieżki przy stoliku siedzi mężczyzna i zapisuje w zeszycie narodowość (dla statystyk ?) i godzinę wejścia. Sądząc po wypchanej torbie oznakowanej czerwonym krzyżem, którą ma przy sobie, pełni przy tym chyba funkcję ratownika, bo o skręcenie nogi tu łatwo. Mój podziw budzi ogrom pracy, jaki dawni budowniczowie musieli włożyć transportując i dopasowując do siebie duże bloki skalne, (co widać na zdjęciu) przy wznoszeniu "Świątyni Diany".  W katedrze w Cefalu centralne miejsce zajmuje mozaika Chrystusa Pantokratora, czyli Stwórcy wszechrzeczy, wszechmocy. Ten sam motyw zobaczymy również w katedrach Monreale i Palermo. 
 
 Wyjeżdżając na Sycylię wiedziałem, że musze zobaczyć Etnę i Taorminę i to Etna poszła na pierwszy ogień. Jakże realny, gdy piszę te słowa, bo dwa dni temu pokazano w TV ogniste erupcje Etny. Oczywiście ruch turystyczny nad krater zamknięto. Kiedy ja chodziłem po jej zboczach  Etna spała, lawa na jej zboczach nie była nawet ciepła. Teraz pewnie upłynie jakiś czas, gdy zostanie przywrócona komunikacja, spychacze odblokują parkingi na wys. 1800 m, wznowi działalność cała infrastruktura i wszystko wróci do normy w oczekiwaniu na następny wybuch. Trudno sobie nawet wyobrazić, żeby istniała tak wielka siła, która by mogła wtedy, kiedy tam jesteś, zmienić wygląd horyzontu, cały krajobraz. Więc czujesz się bezpieczny. Coś, co przekracza granice ludzkiego pojmowania nie może wzbudzić zagrożenia, ale jak widać jest to złudne wrażenie. Dlatego zbocze Etny usiane jest po prostu stacjami pomiarowymi. I co dziwne pszczołami. Bo rozległe zbocza wulkanu porasta, jako pierwszy miododajny, żółty żarnowiec. Nic jednak nie zastąpi widoku, zapachu i odgłosu !!! kwitnącej alpejskiej łąki. Tak czy inaczej, pogubisz się w smakach miodu, gdy zaczniesz je za darmo próbować zachęcany przez sprzedających. Pani, która w tym rzemiośle była chyba znawczynią powiedziała: "To są smaczne miody, ale wolę nasze. My na Kurpiach nie potrzebujemy Etny tylko, żeby nikt nam nie truł pszczół."
 
 Taormina – to miasto z domami przyklejonymi do zbocza, rozlokowane na skalnym tarasie, 200 m n.p.m. Wszyscy się tu znają i cieszą, że mieszkają w tak pięknym miejscu. Dbają o najbliższe otoczenie i turystów. Symboliczne w wymiarze balkony zdobią girlandy kwiatów, Można tu spacerować godzinami, tyle tutaj placów, malowniczych zaułków, uroczych uliczek. Wąskich, ale barwnych, przystrojonych nie wiadomo czym, ale czymś co zwraca uwagę. I wszędzie mnóstwo małych sklepików z pamiątkami oraz kafejek. Jedną z nich - kawiarnię "Wunderbar" wybrali sobie artyści, aktorzy, milionerzy, którzy tu mają swoje rezydencje, na miejsce spotkań. Jednak, żeby się tu dostać, trzeba pokonać znaczne wzniesienie klifu, pozostawić za opłatą samochody na wyznaczonych parkingach i przesiąść się do autobusików miejskich, które dopiero dowiozą nas na poziom starego miasta. Warto zobaczyć starożytny Teatr Grecki, a za jego sceną - potężny wulkan. Z Taorminy rozciąga się przepiękny widok na morze, na zatoczki z pasmami plaż i wysepki w dole. Jedna z nich, Isola Bella jest połączona z lądem wąską groblą tworząc malowniczy cypel. Jednak chyba większe wrażenie na mnie zrobiło Santorini - miasto o podobnym położeniu.

 Wyspy Liparyjskie (Eolskie) to niewielki archipelag kilkunastu wysp wulkanicznych. Łącznie mieszka na nich ok. 14 tys osób. Największa z nich to Lipari (9,5 x 5 km 37,3 km²) Salina 26,1 km², Vulcano, Stromboli, Filicudi, Alicudi, Panarea 3,4 km². Na Lipari kiedyś wydobywano pumeks, dziś zaprzestano eksploatacji jego złóż. Są tu również pokłady obsydianu - szkliwa wulkanicznego, który po odłupaniu daje bardzo ostre i twarde krawędzie. W epoce kamienia wyrabiano z niego narzędzia. Dzisiaj używany jest, jako kamień dekoracyjny, wyrabia się z niego ozdoby. Nad miastem góruje katedra pw. św. Bartłomieja. Wyspę najlepiej objechać autokarem, wtedy można zobaczyć również wyspy sąsiednie. Można zaobserwować jak na Stromboli z krateru snują się dymy i co kilkanaście - kilkadziesiąt minut następuje erupcja, na wysokość około 200 m wyrzucany jest pióropusz gazów, popiołów i lawy. Wulkan ma wysokość 926 m. Swobodny dostęp jest do wys. ok. 400 dalej można się wspinać tylko pod opieką przewodnika. Na Vulcano również widać działanie wulkanu. Ze zboczy wydobywają się obłoki dymów. Skały nad brzegiem morza pokryte są żółtą, krystaliczną siarką, zapach siarkowodoru jest bardzo intensywny. Z dna morza, wyczuwalnie ciepłego, wydobywają się gazy, które z bulgotem wypływają na powierzchnię. Obok plaży z czarnym piaskiem jest gorące źródło wulkanicznego siarczanego błota, w którym za dodatkową opłatą można się taplać. Jest to zabieg, który dzielnie znoszą kobiety, bo znakomicie działa na cerę. W pobliżu plaży jest samotny hotel, który moim zdaniem raczej pełni rolę sanatorium. Bo jak długo można wytrzymać w nieustannym fetorze i patrzeć czy chodzić na dymiące zbocza. Innych atrakcji, poza morzem, tu nie ma.
A w drodze powrotnej udało nam się obserwować igraszki delfinów.

 
 Monreale - budowę katedry w tym mieście, które wkrótce wchłonie Palermo, rozpoczął w 1174 r. Wilhelm II Dobry, który spoczywa tu w porfirowym sarkofagu. Wraz z kościołem wybudowano pałac arcybiskupi i budynki klasztoru benedyktynów. Te budowle otoczono potężnymi murami z dwunastoma wieżami i wielokrotnie przebudowywano. Zachowała się część zabudowań klasztornych ze słynnymi krużgankami, na które składa się 228 podwójnych kolumn z bogato rzeźbionymi kapitelami. Bazylika zajmuje powierzchnię o długości 100 m i szerokości 40 m. Została wzdłużnie podzielona na trzy nawy przez 18 kolumn zakończonych rzeźbionymi kapitelami. Wszystkie ściany głównej nawy, transeptu i apsyd są całkowicie pokryte złotą mozaiką o łącznej powierzchni (!) 6340 m² Jest to dzieło niezwykłe, wykonane na przełomie XII i XIII wieku i przedstawia sceny ze Starego i Nowego Testamentu. W środkowej apsydzie u góry jest umieszczona gigantyczna (szerokość 13,3 m i wysokość 7 m) postać Chrystusa Pantokratora, który unosi prawą rękę w geście błogosławieństwa. Natomiast w lewej trzyma Ewangelię otwartą na stronie z napisem po łacinie "Ja jestem światłością świata, kto idzie za mną nie będzie błądził w ciemności".

Główne wejście do katedry stanowią wykonane w 1186 roku przez budowniczego wieży w Pizie (Bonnano z Pizy) - drzwi z brązu, ozdobione 42 reliefami przedstawiającymi sceny biblijne. Wchodzi się do niej z dobudowanego w XVIII wieku placu. Drzwi północne, ukończone w 1179 r., są dziełem Barisana da Trani. Ozdobione zostały 42 portretami świętych i ewangelistów.

 Palermo - stolicę Sycylii zamieszkuje ok 700 tys. osób. Miasto leży nad rozległą zatoką u stóp liczącej 606 m góry Monte Pellegrino, gdzie znajduje się sanktuarium św. Rozalii – książęcej córki, która wybrała życie pustelnicy. Gdy odnaleziono tu w roku 1624 jej szczątki i przeniesiono je do katedry w Palermo, ustała szalejąca w mieście epidemia dżumy, stąd jest uznawana za mającą moc chroniącą przed zarazami. Grota, w której spędziła życie, stała się miejscem pielgrzymek a święta została patronką miasta. Kult jej jest bardzo żywy do dnia dzisiejszego. Uroczystości ku jej czci, czyli Festa di S. Rosalia, trwają od 10 do 15 lipca, dnia odnalezienia jej szczątków, oraz w dniu wspomnienia jej śmierci 4 września w formie pochodów, festynów i zabaw (jest to dzień wolny od pracy).
 W pobliżu Porta Nuova stoi pałac królewski, siedziba sycylijskiego parlamentu
. Pałac wybudowali w XI wieku Normanowie na ruinach zamku arabskiego. W jego wnętrzu znajduje się słynna XII-wieczna Capella Palatina z ciekawymi sklepieniami stalaktytowymi i pochodzącymi z XII wieku mozaikami.  
 Centralnym miejscem miasta jest skrzyżowanie dwóch głównych ulic Via Vittorio Emanuelle oraz Via Maqueda tzw. Quattro Canti (Cztery Rogi). Elewacje domów przy skrzyżowaniu zdobią fontanny, rzeźby czterech pór roku i czterech hiszpańskich (!) królów Sycylii.
Niedaleko stąd do katedry pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny czy – jak mawiają Włosi – Santa Rosalia i znajdującej się w niej kaplicy św. Rozalii ze srebrną, blisko 600-kilogramową trumną z jej relikwiami. W katedrze – miejscu swej koronacji – pochowany jest król normandzki Roger II – bohater opery Karola Szymanowskiego.
Zachwyt budzi cała bryła katedry, ale w sposób szczególny kopuły pokryte majolikową dachówką, gotycki portyk i główny XV-wieczny portal, nad którym wchodzących do świątyni wita z mozaiki Matka Boża. Niezwykłym pięknem urzeka też stojąca po drugiej stronie ulicy średniowieczna dzwonnica katedry. Zdjęcia tych obiektów publikuję w tematycznym albumie.

Innym słynnym i osobliwym, a wręcz makabrycznym miejscem często odwiedzanym podczas pobytu w Palermo są katakumby Convento dei Cappucini. To podziemny cmentarz blisko 8 tys. znaczących i zamożnych mieszkańców miasta. Nie liczba pochówków jednak stanowi o wyjątkowości tego miejsca, a ich forma. Odwiedzający katakumby przechodzą wśród szkieletów bądź zmumifikowanych ciał pogrupowanych według płci, zawodów i pozycji społecznej, a ubranych w najlepsze ubrania. Jedną z ostatnich osób, której ciało spoczęło w katakumbach Palermo, była dwuletnia Rosalia Lombardo, która zachorowała na zapalenie płuc i zmarła w 1920 roku. Jej zrozpaczony ojciec, poprosił Alfreda Salafię, żeby zabalsamował zwłoki. Salafia był lekarzem, a efekt jego pracy jest osobliwy – dziecko wygląda jak żywe. Modlimy się o spokój zmarłych, nikt przed śmiercią nie pytał ich o zgodę, czy zechcą po niej brać udział w tym dziwnym spektaklu, dlatego ja w katakumbach nie byłem, wystarczająco dużo wrażeń miałem bez ich zwiedzania.
Opisałem miejsca, w których byłem. Coraz więcej osób wypożycza samochody i układa własny plan zwiedzania, bo równie atrakcyjnych miejsc tu nie brakuje. Mam na myśli chociażby Syrakuzy, Segestę czy Erice. Z tym, że na Sycylii w ruchu drogowym szczególnie w dużych miastach zasadą jest brak zasad. Centrum Palermo jest całkowicie zakorkowane, samochody poruszają się obok siebie na odległość lusterka, nikt nie zwraca uwagi na pasy, znaki, skręcanie w prawo z pasa do jazdy w lewo jest równie powszechne jak wykorzystywanie chodnika i wymuszanie pierwszeństwa.
Warto wybrać się w Palermo na bazar (np. w pobliżu Teatro Massimo - największego teatru we Włoszech i trzeciego co do wielkości w Europie) , gdzie można kupić nie tylko tanie i pyszne winogrona, melony czy inne owoce, ale również znakomite suszone pomidory, zobaczyć oferowane do sprzedaży owoce morza czy ryby z ogromnym miecznikiem na czele. Warto też posmakować zuppa di cozze - to doskonała zupa z małżami.

 Na koniec coś o weselnych zwyczajach Sycylijczyków. Hotel miał bankietową salę wypożyczaną na te uroczystości. Przyjęcia weselne zaczynały się zawsze w dni powszednie (!), ok. godz. 14 trwały zwykle do godz. 18 (!), chociaż jedno z nich odbywało się w godzinach wieczornych. Przed salą bankietową była ozdobna lista z numerami stolików dla zaproszonych gości, którzy gromadzili się najpierw na tarasie, gdzie podawano wino, napoje, owoce. Panowie ubrani dostojnie w ciemne garnitury i, co się rzucało w oczy, eleganckie, nienaganne buty. Po przybyciu młodej pary zaczynał się uroczysty obiad. Cały czas grał zespół muzyczny, przy kawie już do tańca. Goście rozchodzili się z małymi paczuszkami - pamiątkami od pary młodej, która żegnana przez gości wyjeżdżała w podróż poślubną. Wieczorna uroczystość zakończyła się ok. 21 przy basenie, pokazem unoszących się małych balonów na ogrzane powietrze.
Czyli żadnego pijaństwa, wiele gości po przyjęciu prowadziło samochody, żadnych marszów granych przez prawie muzyków i prawie bez wspomagania w postaci odtwarzanego pliku z utworem, prawie na żywo. Bez głupkowatych zabaw z krzesłami, butelką, kolankami itp. Żadnych oczepin i kupowania tańca przez pijanych biesiadników, żadnych poprawin. Żadnych prezentów, zapewne goście przekazywali młodej parze jakieś kwoty na rozpoczęcie wspólnego życia. Czyli można i tak - czyli inaczej. 

 

Album  ze zdjęciami


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Wda

poniedziałek, 09 sierpnia 2010 6:46

Foto album

 Po raz trzeci przy pomocy Ułanków, którzy w wakacje z wnukami, mieszkającymi na stałe w Dubaju, odpoczywają od kilku lat w Drzewiczu, zaplanowałem samotny spływ tym razem Wdą. Wracam na Wdę po 24 latach i właściwie nie pamiętam rzeki. Płynąłem wtedy z Izą w czasach bardzo siermiężnych i pamiętam, że oglądaliśmy kamienne kręgi, gdzie w ramach praktyk wakacyjnych pracowali studenci na stanowiskach archeologicznych.
 Gdy tylko wjechałem na teren gminnego? pola biwakowego już była przy mnie pani z sąsiedniego domu i wyciągała rękę po mały, ale jednak haracz.
 - Za wodowanie 2 złote się należy od kajaka - usłyszałem od stojącego przy mnie cennika.
 - Jak pan chce zostawić samochód, to najtaniej będzie u sąsiada na łące.
Zawiodłem jej nadzieje, bo zarobiła tylko 2 złote i nie wiem czy dla ogólnego dobrobytu mieszkańców Lipusza, czy na swój własny rachunek. Wójt gminy Lipusz ma zapewne sposób na rozliczanie opłat za korzystanie z gminnego? bez regulaminu, pola biwakowego. A samochód zabrał Wojtek do Drzewicza.
Przede mną do odpłynięcia szykują się 3 załogi, na odprawie pada komenda:
- Kapoki włóż, do kajaków rozejść się! Można wodować!
- Tato, ale ten kapok jest dla mnie za duży! Ja nie chcę w kapoku, ja chcę do mamy!
Jak się potoczyły dalsze negocjacje nie wiem, bo oddałem aparat, po zrobieniu im pamiątkowego zdjęcia i wróciłem do pakowania swojego kajaka. Minąłem ich dopiero na początku jez. Schodno, biesiadujących przy wieży widokowej. A ja popłynąłem dalej, machając ręką na pożegnanie.
Po ponad 600 km przepłyniętych Bugiem, ten spływ miał być relaksowy. Zgodnie z tymi założeniami rozstawiłem swój nowy, maleńki namiot na końcu jez Schodno, na rozległym polu biwakowym oznakowanym nie wiem dlaczego, jako "Mostek". Zaczął padać deszcz, dogaszając po poprzednikach tlące się jeszcze opodal ognisko. Wieczorem przyjechał dzierżawca i skasował za pobyt 8 zł. Tylko ode mnie, bo w poniedziałek rzadko kto zaczyna pływanie i nocowałem tu sam. Drogo, bo nie ma tu niczego, poza przepełnionym koszem na śmieci (i sterty śmieci obok) oraz tablicami informacyjnymi, których przecież nie postawił. Opłaciłem haracz i uspokojony mogłem się kłaść spać. Wraz z zachodem słońca ucichło, gdzieś jeszcze, od czasu do czasu, słychać było jakieś wieczorne ptasie kłótnie i "szczekanie" koziołka (tego od sarny) na tle odgłosu deszczu. W takich sytuacjach zawsze się dziwię, jak to możliwe, żeby kawałek rozpiętego nad głową materiału dawał poczucie bezpieczeństwa, realną ochronę przed deszczem i wiatrem oraz chronił przed zimnem. 
 Rano po spokojnie przespanej nocy wstałem późno i nie spiesząc się, zgodnie z założeniami, po rutynowych czynnościach, ruszyłem dalej. Wda pokazała swoją krasę, krystaliczne wody, w których bez trudu można obserwować przemykające ławice małych rybek, wijące się warkocze wodnej roślinności. Szpalery drzew kładły na wodzie cienie, żeby za chwilę przedzierające się przez drzewa słońce pozwalało dostrzec dno. Szum wiatru, plusk wody, jakieś śpiewy ptaków, rzadkie, bo już po lęgach. Kroczące po łąkach bociany, na brzegach zastygłe czaple. Najlepiej odłożyć wiosło, niech nas niesie woda, poczuć jak grzeje słońce i chłonąć to, co można zobaczyć. I zapamiętać.
 Płynąc bez planu zaplanowałem jednak, że popłynę do stanicy we Wdzydzach. Po drodze miałem sesję zdjęciową z niezwykle przyjaznym kormoranem. Stanicę z daleka sygnalizuje wysoka wieża widokowa i coraz większy ruch na wodzie. To przecież popularne miejsce odpoczynku na Kaszubach z rozbudowanym zapleczem. Żeglarze zawijają tu do swojej mariny w zatoce i tam cumują mając do dyspozycji wszystko co im potrzeba. Przypomniało mi się Monte Carlo, gdzie po nabrzeżu między pełnomorskimi jachtami biegało dziesiątki kelnerów. Bo tam się rezerwuje miejsce, dopływa i cumuje za horrendalne pieniądze a nie pływa. Tu we Wdzydzach jest jeszcze odwrotnie.
 Dopływam do końca jeziora, szukam wypływu Wdy. Włączam gps, skręcam ostro w lewo kierując się zgodnie z jego wskazaniami. Rozglądam się dookoła, nikt nie płynie kajakiem w stronę Borska a właściwie Jeziornej, bo Borsk jest troszkę dalej. Na pomoc przy przenosce nie mam co liczyć. Wpływam w koryto rzeki zgodnie z jej nurtem. Po lewej drzemie siedząc w fotelu jakiś człowiek. Chyba czegoś pilnuje. Zagaduję o przenoskę, bo w przewodnikach i relacjach pojawiały się różne jej wersje i rady. Słyszę, że skoro mam się przeprawić sam, bez pomocy, to łatwiej mi będzie, jeżeli popłynę dalej i wybiorę wprawdzie dłuższy, ale łatwiejszy wariant. Przy jazie odległość do przeniesienia jest krótsza, ale trudniejsza, ze stromym i niewygodnym wyjściem i wodowaniem. Zawracam i płynę zgodnie z jego instrukcją. Pokonuję na raty odległość 150 m ciągnąc kajak po trawie, proszę jedynie o pomoc przygodnego przechodnia przy przeniesieniu kajaka przez dojazdową drogę, wyłożoną betonowymi płytami. Jest tu sklep spożywczy a obok bar z ogródkiem piwnym. Kiedy kajak jest już przygotowany do dalszej drogi, odpoczywam przy piwie, ale z własnych zapasów, bo z baru dochodzą odgłosy kłótni.
 Siadam więc do kajaka, zdecydowanie wolę inne odgłosy. Mijam most i zabudowania Borska. Dopiero w domu przeglądając log trasy z tego dnia widzę na mapie satelitarnej, że do Jeziornej dochodzi pas startowy jakiegoś lotniska. Sprawdzam. Okazuje się, że to dawne lotnisko wojskowe (widać je na logu wtorek.jpg koło napisu Borsk) wykupione przez prywatnego inwestora. Dociekliwym polecam obejrzeć to miejsce w programie źródłowym, czyli Google Earth. Widać stojący na "poboczu" samolot, pasy przejścia, ścieżki. CIA wolało lotnisko w Szymanach.
 Po ok 40 min dopływam do mostu na kanale Wdy. Przed nim po prawej stronie widać jaz i słychać to, co zawsze wzmaga czujność, gdy płynę kajakiem, czyli szum spadającej wody. Trzeba podjąć decyzję czy się przenosić tu, koło jazu, czy płynąć dalej kanałem Wdy i przenieść się później. Ja tę decyzję podjąłem wcześniej. Kajak w dół zsunął się prawie sam. Jak to zawsze bywa w przypadku alternatywy są plusy dodatnie i ujemne. Żeby nikogo nie zrażać powiem, że przeniesienie dalej, na kanale Wdy ma sens wtedy, gdy dokładnie wiesz, gdzie to zrobić. Przeniesienie na jazie jest prostsze a skutkuje tylko tym, (co widać na zdjęciach, które pokazuje tylko dlatego, żeby zobrazować opisaną sytuację) że za jazem płyniemy szybkim i wąskim odcinkiem rzeki. Przed Bąkiem mijam reklamy oferujące postój i nocleg, które zachęcają nie tylko w ojczystym języku, że na biwaku będę miał WC, prysznic, prąd, oświetlenie, ciszę i spokój, jedzenie domowe i wszystko to, co nie mieści się na kawałku reklamowej sklejki. Skoro pierwszego dnia za skrawek miejsca na postawienie namiotu zapłaciłem 8 zł, to kurcze teraz, za te wszystkie rewelacje zapłacę pewnie tyle, ile płacą bogacze w Monte Carlo. I drogą eliminacji potrzeb podejmuję decyzję. Kąpałem się przed wyjazdem i wczoraj, więc brudny nie jestem, prąd mam własny z panela, jak będę chciał, to zapalę czołówkę i nastanie jasność. Mijam więc Bąk tak, jak zignorowałem wszystkie zaproszenia Jarosi. Żal tylko, że nie posmakuję kaszubskiej zupy rybnej, albo wędzonej sielawy. Zaraz za Bąkiem słyszę odgłosy burzy - grzmi. No to mam za swoje, przyjdzie wichura, zaraz mnie zmoczy. I jak na zawołanie, gdy zagrzmiało już bardzo blisko, widzę po prawej miejsce, które nadaje się na rozstawienie jednego namiotu. Szybki ogląd i decyzja. Tak. Tu w lesie będę nocował. Kończę rozładowywać luki, gdy zaczyna leniwie padać deszcz, więc namiot stawiam w warunkach prawie idealnych. Przygotowuję sobie jedzenie mając już dach nad głową, burza przeszła bokiem, trochę tylko popadało. Wychodzę z namiotu, jestem w lesie, więc sprawdzam najbliższe otoczenie, bo może znajdę jakieś grzyby. Znajduję coś innego, co każe mi wrócić do namiotu po aparat. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem, widok prawie irracjonalny. foto Zdjęcie nie oddaje w pełni tego co zobaczyłem, ale warto je obejrzeć. Skąd w jednym miejscu tyle pajęczyn nie wiem, może to pozostałość po pajęczych godach?
 Środa. Most kolejowy potwierdza moją pozycję. Kiedyś był potrzebny, dziś nikomu już nie służy. Zatrzymuję się dalej, gdy widzę siedzącego nad rzeką na stołeczku starszego pana i to w dogodnym do wyjścia miejscu.
- Astmę mam, to na spacer biorę ze sobą stołeczek. Jak się zmęczę, to siadam i odpoczywam. 
Gawędzimy dość długo, lubię takie rozmowy i takich rozmówców.
Do "Kamiennych Kręgów" dopływam równocześnie z 3 kajakami, z którymi się przed chwilą zrównałem. Przy pomoście na postoju o tej samej nazwie cumują inne kajaki. Korzystam z sytuacji, zostawiam kajak pod opieką szefa poznanej przed chwilą ekipy i idę zwiedzić rezerwat "Kamienne Kręgi". To pamiątka po Gotach z I i II wieku n.e., ich wierzeniach i zwyczajach. Jest tu 10 całych i 2 częściowo zachowane kręgi ułożone z głazów i dużych kamieni oraz ok 30 kurhanów - zbiorowych mogił ze stożkowym nasypem ziemnym lub kamiennym. Kamienie się pewnie nie zmieniły, ale otoczenia nie poznaję. Wyrzucono sprzed wejścia jarmarczne kramy, zbudowano miłe dla oka wejście. Dużym nakładem środków powstała cała infrastruktura poczynając od pomostu nad rzeką i schodów po WC (!), ławeczki, opisy, drogowskazy, pomosty widokowe. Na jednej z tablic opisano właściwości miejsca nazwanego "elipsą" - strefy podobno pozytywnej energii, od której kiedyś Kaszpirowski i jego polski odpowiednik byli specjalistami.
Zastępuję pana, który do tej pory pilnował kajaków, zamieniamy się rolami. Teraz on idzie obejrzeć rezerwat. Spotykamy się ponownie we Wojtalu przy dawnym młynie, korzystam z pomocy jego młodej ekipy przy przeniesieniu kajaka i idę do pobliskiego sklepu. Ze wznoszącej się drogi widać stawy hodowli pstrągów i drogę biegnącą przez zaporę. Przy drodze wybudowano zadaszenie z myślą głównie o zmotoryzowanych, skąd można obserwować dopływające kajaki i odpocząć. Za pstrągarnią (600m) jest most drogowy a po następnych 400m po lewej miejsce zachęcające do postoju, zgodnie ze swoją nazwą zlokalizowane przy wyrobiskach dawnej żwirowni. Miejsce ładne z rozbudowanym zapleczem, ale mało kto tu staje, bo jest za blisko przenoski i za daleko stąd do sklepu. Ja też popłynąłem dalej, zrobiłem tylko zdjęcia. Przede mną most kolejowy co oznacza, że dopływam do Wiecka. Nad jez. Wieckim wyznaczyli sobie miejsce ostatniego biwaku poznani przed Odrami bardzo sympatyczni kajakarze, poczynili nawet w sklepie w Wojtalu stosowne zakupy. Jez. Wieckie nie leży na szlaku Wdy, ale na końcowym odcinku szlaku Studzienickiej Strugi. Jest dopiero południe więc, postanawiam opłynąć jez. Wieckie. Wpływam pod wartki prąd wąskiego ujścia Studzienickiej Strugi, wkrótce robi się szeroko i płytko. Dopływam do spiętrzenia ułożonego z kamieni i worków z piaskiem. Za nim podobne spiętrzenie a jeszcze dalej zastawka. Nie bardzo mam ochotę na 3 przenoski, wracam więc na Wdę. Tablica informacyjna na postoju w Klonowicach potwierdza moje przypuszczenia, że gmina Czersk pozyskała środki na zagospodarowanie turystyczne szlaku Wdy z unijnych funduszy. Szkoda, że nie wszystkie gminy, przez które płynie Wda były takie operatywne. Lipusz chyba nie wykorzystał tej szansy. Rzeka jest ulubionym szlakiem kajakarzy i nic w tym dziwnego, skoro płynie przez serce Kaszub, przez piękne jeziora, sosnowe bory, przez łąki z dala od zeszpeconych rozwojem a coraz częściej bogactwem, krajobrazów. Czarna Woda wita niezbyt miłymi widokami, ale miasteczko to niewielkie i chyba nie bardzo bogate, bo widać dużo ogródków, działek z warzywami. Powstały one raczej z konieczności i biedy, niż z zamiłowania do natury czy estetyki. Mijam z lewej chyba jakieś ujęcie wody, później pierwszy z mostów, pod którym podwieszono jakieś rurociągi. Dalej łuki mostu kolejowego spinają oba brzegi rzeki, która w tym miejscu szumi na kamieniach i zaprasza do płynięcia środkiem.

 Postojów, miejsc odpoczynku nad Wdą jest wiele, nigdzie ich tyle nie spotkałem. To za mostami w Czarnej Wodzie wygląda zachęcająco. Ale uśmiech każdego musi wywołać to następne - Złe Mięso. Myślę, że ta nazwa wcale nie odstrasza a wręcz przeciwnie, przyciąga. A jak się żyje w Złym Mięsie nie wiem, popłynąłem dalej.
Niedaleko, bo na nocleg wybrałem rozległe pole biwakowe pod lasem przed Czarnem. Jak się wieczorem okazało w rozsądnej cenie bo za 5 zł. Kiedy już rozłożyłem swoje domostwo, po programie obowiązkowym, bez jazdy dowolnej, siadłem przy okolonym głazami miejscu przygotowanym do palenia ognia i rozpaliłem małe ognisko z tego co zostawili poprzednicy. Wyznaczanie miejsc na palenie ognisk ma sens, bo zmniejsza ilość śladów po ogniskach, które pozostają na bardzo długo i często stają się zaczątkiem śmietnika. Dziś coraz częściej ognisko nie służy już do gotowania posiłków a do tzw. "integracji", czyli wiadomo do czego. Wtedy usłyszałem za sobą na rzece głosy. Do brzegu dobijają dwa kanu. W porównaniu z kajakiem można na nie załadować żonę, kilkoro dzieci, psa i beczki z dobytkiem. I właśnie to wszystko przy moim kajaku wyszło na ląd. Dzieci się rozbiegły, psy zaczęły ujadać, żony również. Z ulgą przyjąłem fakt, że po kąpieli dzieci, po piwie i siusianiu całe towarzystwo odpłynęło.
 Czwartek. Rano poszedłem do pobliskich zabudowań po wodę, przy okazji obszedłem las w poszukiwaniu grzybów, ale nic nie znalazłem. Właściciel pola biwakowego miał wczoraj więcej szczęścia, bo po opłatę przyszedł z pięknymi okazami borowików. Po odpłynięciu mijam betonowy most drogowy w Czarnem a później most drewniany na drodze do Młyńska. Na następnym moście prowizorycznie sprayem wymalowano napis "Sklep kolonialny 750m", strzałka w prawo wskazuje, że w Osowie Leśnym nawiązują albo do odległego nazewnictwa, albo, co bardziej prawdopodobne, nie wiedzą co piszą. W sklepie kolonialnym kiedyś sprzedawano towary pochodzące z zamorskich krajów, często koloni, głównie korzenie, przyprawy, kawę itp. A może dziś sklep kolonialny oznacza, że jest to sklep zlokalizowany na koloni, jak często oznacza się zabudowania położone niedaleko większej miejscowości. Po 50 min dopływam do mostu kolejowego koło miejscowości Krępki. Ani śladu po zapowiadanym bystrzu, za to niespodziewanie widzę przed sobą grupę kajakarzy. Płyną do Wdy. Przed mostem we Wdzie dochodzę inną grupę kajakarzy, którzy lądują zaraz za mostem po lewej stronie. Ja płynę dalej, bo nawet nie ma możliwości wyjść na brzeg, trzeba czekać w kolejce. Zatrzymam się dalej, upał staje się dokuczliwy. Staję za Wdą po lewej przy lesie na oznakowanym polu biwakowym z ławeczkami i zadaszeniem, miejscem na ognisko. Do przepełnionych śmietników dokładam swoje śmieci i idę się kąpać. Obok widać wykopany staw rybny z wysepką i domkiem na środku, ogrodzony wysokim płotem z rozciągniętą nad całym stawem siatką. Mija mnie kolejny kajak, później dwie kanadyjki, znów dwa kajaki. Wszyscy płyną do Wdeckiego Młyna. Skoro tak, to ja przenocuję właśnie tu. Stawiam namiot, przygotowuję sobie jedzenie, kiedy do brzegu dobija kanadyjka. Dwoje ludzi lustruje miejsce i za chwilę się rozładowują. Mam na noc sąsiadów. Stawiają duży namiot w kształcie tipi. Idę do Wdy, do sklepu po zakupy o czym powiadamiam sąsiadów. Odpowiedzią są bezradnie rozłożone ręce. Okazuje się, że to dwoje Niemców. Gdy wracam pani wrzuca po kolei zawartość otwartych puszek do kociołka zawieszonego nad ogniem na składanym solidnym rusztowaniu, sąsiad wraca z lasu z siekierą i wyciętą suszką. Gdy pani kończy mycie naczyń po kolacji dosiadam się do ogniska. Pan przynosi z tipi kolejną walizeczkę tym razem metalową, bo chroni kruchą zawartość - zestaw szklaneczek i kieliszków do wina. Przy szklaneczce whisky dowiaduję się, że w Polsce są już kolejny raz, byli na Brdzie, a na Wdzie on po raz drugi... w tym roku. Płynął Wdą z jakimś kolegą już w maju i tak mu się rzeka podobała, że wrócił tu ze swoją Frau. W Niemczech takich "dzikich" rzek już nie ma, ognisk takich, jak to, przy którym siedzimy, palić nie mogą. Ognisko grzeje, whisky również, po drugiej szklaneczce mówię im dobranoc. Zasypiam błyskawicznie. Nazajutrz w tipi widać oznaki życia, kiedy ja się już pakuję. Gdy jestem gotowy do odpłynięcia, jego Frau jeszcze śpi, więc żegnam się tylko z nim i częstuje piwem. Chyba wiedziałem czego mu trzeba.
 Do Wdeckiego Młyna mam stąd tylko jeden kilometr, do Tlenia 44 km. co oznajmia ustawiona tu tablica informacyjna.
We Wdeckim Młynie przeciągam kajak za zaporę bez niczyjej pomocy, bo mimo, że obok na polu biwakowym jest bardzo dużo namiotów, to wszyscy jeszcze śpią. Widzę tylko dwie młode dziewczyny, jedna myje gary, druga zęby. Cały obiekt ładnie wygląda, robi sympatyczne wrażenie, za co chwała inwestorowi. Dawny młyn, stał się jak wszędzie... elektrownią. Wszędzie, bo młyny nie są już tak potrzebne jak kiedyś, mało kto mieli zboże na własne potrzeby. Elektrownia daje łatwiejszy i pewniejszy dochód. Generatory mogą być sterowane automatycznie, pracują w dzień i w nocy, nie kurzy się, tylko trochę piszczy, nie wymagają ciągłego i bezpośredniego nadzoru. Na Zbrzycy w Milachowie jest mała elektrownia wodna i tartak. Właściciel przyjeżdża nad rzekę tylko wtedy, kiedy ma uruchomić tartak, wykorzystując oczywiście własną energię, gdy ktoś ma kłody drzewa do przetarcia. Elektrownia działa w trybie automatycznym, w newralgicznych miejscach zainstalował kamery, nawet oczyszczanie wlotu wody na turbiny ze śmieci, które niesie z sobą rzeka, odbywa się cyklicznie, bez udziału człowieka. Pijąc wieczorem w domu piwo widzi co tam się dzieje i ma możliwość zdalnej interwencji i sterowania.
 Widząc uśpione jeszcze namioty i ich ilość dobrze zrobiłem biwakując kilkanaście minut wcześniej. Zaczyna się bardzo ładny odcinek rzeki.
Rzeka wpływa w lasy, zmieniają się brzegi, momentami, nadużywając określenia, przechodzą w skarpy (bo gdzie im tam do nadbużańskich), płynie się w szpalerach drzew, dających ochłodę i ulgę oczom. Łąki uzupełniają ten obraz, w nozdrza wtedy uderza zapach eterycznych ziół, kwitnących wszystkimi kolorami.
A wokół cisza, jeżeli nie liczyć brzęczenia uwijających się pszczół i trzmieli, na tle szmeru płynącej rzeki. A gdy głośno zaskrzeczy kruk i uniesiesz głowę, to może obok czarnej sylwetki kruka zobaczysz krążącą kanię (to ta, która ma wcięty ogon) lub błotniaka stawowego, bo myszołów lata nisko i głównie w leśnych rewirach. Nie wspominam o bocianach, bo ich sylwetkę w próbnych lotach zna każdy. Cisza, a tyle zewsząd dźwięków, jeżeli ktoś potrafi słuchać. Najlepiej odłożyć wiosła, niech woda niesie sama, wtedy jest większa szansa na zobaczenie lisa, sarny, wydry, kuny czy bobra. Kiedyś na bobry polowano dla ich cennego futra, wilki, rysie były ich naturalnymi wrogami. Dziś tych wrogów nie ma a człowiek je chroni. Ich populacja tak już wzrosła, że moim zdaniem powinna być kontrolowana, bo wyrządzają duże szkody. W południe mijam most do miejscowości Kasparus, za mostem zatrzymuję się na kąpiel, bo dzień jest wyjątkowo upalny a woda "krystalicznie czysta". Moczę w wodzie spływową koszulę i tak jak na Bugu mokrą zakładam na siebie. Woda mnie niesie cały czas przez leśne ostępy, przed oczami, jak w filmie, przesuwają się kadry przepięknych widoków. Mam swój prywatny National Geografic. To jedna z przyczyn, że raz w roku płynę sam, bez wyznaczonych etapów, bez terminów i wlokę się wtedy niemiłosiernie, żeby nasycić się po brzegi tym, czym natura nas obdarzyć może. Dziś już nie boję się pływać samotnie, boję się raczej samotności. Wychodzę z zakrętu, po prawej dalszy ciąg łąki z brzegiem porośniętym tatarakiem, po lewej bardzo wysoki zalesiony brzeg. Omijam kolejną zwaloną sosnę, której podmyte korzenie nie oparły się kolejnej wichurze. Na szczycie punkt widokowy, bo widzę barierki i wybudowane zadaszenie. A za zakrętem - jak "nożem uciął" idealnie płaska łąka, którą ramionami obejmuje meander rzeki. Szybki zwrot i ląduję u podnóża wzniesienia. Wyciągam kajak, biorę aparat, piwo w dłoń i wchodzę na górę. Nawet tu ktoś palił ognisko i zostawił po sobie śmieci. Widok stąd wspaniały. Schodzę do kajaka, idę się kąpać. Na rzece słychać głosy, płynie grupa Czechów na czymś co przypomina palawy, ale nie pneumatyczne a wykonane z poliestrów. Zatrzymują się za następną olchą na odpoczynek, kąpiel, posiłek i coś mocniejszego, co krąży wraz z kieliszkiem z rąk do rąk. Kiedy odpływają uruchamiam mapę, jestem tuż przed rezerwatem Krzywe Koło, koło miejscowości Łuby. Jest tak gorąco, że nie chce mi się dalej płynąć a tu mam dobre miejsce. Na jutro zostawiam sobie końcowy odcinek rzeki. Stawiam namiot, gotuję obiad i kładę się w cieniu drzew. Mija mnie jeszcze kilka kajaków w drodze do Błędna. Szybko jednak wchodzę do namiotu, bo zza wzgórza wyłaniają się ołowiane chmury, zrywa się wiatr, słychać grzmoty. Wkrótce na tropiku słyszę odgłos deszczu.
 Rano nie ma już takiego upału, obchodzę łąkę w poszukiwaniu pieczarek, żadnej jednak nie znajduję. S
kładam namiot i się pakuję. Dziś celem jest Tleń. Czesi nocowali za mostem w Błędnie po prawej, teraz ładują swój sprzęt na samochód, obok czeka na nich już autokar. Mijam przyczółki zniszczonego mostu, który został wysadzony we wrześniu 1939 roku, aby utrudnić działania wojskom niemieckim. Na filarze umieszczono tu drewniany krzyż, bo w tym miejscu zginęła dziewczyna i chłopak. Wjechali na pozostałości mostu samochodem, który spadł do rzeki. Tragiczny koniec młodego życia. Przed mostem w Starej Rzece rzekę tarasuje wiekowy, potężny dąb z rozłożystymi konarami, sposób pokonania przeszkody zależy od stanu wody. Ja przeciągałem kajak po łące. Za mostem po lewej jest dogodne miejsce do zakończenia spływu lub postoju. Cały czas rzeka się wije pośród lasów. Wkrótce po minięciu Starej Rzeki rzeka się rozszerza przechodzi w rozlewisko. To znak, że przed nami Tleń. Widać pierwsze zabudowania i wreszcie most drogowy a przy nim po lewej "Samotna nad Wdą". Jest to pensjonat z zatłoczonym parkingiem i długiej historii, bo sięgającej pruskiego zaboru a ciągle w dobrej kondycji. Od tego miejsca zaczyna się już zbiornik zaporowy elektrowni w Żurze. Przepływam pod mostem i zatrzymuje się na nocleg w Ośrodku Rekreacyjno Wypoczynkowym "Promyk". Namiot stawiam z dala od wypożyczalni i ruchliwego nabrzeża (dziś jest sobota), na wzniesieniu, przy wypoczynkowych pokojach. Koszt pobytu to 10 zł i opłata klimatyczna. Za tą cenę mam bardzo dobre warunki pobytu, nawet prysznic bez ograniczeń. Idę coś zjeść. Wybieram miejsce na uboczu, gdzie jest dużo klientów i przy obsłudze pracuje cała rodzina. Nawet kilkunastoletni chłopak uwija się ścierając stoły i poprawiając krzesła a z kuchni wychodzi szefowa w wieku gwarantującym, że gdy uczyła się gotować, to nie było mikrofalówek. Zamawiam smażonego okonia, a nie pasionego karmą pstrąga, zupę rybną i nareszcie zimne piwo. Zupa rybna równie dobra, chociaż inna niż ta, którą jadłem w Słupsku. Bardziej gęsta, bo z lanymi kluskami (!) Zieleniny też nie brakowało, wyborna. Już się zapowiadam na jutro.
 Na powrót umówiłem się z Wojtkiem dopiero na następny dzień, żeby im nie zakłócać własnych planów weekendowych. Więc dziś w
niedzielę po powrocie z kościoła (15 sierpnia) płynę do Żuru. Ot tak, dla przyjemności a nie dlatego, że muszę.  Schodzę na wodę w atmosferze pikniku, krzyku, głośnej muzyki, kul kręcących się po wodzie, już nie ma żadnego wolnego wodnego roweru, już dymi się z wybudowanego grilla czyli po polsku rusztu i głów przy nim siedzących, już ... czas odpływać. Gdy ten zgiełk cichnie jestem pod kolejowym mostem, innym niż powszechnie spotykane, bo odwrotnym, z łukiem konstrukcji na dole. Ciekawi mnie pole biwakowe PTTK, bo pierwotnie tu chciałem dopłynąć. Wysiadam, żeby je obejrzeć. Moimi zdaniem stanica powstała za czasów PRLu, kiedy w lesie między jeziorem zaporowym a jeziorem Mukrz wybudowano zgodnie z tamtymi trendami domki letniskowe dla klasy robotniczej. Dziś wygląda to wszystko równie nieciekawie jak tamte czasy, ale jakoś egzystuje. Żałować nie mam czego. Po prawej mijam jakieś zabudowania z biwakiem i plażą. Nie mogę powiedzieć, że byłem na Maderze, bo tę wyspę mijam. Ale z tego co czytam, to biwakował na niej Jan Paweł II. To już kolejny Jego ślad, którym podążam. Płynę dalej w stronę Grzybka i odbudowanego mostu z widocznymi śladami zniszczeń wojennych, który łączy Grzybek z Osiem. Na jeziorze jest dużo łódek z wędkarzami. Mijam jedną z nich, na której pani odwrócona do pana plecami złowiła jakąś rybę. Dużą, mocną, bo zgięte i drgające wędzisko sięga prawie do wody a ryba je wodzi chcąc się uwolnić. Coś się przesuwa z mojej prawej strony i instynktownie kieruję tam wzrok. To kajakarz na sportowym, wyczynowym kajaku przemknął obok i zostawił mnie w osłupieniu. Domyślam się, że to już niedaleko Żuru i jako żywo po lewej są zabudowania a na wodzie wkrótce jakieś kajaki. Z lewej mijam kanał prowadzący wody do elektrowni, obramowany znakami zakazu wpływania. Po prawej od kanału roboczego elektrowni jest przepełnione po brzegi małe pole biwakowe. Wychodzę na brzeg opanowany przez ludzką ciżbę. Przepycham się i wreszcie widzę baner, z którego wynika, że to drugi dzień jakiegoś maratonu kajakowgo a teraz po ogłoszeniu wyników oficjalnie zamknięto imprezę. Wracam do Tlenia. Mijam półwysep Grzybek, słychać wesołe okrzyki kąpiących się dzieci z letnich koloni. Z innej strony oglądam wystające wąsy zbrojeń wysadzonego i odbudowanego mostu na przewężeniu koło Grzybka. Im bliżej Tlenia tym więcej na wodzie wodnych rowerów. Pogoda sprzyja, świąteczny piknik trwa a ja kończę swoją wycieczkę.
Kończę tę wycieczkę i spotkanie z Wdą po latach.

Foto album


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Bug - rzeka graniczna

poniedziałek, 26 lipca 2010 18:21

Foto album

Jutro w niedzielę 11-07-2010 wyjeżdżam na Bug. Muszę przejechać samochodem ponad 500 km. We wsi Gołębie mamy się spotkać z Jackiem i Joasią, żeby od słupa granicznego 822 rozpocząć wspólny spływ. Nasze dane osobowe przekazałem już do placówki Straży Granicznej w Kryłowie.
 Spotykamy się w umówionym miejscu, foto (tu są zdjęcia ilustrujące wpis) zawiadamiam telefonicznie pobliską placówkę Straży Granicznej o miejscu startu i wkrótce na terenowej Hondzie przyjeżdża do nas funkcjonariusz SG. Jeszcze raz spisuje nasze dane i towarzyszy nam ponad 2 godz. do momentu odpłynięcia. 
Do pobliskiego gospodarza na "parking" odprowadzamy samochody, który opuszcza na chwilę swoje solidnie napite już towarzystwo, żeby osobiście kierować ustawieniem samochodów.
 Negocjuję, że pół litra dostanie za "panie - tu się nic nie stanie, osobiście będę wszystkiego pilnował" po wykonaniu usługi.
Bug ma zaskakująco wysoki poziom, ale okazuje się, że to Ukraińcy zrzucają wodę ze swojego zbiornika retencyjnego. Na wodę schodzimy ok godz 16:40. Kłębią się myśli, że to eskapada a nie spływ. Czy Bug okaże się łaskawy, jaka będzie pogoda, czy starczy sił, przecież to ponad 600 km w kajaku !!! Ale jednocześnie wiem, że już nie ma odwrotu, że mam to, o czym myślałem i czego chciałem od dwóch lat.
 Kajak obciążony zapasami i ekwipunkiem jest jakby leniwy, czuję zmęczenie podróżą, ale zerkam ciągle na prawo szukając oznak życia po ukraińskiej stronie rzeki.
Są, ale po lewej, polskiej stronie, gdzie trwa piknik w Kryłowie w okolicach ruin zamku nad rzeką. Wkrótce wszystko cichnie, a ja jednoczę się z rzeką, która mnie będzie wiodła przez 2 tygodnie.
Zbliża się wieczór. Intryguje mnie kolejna lineczka, bo nie jest to żyłka, którą widzę po prawej, ukraińskiej stronie uwiązaną do gałęzi łozy. Podpływam i ją wyciągam, na jej końcu widzę duży haczyk z przynętą. Teraz wiem, że to sposób na złowienie ryby, ale jakiej ? skoro ten haczyk ma ok 3 cm długości ?
Ciągle jest upalnie, marzę o pięknym biwaku, o odpoczynku. Jacek, który płynie pierwszy, wreszcie decyduje, że miejsce, które znalazł, będzie odpowiednie na nocleg. Jednak, żeby wyjść na brzeg, najpierw trzeba się wygramolić przez błoto sięgające do kolan. Jest godz. 19:15, przepłynęliśmy 14 km. Szybko rozkładam namiot i schodzę, żeby się umyć. Zapytasz po co się kąpać skoro wyjść trzeba przez błoto? Właśnie po to wiozę zawsze małą miskę plastikową, do której mieści się składane wiaderko. Nabieram wody i mycie kończę przy namiocie.
 Rano budzi mnie narastający odgłos silników śmigłowca SG. Zawisa w pobliżu nas, pewnie nas liczą w podczerwieni sprawdzając namioty. Tak będzie przez najbliższe 4 dni. No cóż, oni - polscy pogranicznicy strzegą dziś granicy Unii Europejskiej, dysponują więc nowoczesnym, odpowiednim sprzętem. I mają nie tylko śmigłowiec, różnego rodzaju łodzie motorowe, samochody Land Rovery i ... rowery, motocykle terenowe Honda i noktowizory (to dlatego, w strefie granicznej wolno się poruszać tylko od świtu do zmroku i muszą znać lokalizację zgłoszonych osób)
Wieczorem, już chciałem się kłaść spać, kiedy nadjechał miejscowy wędkarz. Zagadaliśmy. Zapytałem o te lineczki. 
- Panie ! Toż to okropna plaga dla nas. To na suma takie pułapki zakładają, od kiedy im (Ukraińcom) pozwolili nad rzekę przychodzić.
- Jak złapie taki suma, to i tydzień przeżyją a jak dobrze z teściową żyje, to da łeb, ogon i ości a ona jeszcze zupy na tym nagotuje !
Następny dzień był już normalny, w pełni spływowy. Rano meldunek tym razem już do SG w Hrubieszowie, (a w następnych dniach kolejno SG Horodło, Skryhiczyn, Dorohusk, Wola Uhruska, Zbereże, Włodawa, Dołhobrody, Sławatycze, Kodeń, Terespol, Bohukały, Janów Podlaski), że odpływamy i schodzimy na wodę. Bug nie stwarza specjalnych problemów, w jednym tylko miejscu spotkaliśmy śmieciowy zator, ale można go było opłynąć dzięki wysokiej wodzie wpływając niezgodnie z przepisami na stronę ukraińską.
Brzegiem idzie dwoje młodych ludzi ona w zaawansowanej ciąży. Gdy ich mijam on woła, żebym podpłynął, poczęstuje mnie przed chwilą podebranym przez dziadka, świeżym miodem. Dostaję kawał plastra i  instrukcję, ze mam go "wycuckać" a resztę wypluć. Miód ścieka mi po ręce, gdy rozmawiamy. Opowiada, że w sobotę wzięli ślub, wczoraj mieli jeszcze poprawiny. Dziś już odpoczywają, goście się rozjechali, więc wybrali się na spacer do dziadka. Pomyślałem sobie, że ten miód to zamiast miodowego miesiąca, skoro jego wybranka jest w tak wysokiej ciąży.  
 Na biwak stajemy koło słupa granicznego 896 po przepłynięciu 50 km. Nadciąga burza, słychać grzmoty. Znów trzeba się ewakuować na brzeg przez błoto, ale Bug w tamtym rejonie ma wszędzie takie błotniste brzegi, piaszczyste podłoże zacznie się dopiero później.
 Pomagam Joasi wyciągnąć na brzeg kajak, Jacek już rozstawia ich namiot. Gdy kończyłem wprowadzać ostatni maszt do tunelu w swoim namiocie, zaczęła się gwałtowna ulewa. Na tropiku zebrała się woda i nie mogłem naprężyć obciążonej powłoki. Zabrakło mi kilka minut. W rezultacie woda z tropiku wlała się do sypialni, zamoczył się również śpiwór, poduszka, piżama i inny ekwipunek.
 Następnego dnia zwlekam z odpłynięciem, próbuję wszystko suszyć, ale jak na złość, słońce nie może przebić się przez chmury. Kiedy stajemy na następny nocleg, zdążyliśmy postawić namioty i znów się rozpadało. Nie ma mowy o żadnym suszeniu, czeka mnie druga noc w nie najprzyjemniejszych warunkach.
 W środę forsuję dopłynięcie do miejscowości Świerże, mam informację o dogodnym miejscu na biwak. Po 50 km dystansie wybieram tym razem miejsce ja, na łączce z prawie dogodnym wyjściem. Nareszcie świeci słońce, jest okropny upał. Rozstawiam namiot, rozkładam wszystko do suszenia. Po kąpieli przygotowuję sobie posiłek.
 Następnego dnia wstaję wcześnie i idę do sklepu po zakupy, wracając nabieram wody przy pobliskim kościele, gdzie mieszka miejscowy proboszcz. Odpływam późno, ale zatrzymuje mnie patrol SG na Land Roverze. Sprawdzają przez radio nasze dane. Jacek i Joasia już dawno są na wodzie doganiam ich dopiero koło południa. Jest bardzo gorąco, upalnie, pojawiają się piaszczyste łachy. Zanurzam się w wodzie nie zdejmując koszuli, to najlepszy sposób, żeby się ochłodzić.  
 Koło miejscowości Zbereże, przy słupie 1055 znajduję bardzo ładne miejsce na biwak, dogodne piaszczyste miejsce do kąpieli i wybieram to miejsce na odpoczynek. Przychodzi dwóch mężczyzn, żeby się ochłodzić. Pracują niedaleko, budują prowizoryczną drogę. Zbudowany tu zostanie most pontonowy, który połączy oba brzegi w sierpniu na wspólny polsko-ukraiński piknik.
 Następnego dnia w piątek o 8:40 jestem na wodzie. J&J odpłynęli jak zwykle wcześniej, sprawniej się pakują, ale wkrótce ich dochodzę. Dziś miniemy tzw. trójstyk - miejsce, gdzie się schodzą granice trzech państw: Ukrainy, Białorusi i Polski. Zaraz za tym miejscem wychodzę na brzeg, bo widzę J&J przygotowujących sobie "lancz" i patrol SG. Rano przed służbą na odprawie zostali uprzedzeni o naszym pobycie, pozwalają mi płynąć dalej. Proszę, żeby informację przekazali do następnej placówki SG.
 Dopływam do miejscowości Pawluki po przepłynięciu 49 km wg logu rejestratora trasy. Na łuku rzeki jest łąka i piaszczyste wypłycenie i to miejsce wybieram na biwak. Za łąką widać zabudowania. Po posiłku idę zapytać o sklep, bo najpilniejszym zakupem staje się niespodziewanie woda. To chyba pierwszy taki spływ, na którym mam zapas piwa a szukam ...  wody, przeważnie bywało odwrotnie. Ale jest taki upał, że piwa nie da się schłodzić a pić trzeba i to dużo. Podchodzę do pani, która mimo żaru lejącego się z nieba ciężko pracuje, grabiąc siano. Ludzie tam dla siebie życzliwi, bo kiedy wyjaśniłem, co chcę kupić, pani woła męża i wnuczka. I tak gospodarz uruchamia kompresor i pompuje powietrze do kół w rowerze, którym pojadę ja, przewodnikiem moim do sklepu będzie wnuczek na swoim rowerze, bo sklep otwarty o tej porze, jest dopiero w sąsiednim przysiółku. Wracamy pogryzieni przez gzy, czyli ślepaki, bo tak je tam nazywają, ale z zapasem wody. I piwem dla gospodarza.
 Rano jest już upalnie, wsiadam do kajaka w mokrej koszuli, bo wcześniej zanurzyłem się w rzece. Jak zwykle J&J są już na wodzie. Planuję, że również dzisiaj przepłyniemy co najmniej 50 km. Na odgłos burzy staję przed Kodeniem po przepłynięciu 49 km. Oczekiwanego deszczu i ochłodzenia jednak nie było, mimo ciągłych grzmotów. Nie jest źle, bo jesteśmy już w strefie dobrego "ataku" na przerzucenie się jutro za Terespol. Najgorzej, że wypada to w niedzielę, dzień wolny od pracy.
 Otóż Bug opływa twierdzę brzeską, wpływa całkowicie na teren Białorusi. We wcześniejszej korespondencji ze Strażą Graniczną zostałem uprzedzony o tym, że cytuję:
"... informuję, iż spływ kajakiem rzeką graniczną Bug na odcinku służbowej odpowiedzialności Placówki SG w Terespolu, można kontynuować do znaku granicznego nr 1260 tj. do miejsca przy moście granicznym na drogowym przejściu granicznym w Terespolu. Dalej z uwagi na fakt, że rzeka Bug na odcinku około 2 kilometrów płynie wyłącznie po terytorium Republiki Białoruś, natomiast granica państwowa przebiega lądem, nie jest możliwe kontynuowanie spływu kajakiem na tym odcinku. Odcinek ten możliwy jest do pokonania wyłącznie drogą lądową ... Miejscem umożliwiającym ponowne rozpoczęcie spływu kajakiem jest znak graniczny nr 1269 położony około 4 km dalej na północ w okolicy kolejowego mostu granicznego."
Bardziej racjonalne wydaje się szukanie transportu - ciągnika z przyczepą ? do przewiezienia 3 kajaków na wsi, niż w mieście. Do miejsca położonego najbliżej drogi prowadzącej z Michalkowa do Terespola dopływamy przed południem. Pewne trudności mam z wyciągnięciem kajaka na stromy, wysoki w tym miejscu brzeg. Jacek idzie pierwszy szukać kogoś, kto nas przewiezie. Joasia zostaje przy kajakach, ja idę za nim. Jacek skręca do pierwszych zabudowań. Kiedy wchodzę do pokoju, gdzie słyszę jakieś głosy, widzę, że Jacek siedzi na wersalce obok faceta, który również jeszcze siedzi. Bo na drugiej wersalce, po przeciwnej stronie, leży na oparciu inny mężczyzna. Tylko to, że wodzi oczami oznacza, że żyje. Nie potrafi już wydobyć z siebie słowa i żadnego ruchu. Żyje - a nie żyje. Obok siedzi jego kompan, który z ogromnym trudem ale wstał.
Ilość pustych butelek po winie wskazuje, że nie mogli się tak upić dziś. Wg mnie piją od wczoraj, a ten co jeszcze siedzi, dopiero co przyszedł. I to właśnie on prowadzi Jacka do sąsiada, pożyczają rowery i jadą szukać transportu. Ja wracam nad rzekę. Po pewnym czasie zjeżdża z drogi do nas samochód osobowy z przyczepą. Okazało się, że łatwiej można było znaleźć transport, niż trzeźwego kierowcę. A ja myślałem, że zaczną pić dopiero po obiedzie.
Ładujemy kajaki na dwukółkę i jedziemy do Terespola. Jedziemy przez węzeł drogowy do przejścia granicznego, za mosty w Terespolu. Szukamy miejsca, gdzie się można zwodować ze stromego brzegu. Słychać odgłos zbliżającego się motoru, kierowca spiesznie odjeżdża, mimo, że jego pobyt w strefie granicznej był zgłaszany i nie groził mu mandat. Strażnik wdaje się z nami w pogawędkę, życzy osiągnięcia celu. Za widocznymi po obu brzegach, betonowymi umocnieniami po jakiejś budowli hydrotechnicznej  niebo naraz pociemniało, błysnęło, dopada nas gwałtowna wichura, która prawie wyrywa mi z ręki wiosło.
Na rzece tworzą się duże fale, mocuję wiosło do linki asekuracyjnej. Po ok 20 min, wiatr słabnie równie szybko, jak się rozpętał. Tym razem się udało, ale coraz częściej myślę o tym, że kiedyś taki żywioł mnie sponiewiera. To jest ogromna siła, skoro zrywa dachy z domów, przewraca drzewa. Strach o tym myśleć, liczę na szczęście, bo zjawiska te występują coraz częściej i są coraz gwałtowniejsze.
Teraz, kiedy jesteśmy już za Terespolem wierzę, że cel osiągniemy. Płynę dość długo, widać zabudowania wsi Krzyczew. Na postój wybieram miejsce na stromym brzegu za piaszczystą skarpą. Obok siedzi życzliwy wędkarz, który oferuje swoją pomoc. Kiedy opowiadam skąd płyniemy, proponuje coś gorącego do picia. Skorzystam z jego uprzejmości ale później. Kiedy jem kolację słyszę warkot zbliżającego się motoru. Nadjeżdża strażnik na terenowej Hondzie a jednocześnie widzę, że z drugiej strony zbliża się dwuosobowy patrol SG na specjalnie przygotowanych i wyposażonych rowerach. Po formalnościach wszyscy się rozjeżdżają a ja od Joasi mam informację, że nie ma we wsi sklepu. Wobec tego idę do wędkarza i tym razem proszę, że gdy będzie odjeżdżał, żeby mi zostawił przede wszystkim wodę. Dostaję nie tylko wodę, biorę również herbatę. Resztę zakupów zrobię jutro.
 Wstaję wcześnie, żeby się zwinąć, kiedy jeszcze nie będzie prażyło. Dziś opuszczę teren przygraniczny. Po południu mijam na białoruskim brzegu oszkloną strażnicę na wysokiej wieży, wydaje się być pusta, a może strażnicy nie zdradzają swojej obecności. Tak, jak to czynili do tej pory, bo nie widziałem żadnego patrolu po ukraińskiej a później białoruskiej stronie.
Za czasów ZSRR wysiedlono miejscową ludność z terenów granicznych, które pełnią teraz rolę naturalnych terenów zalewowych. Po tamtych czasach pozostały jeszcze w kilku miejscach zasieki z drutu kolczastego, jakieś konstrukcje przypominające elektryczne ogrodzenia, umocnione brzegi z kolcami utrudniającymi wyjście i jedna opuszczona murowana strażnica. Pokazuję je na zdjęciach. Kto by teraz chciał uciekać na Białoruś czy Ukrainę? Po co?
 Od Niemirowa na obu brzegach będzie już Polska. Po minięciu białoruskiej wieży i tablic oznaczających granicę Polski na chwilę wychodzę w Niemirowie obok promu na prawy dotąd niedostępny brzeg. Do końca spływu pozostało wg tablicy informacyjnej jeszcze ponad 224 km.
Zatrzymuję się już o 16:20 na łące przy lesie, w pięknej nadbużańskiej scenerii po przepłynięciu ok 57 km. Obserwuję płynące Bugiem "wynalazki" czyli serpelickie tylnokołowce zbudowane z dwóch kadłubów połączonych pokładem. Z Serpelic wożą nimi turystów kilka km w dół Bugu do miejsca z prowizorycznym stołem. Tam czeka na nich "pirat" (mieszka w przyczepie kempingowej z CB-radio, przez które dostaje informację o zamówieniu), który ich anektuje i częstuje wcześniej zamówionym jadłem i oczywiście mocnym napitkiem. Wracają przy dźwiękach bardzo głośnej muzyki i chętniej mnie pozdrawiają. Mój namiot stoi w pięknym miejscu na tle lasu i dobrze im się komponuje do zdjęć. Dostaję smsa, że J&J stanęli na biwaku wcześniej. Będę więc nocował sam.
 Rano obiecuję sobie, że zatrzymam się w Drohiczynie, historycznym miasteczku znanym z powieści Sienkiewicza.
Dopływam do Drohiczyna ok godz 13. Po drodze po raz drugi obserwuję w naturze żerującego czarnego bociana. W Drohiczynie nad rzeką ma miejsce jakiś plener malarski, ja siadam w restauracji nad rzeką i zamawiam sobie zimne piwo i kiszkę podlaską z ziemniaków. Czekam kiedy dopłyną J&J, nie widzieliśmy się od dwóch dni. Kiedy wreszcie widzę ich w oddali zbieram się do dalszej drogi. Mijam położony na Górze Zamkowej zespół budowli sakralnych po Jezuitach, gdzie dziś mieści się Kuria Biskupia i Seminarium Duchowne. Później ukazuje się kościół benedyktynek.
 Na biwak wybieram dogodne miejsce na lewym brzegu koło wsi Mołożew. Kiedy jestem już zagospodarowany dopływają Jacek i Joasia. Wieczorem Jacek rozpala ognisko.
 Następnego dnia odpływam o 7:45, tym razem niewiele później niż moi towarzysze spływowi. Przed nami kolejny dzień spływu. Rzeka spotężniała, wymaga respektu. To już nie jest ta "rzeczka", którą pamiętam sprzed 11 dni, kiedy zaczynaliśmy płynąć. Mamy niebywałe szczęście, sprzyja nam pogoda i wiatr.
Dziś celem jest Małkinia a właściwie mosty drogowy i kolejowy do niej prowadzące. Drobiazg - trzeba tylko pokonać ok 50 km kajakiem. Mijam je szybciej niż myślałem, teraz szukam miejsca na biwak. Wychodzę na lewy brzeg, później na prawy. Płynę dalej, wg opisu trasy już ponad 55 km, mija godz 18. Wysyłam smsa, żeby moi spływowi towarzysze znaleźli sobie miejsce na biwak wg własnych preferencji, bo ja już jestem niedaleko Broku. Wreszcie w oddali widzę łuk rzeki, gdzie brzeg się obniża. Wychodzę tam, ale okazuje się, że jest to miejsce wodopoju stada krów. Rezygnuję z ich towarzystwa i płynę dalej. Po ok 20 min widzę dogodne miejsce na odpoczynek. Kiedy po postawieniu namiotu kończę się myć, podjeżdża samochód. Wysiada mężczyzna i pyta, czy nie będzie przeszkadzał, gdy zarzuci swoje wędki. Nie protestuję i wyjaśniam, że nie łowię ryb. Wtedy mówi, że na nocne wędkowanie umówił się tu z kolegami, którzy przyjadą później. Do jednego z nich dzwoni a ten przywozi mi świeży chleb, jeszcze ciepły, bo skończył właśnie pracę w piekarni. Panowie ustawiają samochody obok siebie nad brzegiem rzeki. Gdy się ściemnia zapalają reflektory, na ziemi rozpostarta jest czarna folia, na reflektory zarzucili przeźroczystą folię. Z wody wychodzą jętki - owady, wabione światłem w locie odbywają gody i giną. Panowie zmiatają je z czarnej folii, ugniatają, zawiązują w gazę i zakładają jako przynętę na suma. Rozstawili chyba 6 wędzisk wyposażonych w dzwoneczki, na spławiki innych pozakładali chemiczne światełka, oprawa prawie jak na Gwiazdkę słychać dzwoneczki, na wodzie kołyszą się kolorowe światełka. Rzeczywiście jeden z nich wyciąga suma, ale wypuszcza go do wody, bo ma mniej niż 70 cm długości, a taki jest wymiar ochronny dla suma. Aż trudno mi uwierzyć, że te ryby osiągają wagę do 100 kg i monstrualne rozmiary. Niebo rozświetlają błyski wyładowań między chmurami, w ciszy bez grzmotów, słychać tylko plusk rzeki, szmer płynącej wody. Po dodatkowych atrakcjach, jakich dostarczyli mi wędkarze kładę się spać. Zmęczenie po przepłynięciu 65 km powoduje, że szybko zasypiam, nawet nie słyszałem kiedy odjechali.
 Dziś w Broku mam się spotkać ze Zbyszkiem - Zibim. Przepłynęliśmy wspólnie w ub roku Liwiec, a w tym roku Orzyc i Zalew Zegrzyński i skończyliśmy na dopływie Kanału Żerańskiego. Piszę o tym we wcześniejszym wpisie. Zibi mieszka niedaleko, gdzieś w pobliżu Bugu ma swój domek letniskowy. Stoi przed mostem, macha do mnie z prawego brzegu, przywozi wodę, piwo i lokalny ciemny chleb, pieczony na chrzanowym liściu wg dawnych receptur. Miły to gest z jego strony, że zechciał przyjechać na spotkanie.
Dziś celem jest Wyszków. Wypatruję z lewej ujścia rzeki Liwiec. Kiedy je mijam, widzę dużo wypoczywających mieszkańców pobliskiego Kamieńczyka, bo Liwiec utworzył tam piaszczyste łachy. To oznacza, że do Wyszkowa jest już niedaleko. Do mostu obwodnicy Wyszkowa dopływam ok godz 16 i zatrzymuję się za nim w odpowiedniej odległości w pobliżu wyrobisk, nie dopływając do miasta. J&J mijają mnie, zniechęca ich szum przejeżdżających samochodów. Mnie on nie przeszkadza, jest monotonny i jednostajny. Jestem dziś zmęczony i chcę już odpocząć. Tym bardziej, że do Serocka zostało już tylko 35 km.
 Wstaję wcześnie, zaniepokojony obcymi odgłosami. To wędkarz, starszy pan przyjechał rowerem z pobliskiego Wyszkowa i to miejsce wybrał na łowisko. O 7:20 jestem już na wodzie i wkrótce mijam znajome widoki kościoła i mostów w Wyszkowie. Później mijam po prawej imponujące wieże kościoła w Popowie Kościelnym i wkrótce zaczyna się rozlewisko ujścia Bugu. Zapędzają się tu już łodzie motorowe i jachty z Narwi. Czekam, aż dopłyną J&J i wspólnie wpływamy na Narew kierując się w stronę Serocka. Lądujemy u podnóża miasta przy zadbanym, uporządkowanym, ładnym bulwarze wpływając między cumujące łodzie. Jesteśmy u celu. Gratulujemy sobie osiągnięcia celu. Sięgamy po piwo, jest okazja, przepłynęliśmy przecież ponad 600 km Bugiem - cały, dostępny w granicach Polski odcinek rzeki.
 Teraz trzeba znaleźć miejsce na 2 dniowy biwak. W pobliskiej wypożyczalni kajaków pytamy o możliwości biwakowania. Okazuje się, że w Serocku nie ma żadnego pola namiotowego, żadnego kempingu. Jacek, w poszukiwaniu miejsca na biwak rusza pieszo w stronę Jadwisina, gdzie jest duży port jachtowy, ja idę w kierunku przeciwnym, w stronę przystani. Stoi tu stateczek turystyczny, obsługa nawołuje do wchodzenia na pokład, bo skończyła się planowa przerwa w rejsie, teraz popłyną do Zegrza albo Nieporętu ? Okazuje się, że jest tu nie tylko pomost, do którego cumują te stateczki. Jest również małe molo a na lądzie cały kompleks rekreacyjny z kąpieliskiem i natryskami !!!, świetnym zapleczem (darmowe i czyste! WC, przebieralnie z indywidualnymi szafkami) w ładnie usytuowanym i zaprojektowanym budynku. Obok niewielkie zaplecze gastronomiczne, wypożyczalnia sprzętu pływającego. Za plażą z nawiezionym piaskiem, za boiskiem do siatkówki jest niewielka łączka ! Niczego lepszego nam nie trzeba. Podchodzę do trójki młodych ratowników, przedstawiam problem. Bingo! Już wiem co mam zrobić, żeby tam rozbić nasze namioty! Znajduję kierowniczkę Gminnego Ośrodka Kultury, bo cały ten obiekt jest w jej zarządzie, proszę o pozwolenie na postawienia namiotów. Wyraża zgodę, czekamy teraz na powrót Jacka i podpływamy w górę Narwi, żeby na skraju plaży postawić swoje namioty.
 Centrum Serocka robi również sympatyczne wrażenie, rynek odnowiony, sąsiednie domy również, wszędzie dużo kwiatów, ławeczki, fontanna.
W sobotę rano jedziemy najpierw do Warszawy, tam koło budującego się stadionu narodowego przesiadamy się do autobusu, który zawiezie nas do Hrubieszowa. Z Hrubieszowa "łapiemy" lokalne połączenie do Gołębi, czyli miejsca, skąd zaczynaliśmy spływ, żeby zabrać samochody. Zgodnie z obietnicą płacę butelką wódki za parkowanie samochodów. Gospodarz dziś jest trzeźwy, ciężko pracuje, rozładowuje przyczepę pszenicy. W drodze powrotnej w przed Lublinem widzę skutki wichury, która powywracała drzewa. Przez CB radio słyszę ostrzeżenia, żeby nie przejeżdżać pod wiaduktem, który wypada na mojej drodze. Gwałtowna ulewa zalała tam ulicę, kilka samochodów stoi z unieruchomionymi silnikami. Jadący przede mną samochód powoli przejeżdża przez zalaną ulicę, tocząc przed sobą falę wody. Ryzykuję i jadę jego śladem omijając unieruchomione samochody. Udało się ! Do Serocka dojeżdżam po godz 22.
 W niedzielę pakujemy się i żegnamy. Jacek z Joasią odjeżdża pierwszy, ja zatrzymuję się jeszcze na krótko w Serocku, robię kilka zdjęć i ruszam w drogę do domu.
Spływ Bugiem to już historia, zamknięta we wspomnieniach i zdjęciach przygoda.
Jeżeli czytasz te słowa, to znaczy, że warto było pisać. 

Foto album

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Popłynę rzeką Słupią

poniedziałek, 26 lipca 2010 18:07

Foto album

5 lipca 2010 wróciłem ze Słupi.

Kajlandia, to miejsce, gdzie rozpoczynamy spływ Słupią. Tak nazywa się gospodarstwo agroturystyczne z dużym polem biwakowym w Sulęczynie zaraz za słynną wśród kajakarzy Rynną Sulęczyńską.
Czułem się trochę głupio, jak nowicjusz, kiedy po 11 latach indywidualnego pływania zobaczyłem las namiotów, mrowie samochodów. Biwakowali tu uczestnicy zawodów kajakowych górskim szlakiem Szwajcarii Kaszubskiej, (nie wiedziałem, że takie istnieją a polegają na spływaniu właśnie ową Rynną Sulęczyńską), oraz uczestnicy spływu organizowanego przez Bractwo Wodne z Bydgoszczy.
 Z przystanku autobusowego odbieram Janka z Olsztyna,  oszczędzając mu sporo potu, skoro cały sprzęt biwakowy i nie tylko niósł na plecach. Jak on potrafi wszystko zapakować do plecaka?
 Zobaczyliśmy się po 15 latach, wtedy przepłynęliśmy Radew i Parsętę, gdzie byliśmy razem wraz ze "Starą Paką" z Torunia.
 Czas zrobił swoje, trochę się zmieniliśmy, no może bardziej niż trochę. Wagowo z nas dwóch - kiedyś by starczyło na trzech przystojnych mężczyzn. 

Syndrom pierwszego dnia nie był trudny do przeżycia, skoro tylko napoczęliśmy drugą butelkę. Dłużej nie dało się po prostu rozmawiać. Na scenie jakaś bardzo lokalna kapela rockowa próbowała dowieść, że im głośniej tym lepiej.

Słupia dawno została doceniona, jako źródło "czystej energii" wybudowano tu szereg elektrowni wodnych pochodzących jeszcze z lat 1896÷1926. Obok najstarszej z nich w miejscowości Soszyca mieliśmy biwak. Można zobaczyć urządzenia, posłuchać historii. Trzeba tylko o to poprosić dyżurującego operatora.
 Szlak Słupi jest bardzo popularny, nie będę go opisywał. Spływ miał wczasowy, wypoczynkowy przebieg. Nie dość, że każdego dnia odpływaliśmy dopiero po przeprowadzeniu kawalkady samochodów na następny biwak i powrocie kierowców, to jeszcze po dopłynięciu czekał na nas pełny, obfity, dwudaniowy obiad.
A wieczorem?

Wieczorem przy małym, symbolicznym kieliszku i herbacie Janek wymyślił losowanie. W torbie o niewidocznej zawartości miał zgodnie z obietnicą szereg pamiątek a ja wyciągałem jedną z nich.

 Ostatniego dnia, już niedaleko Ustki, na ostatniej przeszkodzie mieliśmy wywrotkę. Rzekę tarasowały leżące obok siebie dwa drzewa. Na pierwsze napłynęliśmy z rozpędem, kajak się przechylił, przechył spotęgowało następne drzewo i ... obaj wypadliśmy z kajaka do wody. Janek siedzący z tyłu złapał się drzewa, mnie, siedzącego z przodu nurt wciągnął pod drzewa. Musiałem pod nimi przepłynąć i pamiętam strach, że zaplączę się pod wodą w jakieś gałęzie. Gdy wypłynąłem za drzewami, zobaczyłem, że Janek utrzymuje się na powierzchni, ja natomiast płynąc dogoniłem wywrócony kajak. Była to moja pierwsza wywrotka, chociaż pewnie nie ostatnia. Nauczyła mnie czegoś. Wiem, że płynąc swoim kajakiem nic, żaden bagaż podręczny, nie może blokować swobody nóg, żeby w przypadku nieoczekiwanej wywrotki móc się wydostać z kokpitu. Wszystko to się stało niespodziewanie i tak szybko, że moja reakcja była bardziej instynktowna niż świadoma i przemyślana.

W Ustce biwakowaliśmy od piątku do niedzieli chodząc nad morze i na smażone rybki a ja dodatkowo zamawiałem zupę rybną. Wybudowano nadmorski deptak, uliczki prowadzące do portu zostały odnowione. Szkoda, że wiele domów straciło dawny urok przez modernizację elewacji. Późnym wieczorem można było oglądać przez 2 dni pokazy w ramach IX Międzynarodowego Festiwalu Sztucznych Ogni.

Do przepłyniętych szlaków dodaję rzekę Słupię.

Foto album tu można zobaczyć kilka zdjęć ilustrujących wpis.        

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Rzeka ze źrebakiem w rodowodzie

niedziela, 06 czerwca 2010 22:40

19 maja 2010.   Rozmawiałem ze Zbyszkiem o przesunięciu terminu spływu. Byliśmy umówieni na 24 maja, ale na południu Polski jest powódź, w środkowej Polsce poziom wód gwałtownie wzrasta. Na Orzycu jeszcze nie głoszono stanu alarmowego, ale woda się ciągle podnosi.
31 maja 2010.   Najwyższy stan na Orzycu w punkcie pomiarowym w Makowie Maz. zanotowano w dniu 21-05-2010 rano, kiedy poziom wody wzrósł do 324 cm (przy średnim stanie wód SSW=183 cm) a przepływ do 24,6 m3/s (dla porównania w dniu 5-05-2010 przepływ 5,84 m3/s).
3 czerwca 2010.   W dniu 2-06-2010 o godz 19:00 w Makowie Maz. automatyczne urządzenie pomiarowe zanotowało poziom 403 cm i przepływ 92,6 m3/sek. To skutek gwałtownych opadów i powód drugiego wezbrania wód.
W poniedziałek 7 czerwca wyjechałem na spływ rzeką Orzyc.

   Orzyc to rzeka typowo nizinna, prawy dopływ Narwi o długości 146 km. Wypływa z bagien na wschód od Mławy, płynie przez Równinę Kurpiowską i Wysoczyznę Ciechanowską a do Narwi uchodzi poniżej wsi Przeradowo. Ta wieś, jedyna na szlaku, nosiła ślady walki z tegorocznym żywiołem.
Nazwa rzeki wywodzi się od małego konika - źrebaka, po kurpiowsku nazywanego orzyc (duży koń to orz, rzeka Orz jest lewym dopływem Narwi)
Jako miejsce startu wybrałem Janowo


mając niewiele informacji na temat rzeki, (te, które znalazłem opisywały niższe jej fragmenty). Więc wcześniej swoim sposobem przygotowałem opis szlaku. Przejeżdżając przez most w Janowie z ulgą zobaczyłem, że jest to prawdziwa, szeroka już rzeka a nie rów (w innych "suchych" latach na pewno będzie wyglądała inaczej)
 Po rozstawieniu samochodów, przygotowujemy się z Zibim do odpłynięcia. I jak na Liwcu mamy deszcz a tu dodatkowo burzę.
Chowamy się pod mostem przed deszczem, kiedy słabnie - odpływamy o godz 14:45, żeby za 120 m dopłynąć do pierwszego jazu widocznego spod mostu.


Stawidło opuszczone było nisko nad wodą, kajaki musieliśmy przenieść. Nie wiemy jeszcze, że takich jazów i progów (te ostatnie - to katarakty wg nazewnictwa Zibiego) czeka nas bardzo dużo.
Bardziej szczegółowo opiszę tylko następną zastawkę.
Przed dopłynięciem do niej zrobiłem zdjęcie zamieszczone niżej, Zibi był już za uskokiem i to mnie uspokoiło.

A wyglądała tak niewinnie.
 To ostatnie zdjęcie przed zalaniem aparatu


Kiedy byłem bardzo blisko progu, zobaczyłem, że spadek jest znaczny, fale poniżej kłębiły się naznaczone białymi grzywami. Spłynąłem - kajak zanurkował, do kokpitu wlała się górą woda. Po wyjściu z odwoju zacząłem wylewać wodę, wcześniej wyciągając zalany aparat foto i rejestrator trasy a z rzeki utrzymującą się na powierzchni bluzę. To dlatego z Orzyca nie będzie zdjęć, zemścił się brak przestrzegania zasad, że już od startu wszystko powinno być zabezpieczone i na swoim miejscu. Tzw. dekiel, który osłania kokpit przed deszczem, fala wyrwała spod przedniej siatki i już go nie odzyskałem.
Jazów i progów na Orzycu w górnym jego biegu jest wiele. Pierwszego dnia stałych przeszkód na przestrzeni 14 km było co najmniej 12, bo tyle się wspólnie doliczyliśmy. Część z nich pozwalała na spłynięcie, nie zakładałem nawet fartucha, nabierałem w kontrolowany sposób trochę wody lub kajaki przenosiliśmy albo spławialiśmy. Na biwak wybrałem łączkę pod sosnowym młodnikiem za wsią Wasiły. Okazało się, że rośnie na niej bardzo dużo pieczarek, które skrzętnie wyzbieraliśmy. Wieczorem na małym ognisku zostały przyrządzone we własnym sosie, bardziej jako atrakcja niż posiłek.
Następny dzień okazał się jeszcze trudniejszy, straciłem rachubę przeszkód. Spływanie progów łatwiej przychodziło Zibiemu, bo płynął w dłuższym, dwuosobowym kajaku. Ja na jedynce, bardziej niż on nurkowałem. Od miejscowości Chorzele zaczyna się oznakowanie kajakowego szlaku rzeki Orzyc, ale szybko się okazało, że nie warto z niego korzystać. Na skraju miejscowości Chorzele jest jaz z bardzo uciążliwym przenoszeniem kajaków i mija się z celem rozpoczynanie spływu w tym miejscu, szczególnie, jeżeli są to większe grupy. Wiele razy tablice informujące o przeszkodach i sposobie przeprawiania się są błędne, później nie zwracaliśmy na nie uwagi, prowadziliśmy własne rozpoznanie. W Łęgu pod mostem można płynąć swobodnie, tablica o przeszkodzie wprowadza w błąd.
Wysiłek fizyczny związany z przenoszeniem kajaków, czyli zwyczajne zmęczenie szybko dało sygnał do szukania biwaku. Całe szczęście, że pogoda nam sprzyjała, bo poszukanie miejsca na nocleg nie było sprawą prostą. Zaczęły się podtopienia łąk i charakterystyczna, nie najmilsza woń gnijącej roślinności.
Szukając miejsca na postój, najpierw próbowaliśmy na łące, ale okazało się, że jest gęsto usłana tym, co wychodzi z drugiej strony krowy. Następna łąka wyglądająca na suchą okazała się mokradłem, zdesperowani chcieliśmy się zatrzymać pośród zabudowań, ale do odwrotu zmusiły nas dwa wielkie, ujadające psy.
Płyniemy do następnego jazu, zwykle jest tam możliwość przenocowania. Ten za Drążdżewem okazał się otwarty, ale zatarasowany okropnym śmieciem. Nie umożliwił noclegu, nie pozwolił na przepłynięcie, musieliśmy się przenosić. Nastaje wieczór, zbliża się godz. 20, może uda się zanocować przy moście w Przytułach. Nie udało się. Wiem, że za wsią jest kładka, spróbujemy tam. Przecież jakoś na nią ludzie muszą wchodzić. Płyniemy, widać kładkę i przed nią nieznaczne wzniesienie i zabudowania po drugiej stronie rzeki. Zmęczeni, umordowani, zmoczeni od licznych skoków na progach prosimy właściciela o pozwolenie na postawienie namiotów. Zgadza się, wydaje się być bardzo ożywiony i ... chce się przepłynąć kajakiem Zbyszka. My się krzątamy przy obozowisku, on próbuje swoich sił w kajaku. Nagle słychać jakieś krzyki, w stronę kładki po drugiej stronie rzeki biegnie z bosakiem syn tego, co przed chwilą dosiadł kajaka. Na pomoc rusza Zbyszek. Wyciągają w trójkę z rzeki pusty, zalany kajak. Chcąc przepłynąć pod kładką pan musiał się pochylić, żeby nie uderzyć głową w metalową konstrukcję, zrobił to za bardzo "jednostronnie" i się wywrócił.
 Praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb - jak mawiał Kobuszewski a on:
    - Śpijta panowie, ja idę się wysuszyć.
    - Dobrze, że umiem pływać i mam twardy łeb.
NIe wiem, czy mówił o ilości wypitego alkoholu, czy o tym, że uderzył głową w przeszkodę.
Wg moich domysłów - kiedyś dominowały na tych terenach duże państwowe gospodarstwa rolne (PGRy) i żeby utrzymać duże stada krów rzekę uregulowano, nawodniono łąki przez system jazów i progów. Za Drążdżewem rzeka zmienia swój charakter, staje się naturalna, bez widocznych śladów ingerencji człowieka. 
Rano nabieram respektu przed kładką i żeby pod nią przepłynąć lokuję się w kajaku najniżej jak mogę.
Rozpoczynamy trzeci dzień na Orzycu. Ponieważ wczoraj przepłynęliśmy 42 km (Zibi do dziś w to nie wierzy) w duchu obiecuję sobie, że dzień dzisiejszy, czyli środa będzie relaksowa a etap krótki.
Podtopienia nie ustępują, miejscami stwarzają możliwość płynięcia "na skróty", po łące. Opływany w ten sposób "bokiem" dwa mostki i powalone drzewo. Przeciągając kajak przez kolejne drzewo widzę, że brzeg jest dziwnie żółty. Od  grzybów, które wszędzie są znane jako kurki. Ok godz 10:30 słychać grzmoty, wkrótce zaczyna padać, później deszcz osiąga wg mojej skali stopień 3, czyli na wodzie tworzą się bańki.
Wszędzie rozlewiska, nie ma gdzie się schronić, burza staje się gwałtowna, płynę ubrany w fartuch.
Ok południa na chwilę przestaje padać, ale wkrótce znów słychać grzmoty. Teraz już nie pada, ale leje, strugi wody spadają z nieba. Ok 14:00 Zibi wychodzi na brzeg, żeby pod drzewem przeczekać ulewę. Obok na wzniesieniu widzę stodołę. Idę prosić o dach nad głową, pływanie w takich warunkach traci sens. Starsza pani nie bardzo rozumie o co mi chodzi. Wchodzę do stodoły, na sąsieku leży gospodarz, filmik który tu w ten sposób chce przeczekać ulewę. Pozwala na przenocowanie w stodole - tylko "nie palić panowie". Obaj nie palimy. Przynosimy najpotrzebniejsze sprzęty. Rozebrany i tak przecież jestem mokry idę się porządnie umyć i dopiero wtedy przebieram się w suche ubranie. Deszcz leje do 17:30 a później wywieszamy wszystko co mokre na pobliski krzak, bo wychodzi słońce. Trzeci dzień, jak chciałem, stał się niespodziewanie bardzo krótki, bo przepłynęliśmy tylko 23 km. W ten sposób chyba po raz pierwszy śpię w stodole pełnej zapachu siana z wieczorną nutą obornika.
Rano nie musimy pakować namiotów, dostajemy wrzątek od życzliwych gospodarzy. Odpływamy po godz. 8:00
Pogoda upalna, szybko płyniemy wypoczęci, raz zatrzymujemy się na posiłek i kąpiel. Mijamy największą miejscowość nad Orzycem - Maków Maz. Radzę tu zachować ostrożność, za mostem, pod kładką jest rura, pod którą przy niskim stanie wody można przepłynąć i to może być pułapka, bo za nią pod lustrem wody jest niewidoczna metalowa szyna. Przenosić się najlepiej niezgodnie z oznakowaniem, czyli stroną lewą. Później przenosimy kajaki w Smrocku, gdzie jest elektrownia wodna, restauracja i hotel "Bobrowy Dwór".
I przerwa na piwo. 
Płyniemy dalej, Zibi zostaje w tyle, forsuję dopłynięcie do ujścia Orzyca, bo płyniemy szybciej niż przewidywałem. Przepływamy końcowy, rozlany szeroko odcinek Orzyca, we wsi Przeradowo widać ułożony wał z worków z piaskiem. Na koniec kilka zakrętów i w oddali widać ścianę lasu na brzegu Narwi. Pamiętam, że płynąc z Biebrzy nocowałem przed ujściem Orzyca i ze swojego biwaku widziałem tu liczne przyczepy i namioty. I tego miejsca szukałem. Ale jak na zamówienie, po lewej mamy dobre wyjście na brzeg, łączkę, za nią lasek. Stajemy tu na noc. Dziś pokonaliśmy 46 km - 125 km od początku spływu przepływając Orzyc. Prawie o zmroku słychać odgłos zbliżającej się do nas łodzi motorowej. Rzeczywiście za chwilę mija nas 2 strażników Państw. Straży Rybackiej. Przepływają bez słowa, dobrze, że Zibi już zgasił ognisko. Daleko nie popłynęli, bo rzeka jest zatarasowana powalonymi drzewami. Dla nich zapora nie do pokonania. Na przeciwległym brzegu towarzyszy nam para bocianów. Chyba jeszcze zbyt młodych, żeby wyprowadzić lęg.
Następnego dnia w piątek od rana jest upalnie, odpływam po rannej kąpieli w lepszym nastroju, bo zadziałał rejestrator trasy. Stąd wiem, że odpłynęliśmy o godz. 9:15. W południe jesteśmy w Pułtusku, zatrzymujemy się w wypożyczalni kajaków "Keja" u Grzegorza. Użyczył mi noclegu w 2008 r, gdy niespodziewanie musiałem przerwać spływ i wracać do domu. Rozpocząłem wtedy w miejscowości Rogożynek samotny spływ Biebrzą i Narwią.
Idziemy do miasta uzupełnić zapasy wody i piwa, zjeść obiad w restauracji przy rynku. Ponownie na wodzie jesteśmy o 13:20, żeby o 16:30 zająć miejsce na nocleg na początku Zalewu Zegrzyńskiego. Przed nami weekend, na wodę zeszło wiele łodzi motorowych, jachtów, skuterów.
W sobotę odpływam o 8:50, Zibi wypłynął przede mną. Wpływamy na Zalew Zegrzyński, nad brzegami różnego rodzaju zabudowa od willowych namiotów i przyczep, przez domki do rezydencji. Mijam most w Wierzbicy, z prawej miasto Serock a z lewej ujście Bugu a później ujście rzeki Rządzy. Na Zalewie oczywiście fala i tłok. Pływa wszystko, co może się unieść na wodzie. Jest przecież upalna sobota, wszędzie wypoczywają i kąpią się ludzie. Najbardziej dokuczają szybkie łodzie motorowe, które robią nie tylko hałas, ale także dużą falę. Nieporęt to już jedna wielka przystań i plaża. Szukam wejścia w Kanał Żerański. Na jego początku spotykam Zibiego, cały Zalew Zegrzyński przepłynęliśmy osobno. Wzdłuż kanału prowadzi ścieżka, często mijają nas rowerzyści. Wreszcie za mostem na drodze do Izabelina wpływamy na rzekę Czarną. Nurt znaczny, rzeczka wąska, do mostu Baileya w Stanisławowie - konstrukcji pochodzącej z II wojny św. mamy 2 km pod prąd. W pobliżu stoi mój samochód, tam kończymy nasz spływ po przepłynięciu 185 km.
Trzeba pamiętać, że opis dotyczy bardzo wysokiego stanu wody na Orzycu, przy niskiej wodzie może być inaczej, co trzeba uwzględnić przy planowaniu spływu.
Orzyc będzie na pozycji 55 w moim spisie spływów.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Ciechocinek

poniedziałek, 10 maja 2010 14:29

Link do zdjęć na końcu wpisu


Po długim weekendzie majowym wróciłem z sanatorium w Ciechocinku.
Po raz trzeci pojechałem wiosną nabrać kondycji do miasta, które istnieje tylko dzięki kuracjuszom. Ku zgorszeniu tych, którzy pobyt w sanatorium traktują wyłącznie jako sposób na poznawanie tylko ojczystego kraju - ja rzeczywiście chciałem nabrać większej sprawności, więc pojechałem ponownie do Ciechocinka.
Dlaczego radni tego miasta każą kuracjuszom płacić za wstęp w okolice tężni, skoro każdy i tak musi płacić tzw klimatyczne? Gdyby nie oni - czyli kuracjusze, miasto zarosłoby pokrzywami całe. A tak zarasta tylko w części - tam gdzie straszą opuszczone, zdewastowane budynki po dawnych sanatoriach resortowych czy związkowych.
 Ale po raz pierwszy pojechałem do sanatorium mając skierowanie wydane przez NFZ, które w obietnicach nie ma sobie równych. Po kontaktach z tą instytucją, bardziej rozczarowuje tylko ZUS. Ale skoro NFZ jeszcze istnieje, to na jego czele, jak kiedyś na płocie, powinien stać Lech Wałęsa.
Pewnie by powiedział:
 - Myli państwo, tak dalej nie może być.
Jako elektryk wyuczony, doktor z nadania, pewnie by wiedział jak połączyć leczenie i prąd, żeby nie cytować innego jego stwierdzenia o plusach.
 Okazało się, że jestem ciągle naiwny, skoro myślałem, że są pewne poziomy, poniżej których również NFZ nie zejdzie.
Otóż zszedł był w mojej ocenie, biorąc pod uwagę standard pokoju, wyposażenia i obsługi.

 Kończąc przytoczę dwa epizody:
Wieczorem jak co dzień, bo wykupiłem karnet, wracam z basenu solankowego a za mną słyszę rozmowę:
  - Nie pierwszy raz jestem w sanatorium i jak nie zerwiesz czegoś w pierwszych dwóch, trzech dniach, to cały pobyt masz stracony. Chłopie, każda będzie już zajęta a ty będziesz chodził sam i oglądał co mogłeś mieć a czego nie masz.
Wyprzedzili mnie dwaj panowie, ten instruktor z apaszką na szyi w wieku wskazującym na schyłkowy okres wszelkiej aktywności, ten młodszy gruby, spocony i sapiący jeszcze ciągle miał na tę aktywność nadzieję.

 Górnik - młody emeryt, codziennie biegał godzinę na bieżni zlany potem. Zdrowy jak byk, więc po pierwszym dniu powinni go odesłać do domu, bo nie da się leczyć zdrowych. Po obiedzie szybko się przebierał i czekał gotowy na pierwsze takty muzyki na najlepszym stanowisku w dumnie brzmiącym "Bristolu" czyli "Stodole" - znanej restauracji w Ciechocinku. Muzyka ciągle ta sama, różniąca się tylko kolejnością zmienianych płyt przez prawdziwych instrumentalistów. Bo taki za "instrumentem" stoi sam, a słychać orkiestrę. I tylko oni potrafią śpiewać nawet gdy piją, bo często wokal leci z playbacku. Że piją ? a kto na trzeźwo to wytrzyma ? To samo dzień w dzień.
 Otóż górnik ów kończył tańczyć przed godz 20:00 biegł znów spocony do pokoju, włączał radio i czekał na telefon od swojej rychtyk baba. Może się poznali pracując na tej samej grubie, czyli kopalni. W oczach pewnie miał jeszcze błyski cekinów, w nozdrzach zapach perfum i smutną minę, bo może dobrze żarło a zdechło.  
Przystawiał wtedy komórkę do radia a jego rychtyk baba porównywała czy to samo słyszy w swoim radiu. Wtedy uspokojona uznawała, że jej chłop jest w pokoju.
Człowiek by tego nie wymyślił.
 
A miało być o kajakach więc:
Pogoda fatalna, kajak jeszcze nie przygotowany do wodowania a za kilka dni jestem umówiony z Zibim na przepłynięcie rzeki Orzyc od Janowa a później Narwią, przez Zalew Zegrzyński do Nieporętu i dalej Kanałem Żerańskim, żeby skończyć w pobliżu ujścia rzeki Czarnej.
Oczywiście będzie relacja.


  PS. Zdjęcia z tego pobytu, na których starałem się pokazać ładniejsze, jak mi się wydaje, oblicze Ciechocinka, połączyłem ze zrobionymi w roku 2014 w albumie "Dwa oblicza Ciechocinka" i oczywiście zapraszam do ich obejrzenia.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

... tam gdzie Afrodyta

wtorek, 13 października 2009 20:15

Foto album

 Samolot ląduje w Pafos (22 września 2009 r) o godz 13:20 z 2 godz opóźnieniem.
Żar leje się z bezchmurnego nieba. Do hotelu mamy tylko 15 km, więc wkrótce wysiadamy z autokaru i meldujemy się w recepcji. Stając z kluczem przed drzwiami pokoju zawsze ogarnia mnie niepokój, w jakiej części to co jest za drzwiami jest zgodne z prospektem, reklamą a oczekiwaniami. Nie ma hotelu idealnego, chodzi mi tylko o to, żeby te rozbieżności były jak najmniejsze. Nie wybieram hoteli o najwyższym standardzie. Do hotelu wracam dopiero na kolację po wycieczce lub pobycie nad morzem. Więc po co mam płacić za coś z czego nie korzystam wcale lub bardzo mało. Mnie wystarczy, że hotel ma tylko jeden basen i nie musi być on podgrzewany, jest mi obojętne czy w lobby hotelowym są  fontanny, sklep z biżuterią a hotelu strzeże ochrona. Pokój moim zdaniem powinien być czysty, klimatyzowany, z prysznicem i najlepiej tarasem, żeby wieczorem było gdzie wypić piwo. Ale to są moje preferencje, ktoś może mieć inne, szczególnie, jeżeli zakłada, że głównie będzie korzystał z basenu i barów.
 Veronica nie rozpieściła nas zbytnio luksusem oferując widok z tarasu na sąsiedni hotel i jakieś zabudowania. Ale to tylko 3* hotel, jednak jest wszystko na co liczyłem.
 Pafos (Paphos) to czwarte pod względem wielkości miasto na Cyprze, którego zabytki wpisane są na listę dziedzictwa kultury UNESCO. W odległych czasach było stolicą tego kraju - wyspy, która dzięki swemu położeniu na bardzo ważnych szlakach handlowych pomiędzy Europą, Azją i Afryką, często była obiektem najazdów.
Cypr jest trzecią co do wielkości wyspą Morza Śródziemnego, nazwa wyspy pochodzi od miedzi, której złoża w przeszłości eksploatowane były źródłem dostatku mieszkańców. Również dzisiaj Cypryjczycy żyją dostatnio czerpiąc ok 70% dochodu narodowego z turystyki. Wyspa jest miejscem idealnym na letni wypoczynek, dla miłośników historii szczególnie tej odległej i .. kotów (co ma również pewien związek z historią). Ale również, co wydaje się dziwne, dla miłośników narciarstwa. To dla nich pobudowano hotele, wyciągi i trasy zjazdowe w górach.
 Cypryjczycy to mądrzy ludzie, skoro stawiają na staranne wykształcenie młodego pokolenia. W trakcie nauki w liceum uczniowie obowiązkowo uczą się języka angielskiego, francuskiego, później do wyboru hiszpańskiego lub niemieckiego. Państwo każdemu licealiście funduje komputer przekazując na ten cel po 500 euro. Obowiązują przepisy określające bardziej wygląd niż strój licealistów. Muszą oni w przeciwieństwie do swoich polskich rówieśników zdawać coroczne egzaminy, również z matematyki (!) Nic więc dziwnego, że studia kończą w najbardziej renomowanych uczelniach świata. Do prostszych prac zatrudniają imigrantów z Pakistanu, Maroka, Bułgarii. W hotelu, w którym mieszkałem pracowały również 3 panie z Polski i młoda Estonka.
  Mniej może oznaczać więcej, bo podatki są tu niskie, więc wielu właścicieli zarejestrowało na Cyprze swoje firmy i tu płacą podatki a nie w macierzystych krajach i powiększają dochód narodowy Cypru a nie rodzimych krajów.
 Cypryjczycy to dziwni ludzie skoro nie chcą pieniędzy za korzystanie z toalet? Ten najbardziej upokarzający proceder, to polska jak się wydaje specjalność, obrzydliwa, jak łapa baby klozetowej odmierzająca szary papier.
 Cypr to dziwny czy normalny kraj? Można tu bezkarnie produkować dla siebie wino i destylaty. Dopiero ich sprzedaż obwarowana jest zezwoleniem i oczywiście opdatkowana. I co dziwne, nie stało się to przyczyną degeneracji narodu, powszechnego alkoholizmu i pijaństwa, czym się nas ciągle straszy. Jakoś przecież trzeba uzasadnić, że strumień pieniędzy z akcyzy płynie właściwie, jeżeli płynie bezpośrednio do budżetu państwa.
To dlatego, w przeciwieństwie do ich ziwaniji, w Polsce nie można kupić legalnie naszej śliwowicy łąckiej.
 Kościół cypryjski, który jest właścielem winnic, hoteli, banków, również największego na Cyprze browaru Keo, płaci podatki. Nie jest uprzywilejowany, płaci, jak każdy, kto osiąga zysk.
Przez dwa tygodnie pobytu tylko raz widziałem policjanta. Jakieś dziewczyny wypytywały go o drogę. Może nie tylko o drogę, skoro wszyscy byli rozbawieni, również policjant (!). Uliczki tu ciasne, pani stanęła w zatoczce dla miejskich autobusów, policjant kazał jej odjechać bez karania (!) mandatem. Żeby taką scenę zaobserwować w Polsce muszą upłynąć dziesięciolecia. Dopiero wtedy bowiem jakaś liczba polskich policjanów będzie umiała posługiwać się językiem angielskim. Ile z nich przebuduje w tym czasie swoją policyjną mentalność nastawioną tylko i wyłącznie na karanie i represje? Z pewnością będzie to trudniejsze niż opanowanie innego języka.
 Zupełnie zrozumieć nie mogę dlaczego mają również bezpłatne autostrady i mogą a nie muszą jeździć z włączonymi światłami. Gdyby jeszcze jeździli normalnie !! Ruch lewostronny odziedziczyli pewnie po Anglikach.
 Tylko raz widziałem tablicę ostrzegającą przed fotoradarem, który umieszczony przed ostrym, niebezpiecznym zakrętem dodatkowo "wymuszał" bezpieczną jazdę i przestrzeganie wcześniejszych ostrzeżeń. Służył więc zupełnie do czegoś innego niż te instalowane w Polsce.
   Anglicy stanowią zdecydowaną większość turystów, ma to swoje konsekwencje, bowiem hotele serwują śniadania uwzględniając gusta głównie Anglików. Czyli smażony bekon, jajka i jakieś gotowane kiełbaski są każdego dnia. Zdecydowana większość Anglików to ludzie starsi, nawet w podeszłym wieku. Taka ogromna ilość starości, często niepełnosprawności może robić w hotelu przytłaczające wrażenie. Ceny również pasują bardziej do angielskiej niż polskiej kieszeni.
Wszystko jednak rekompensuje upalna, słoneczna pogoda i ciepłe morze.
 
To co napisałem, to bardziej moje osobiste refleksje związane z wyjazdem na Cypr. Miejsca, w których byłem opisuję obrazem w obszernej galerii.
Wszystkich wytrwałych, czytających te słowa pozdrawiam.

Foto album


Podziel się
oceń
0
0
Tagi: Cypr, Pafos, Paphos

komentarze (0) | dodaj komentarz

Brda

niedziela, 12 lipca 2009 19:28

Album Foto

Jutro w poniedziałek 13 lipca wyjeżdżam na samotny spływ Brdą. Zaczynam wysoko, bo ze Świeszyna. Niepokoją mnie opisy, w których czytam, że wypływ Brdy z jeziora Dużego Pietrzykowskiego jest całkowicie zarośnięty, trudny do zlokalizowania, że to jest bardzo uciążliwy odcinek, że mało tam wody i dużo jest płycizn a później kamienie i bystrza i liczne zwalone drzewa. Czyli wszystkie kajakarskie kataklizmy tu na mnie czekają.
No i wyobraźnia zaczyna działać. Dokładam, więc do ekwipunku "tenisówki" do brodzenia po dnie przy holowaniu kajaka. Dzwonię do firmy wypożyczającej kajaki, też radzą zacząć niżej.
   Mam jakieś śmieszne? i głupie skojarzenia w tym momencie - jak nie zaczniesz wyżej - to nie będziesz niżej!
Decyzja zapada - od... Świeszyna. Sam.
   Skoro chcę poznać całą Brdę to skąd mam zacząć?
Bo w 1982 r. (czas stanu wojennego) dostaliśmy z Leszkiem G. zezwolenie wtedy z milicji (podobne jest tu foto) na przepłynięcie Brdy  z Charzykowych w "imprezie zorganizowanej" - czyli podlegającej kontroli. Wystawiałem zgłoszenie jako koło PTTK sierpeckiego szpitala, czy mogli odmówić? Mogli wszystko.
Zostaję sam, gdy Wojtek odjeżdża zabierając mój samochód do Drzewicza. Dziwnie się w takiej sytuacji czuję, bo mam świadomość, że teraz mogę liczyć tylko na siebie. No i nie wiem, co mnie za kilka kilometrów czeka. Na wszelki wypadek omawiamy plan awaryjny.
   Wojtek odjechał, kajak zapakowany, no to próbę czas zacząć.
Opis ilustruję zdjęciami w porządku chronologicznym w albumie Brda. Zapraszam do ich obejrzenia. Na dole tego opisu jest łącze do mapy z trasą spływu.
 
Wsiadam do kajaka ok. godz. 14:00 i... zaczyna padać deszcz.
Przy końcu jeziora nawet staję, żeby przeczekać krótkotrwałą ulewę. Jestem sam, nie muszę się spieszyć. Gdy ponownie wsiadam do kajaka intensywnie wypatruję wypływu Brdy z jeziora a w głowie natrętna myśl - trzeba się przedzierać, tylko jak znaleźć właściwe miejsce?
Jest !
Przecież tam jest wyraźne wcięcie rzadziej rosnących trzcin. Podpływam bliżej i widzę przez lornetkę, że drzewa układają się w rozpoznawalny szpaler.
To musi być tam foto !
Rzeczywiście trzciny ustępują, tworzy się wyraźny kanał, wąski, troszkę zarośnięty, płytki, ale jaki ma być? 
   Już wiem, że nie będę się przedzierał przez trzcinowisko jak z Drawy na jez. Mąkowarskie. Tu mam komfortową sytuację. Napięcie trochę spada, bo już jestem na właściwej "drodze". Ciekawe co dalej !
Jest płytko i trzeba lawirować, żeby szukać głębszej wody. Nie ma aż tylu powalonych drzew, żeby stanowiły istotne utrudnienie. Szybko obliczam, że płynąc wolno, bo tak pozwala woda, jeżeli nie będzie innych zapowiadanych kataklizmów, to dziś może dopłynę do pola biwakowego w Starej Brdzie.
Nie mam zresztą innego wyjścia - w przenośni i dosłownie, bo brzegi są podmokłe. Więc płynę wolno, robię zdjęcia. Wreszcie dopływam do pstrągarni w Starej Brdzie.
Przenoska na zakończenie dnia. Ale chce mieć ją za sobą !
Ląduję na prawym brzegu i zapadam się w mule. Coś tu nie tak !
Teraz dopiero czytam, że lądować trzeba na lewym brzegu.
Desantuję się, używając określenia Jacka L. byłego wojskowego, na właściwym - lewym brzegu, wyciągam kajak po trawie (dlaczego on jest tak przeraźliwie ciężki ?).
Późno już, ale widzę, że przy pstrągarni ktoś myje samochód.
Wychodzę na drogę, którą jedzie rowerem młody mężczyzna. Zatrzymuję go, proszę o pomoc. Ustalamy walutę - płacę piwem, godzi się ochoczo, jest już dobrze narąbany. Przenosimy kajak przez asfalt i odpoczywamy. Pan Narąbany mówi:
 - Panie, pomagałem przenosić już wiele kajaków, ale takiego małego i tak ciężkiego jeszcze nigdy. Teraz robią takie lekkie a pan masz jakiś stary, gruby chyba.
    Teraz trzeba tylko kajak zwodować na wąskim bocznym strumieniu. Idę pierwszy bo jestem przygotowany na wejście do wody, kajak prawie dziobem już jest w wodzie i nagle wyprzedza go pan Narąbany. Przewrócił się i poleciał na tzw. "twarz".  Woda go trochę otrzeźwiła, mokry pomaga mi dokończyć dzieła.
   Żeby go dowartościować czytam z etykiety  7% alkoholu ! zobacz pan ile to ma "woltów"
Udobruchany, mokry mruczy pod nosem - "dobra, zara se walne"
   Coraz bliżej do biwaku w Starej Brdzie. Dziś poniedziałek, cały weekendowy ruch już się skończył, będzie pusto i cicho, więc się wyśpię.
Zgodnie z przewidywaniem na biwaku w Starej Brdzie stoi jeden namiot, który rozstawiła para młodych ludzi.
Etap 11 km nie jest imponujący. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że wypłynąłem późno i trzeba było kilka razy przeciskać się pod drzewami, dwa razy przeciągnąć kajak bokiem po łące, kilka razy schodzić z przemiałów i przenieść kajak w Starej Brdzie.
Ale nie było zapowiadanych w opisach kataklizmów.
Następnego dnia odpływam pierwszy, młoda para zaczyna dopiero śniadanie. Płynę wolno, bo jest płytko i jest to malowniczy, urokliwy odcinek Brdy. Zatrzymuje mnie nieduża tama bobrowa, później powalone drzewo, które tak skutecznie zablokowało lustro wody, że trzeba kajak kilka metrów przeciągnąć po łące. Zatrzymuję się na krótki odpoczynek w Żołnie za mostkiem (tam czas płynie chyba wolniej). Potem mijam Nową Brdę, gdzie jest pamiątkowy kamień z wyrytym napisem, który można odczytać ze zdjęcia foto.
A dalej mijam miejsce biwakowe Folbrycht, gdzie zatrzymało się kilka kajaków i grupa młodych mężczyzn. Zapewne szybko nie odpłyną, bo na brzeg wynosili kilka butelek wódki. Przed samym mostem wyprzedziłem inną grupę kajaków, teraz płynę jako pierwszy, więc do rezerwatu "Przytoń" dopływam nie mając przed sobą nikogo.
O to mi chodziło, bo zaraz za mostem widać, że rzeka jest zatarasowana powalonymi drzewami. Na przestrzeni kilometra leży ich bardzo dużo. W takich miejscach nie ma wielkiego wyboru trasy, co chwila trzeba się rozpędzać, żeby wejść kajakiem na drzewo, później pomagając sobie wiosłem lub podpierając rękami z niego zejść, albo przeciskać pod konarami, odpychać się wiosłem, jeżeli nurt przypiera do drzewa, niekiedy wyjść, jeżeli jest płytko. Z doświadczenia wiem, że jest to bardzo ryzykowne, bo w takich miejscach woda potrafi wymyć głębokie, zdradliwe uskoki. Nie zawsze można ocenić wszystkie zagrożenia, wybrać właściwy moment manewru, siłę naporu wody, siłę reakcji wiosłem. Naciskany przez następne kajaki nie mam czasu na robienie zdjęć a całą uwagę skupiam na wybraniu optymalnej drogi przejścia przez kolejną przeszkodę. Dlatego nie zrobiłem tam zdjęć, bo nie chciałem, żeby mnie ktoś wyprzedził. Wtedy, bowiem musiałbym czekać, aż kajak płynący przede mną zejdzie z przeszkody. Kątem oka widzę, że osada na dwójce płynie moim śladem. Cały rezerwat ma długość w linii wodnej 1,2 km, mnie pokonanie tego odcinka zajęło ponad 2 godziny. Później, kiedy las się kończy, brzegi porasta trzcina a dalej pojawiają się łąki.
Mijam "Most Garbaty", przy którym zatrzymała się na odpoczynek albo na już na nocleg inna grupa kajakarzy. Dalej tworzy się rozlewisko w miejscu, gdzie do Brdy wpada rzeka Ruda. Przepływam obok pozostałości po mostku "Wojciecha".
Zbliża się godz. 18:00, jestem niedaleko jez. Szczytno a za mną są dziesiątki kajaków. Oznacza to koncentrację turystów na najbliższym biwaku w Pakotulsku. Będzie tłoczno i gwarno. Muszę znaleźć miejsce na nocleg wcześniej. I wkrótce moją uwagę zwraca dogodne wyjście na lewym, stromym brzegu. Wychodzę na zarośnięty brzegi i idę do góry. Miejsce idealne na nocleg, przede mną nocowało tu wiele osób sądząc po ilości pozostawionych śmieci. Szybko rozładowuję kajak i ukrywam go w trawie za krzakami. Nie chcę żeby sygnalizował możliwość biwakowania. Bo pamiętam grupę teraz pewnie już pijanych mężczyzn, których mijałem w Folbrychcie. Stawiam namiot, robię porządek i schodzę do rzeki, żeby się wykąpać, bo upał daje się we znaki. Z góry, ze swojego miejsca obserwuję wciąż płynące kajaki, robię sobie po kolacji herbatę i siadam w cieniu. Słońce grzeje, mimo, że jest już godz. 20:00. Będę chyba miał jednak sąsiadów, bo słyszę na dole jakieś głosy. Przychodzi młody mężczyzna i pyta, czy mogą przenocować dwie osady. Płynąc zauważyli mój namiot. Oczywiście nie mam nic przeciwko temu i po jakimś czasie dopływa drugi kajak. Okazuje się, że to para młodych ludzi, z którymi biwakowałem w Starej Brdzie. Są bardzo zmęczeni, jest już prawie 21:00.
  Rano wstaję wcześnie, po łąkach niesie się klangor żurawi i poranna mgła. Idę robić zdjęcia.
Wkrótce po odpłynięciu o 10:10 mijam most na początku jez. Szczytno, po prawej stronie widać miejsce biwakowe zaskakująco puste. Teraz przez odgałęzienie jeziora nazwane Szczycienko ponownie wpływam na Brdę. O 13:20 zatrzymuję się przy ośrodku wypoczynkowym z wypożyczalnią sprzętu pływającego, polem biwakowym, zaludnionym kąpieliskiem nad jez. Końskie. Uzupełniam zapas wody. A później mijam Płaszczycę, gdzie dwujęzyczne napisy zapraszają również, a może przede wszystkim, Niemców na świeże ryby i piwo. Przepływam pod mostem nieczynnej linii kolejowej koło Czosnowa, dalej z lewej do Brdy wpada Lipczynka i kolejne mosty odmierzają trasę - stary koło miejscowości Konarzyny i nowy na drodze do Chojnic, koło zabudowań Cicholewy. O godz. 18:40 wpływam na jez. Charzykowskie. Po jeziorze pływa kilka jachtów. Skręcam w lewo pod brzeg i szukam miejsca na nocleg. Zatrzymuję się w dogodnym miejscu, przy leśnej drodze, chociaż mam świadomość, że narażam się na mandat Straży Leśnej. Ale postanawiam zaryzykować i tak są to głupie przepisy, ale obowiązują. Bo jaką szkodę wyrządzę środowisku stawiając mały namiot na jedną noc? Następnego dnia wstaję wcześnie rano, żeby szybko się zwinąć. Namiot schnie, ja wchodzę w las i znajduję dużego i zdrowego grzyba - takiego jak ten foto. Smażę go na śniadanie z cebulą i boczkiem. Z lasu wychodzi dwóch mężczyzn, mają dużo grzybów i jagód. Ostrzegają mnie, że mogę mieć kłopoty, ale ja już jestem zwinięty i prawie zapakowany. Jeden z nich idzie do jeziora i chce się napić z niego wody, bo jak mówi - bardzo go suszy po wczorajszym. Daję mu wody ze swoich zapasów. Odpływam i okazuje się, że zaraz obok jest wyznaczone miejsce biwakowe, przy którym stoi tylko jedna łódka. Udało się przenocować bez pewnego w razie kontroli mandatu, skoro byłem tak blisko miejsca do biwakowania. Teraz celem jest Drzewicz, gdzie Luluchy są na wakacjach z wnukami z Dubaju i gdzie stoi mój samochód. Musze kupić chleb, wezmę zapas wody, wykapię się i zmienię ubranie i nareszcie będę miał okulary chroniące przed słońcem. Wiesię i Wojtka spotykam w bramie ośrodka, wyjeżdżają z wnukami na swoje ulubione miejsce, żeby się wykąpać. A ja odświeżony z zapasami o godz. 14:10 siadam ponownie do kajaka i płynę do Mylofu. Nie spieszę się, bo to już niedaleko. Most kolejowy zwiastuje, że za dwie godziny będę stawiał namiot. Zatrzymuję się przed zaporą, można biwakować również za drogą biegnącą przez zaporę, w miejscu może bardziej malowniczym, ale uciążliwym, ze względu na piskliwy odgłos pracującej turbiny elektrowni wodnej. Stacjonarni biwakowicze z namiotami i przyczepami zajęli miejsca strategiczne w tyle, obok mnie stoi grupa Niemców płynących na kanu.
Kiedy mam już wszystko zrobione idę do pobliskiego baru na ... pstrąga, skoro jestem obok wielkiej jego hodowli. Wracając w sklepie firmowym kupuję jeszcze pstrąga wędzonego.
A co ! Rzadko mam taką okazję !
 Sklep ten jest czynny latem tylko dwa razy w ciągu dnia i przyjeżdża wtedy bardzo dużo osób. Tworzy się kolejka, która świadczy najlepiej, że stoję w prawidłowym miejscu.
Wieczorem idę do leśniczówki i płacę 5 zł za pobyt i 2 zł za wózek, którym jutro przewiozę kajak za zaporę. Kładę się spać, ale zasnąć nie sposób, zaczyna działać tajemna siła wieczornych spotkań Polaków przy ognisku. Działanie tych sił doskonale znam i dlatego, jeżeli mogę staram się unikać takich spotkań.
Ale w tej sytuacji ? Biorę piwo i w wieczornym już stroju idę do ogniska. Po chwili już wiem, że rozpaliła je grupa kilkunastu młodych osiłków. Rozmawiają głównie w jęz. angielskim z elementami polszczyzny. Czyli, co drugie słowo leci kurwa. Spotykają się od kilku lat na umówionym urlopie w Polsce pracując za granicą. Piją wtedy tyle, ile wypić potrafią. Dyżurny trzyma wódkę w kontenerach w zamkniętym samochodzie, on też dba o tych, którzy w tej walce już padli, jest zobow
iązany do usunięcia wszelkich śladów "biesiady". Rolę dyżurnego pełni co dzień inna osoba. I to jest właśnie plan, którego nie mają, jeżeli nie liczyć picia do granic świadomości. Ale tajemna siła jest międzynarodowa. Przychodzą Niemcy z Bogusiem, sympatycznym ich przewodnikiem - nauczycielem z Olsztyna. Tajemna siła każe mi być dla nich miłym i za chwilę szwargoczę już po niemiecku, przy pomocy kilku słów, które jeszcze pamiętam. Boguś się spręża, tłumaczy, bo tempo rozmowy się wzmaga wraz ze zrywanymi banderolami. Wreszcie, kiedy Koni i jej mąż Max mówią mi, że nie wiedzieli, że Polacy są tacy sympatyczni i mieli o nas - Polakach zafałszowany obraz, uznaję, że mogę iść już spać. Z poczuciem własnego wkładu w budowanie dobrych relacji polsko-niemieckich wchodzę do śpiwora po godz. 1:00 w nocy. Ale czy mogłem odejść wcześniej, skoro rozmowy dotyczyły tak ważnych spraw ?
Wstanę sam czy z kacem ?
Wstałem sam.
Kiedy mam już kajak na wózku gotowy do przewiezienia, z namiotu wychodzi jakiś Niemiec i chce ode mnie adres mailowy, domyślam się, że jest to Max. Ale dzisiejszy Max w niczym nie przypomina wczorajszego Maxa.
Zadziwiające jak długo potrafi działać tajemna siła i jak zmienia ludzi.
Po przewiezieniu kajaka zostawiam cały mój dobytek pod opieką dwójki - osady, która przewiozła się przede mną i w pobliskim sklepie kupuję chleb.
Wieczorem spotykamy się ponownie, wolą biwakować na łące obok mnie.
Na rozbicie namiotu pozwolił mi pracujący gospodarz - zbierał z łąki siano.
Nie wiedziałem, że za zakrętem jest już stanica Gołąbek II. Wieczorem słyszymy odgłosy stamtąd płynące, my po biwaku w Mylofie mamy tu komfort ciszy i spokoju. Niemiecka grupa skończyła spływ chyba w Świcie.  
Dopływam do Zalewu Koronowskiego. Po prawej na jego początku jest stanica Gostycyn - Nogawica. Wysiadam, żeby wyrzucić śmieci i się wykąpać. Na dole jest miejsce na ognisko z ławeczkami. Wchodzę wyżej, w centralnym miejscu stanicy widzę duży kamień otoczony łańcuchem. Wzbudza moją uwagę, więc podchodzę bliżej.
U góry kamienia czytam: " Pamięci tych, którzy ukochali Brdę i kajaki  Przyjaciele "
zdjęcie zamieściłem w galerii. Niżej jest szereg tabliczek z nazwiskami osób już nieżyjących. Poczet ten otwiera tabliczka poświęcona papieżowi, niżej jest tabliczka ku pamięci Marii Okołów-Podhorskiej. Dzięki jej staraniom powstała stanica w Bachotku na Pojezierzu Brodnickim - w moich rodzinnych stronach (przypomina o tym stojący na terenie ośrodka w Bachotku kamień).
A jeszcze niżej jest tabliczka, która mnie zaskoczyła, spowodowała wiele refleksji i wspomnień. Jest na niej nazwisko brodnickiego miłośnika turystyki kajakowej - Franciszka Rajkiewicza. To z nim i jego szwagrem Romkiem W. spotykaliśmy się nad jez. Wielkie Partęczyny, siadywaliśmy przy ognisku na wyspie na jez. Cichem.
Niestety już ich nie ma, są na drugim brzegu. Nie ma już również Mariana, o którym wspomnienie zamieściłem niżej, który jest na zamieszczonym zdjęciu razem z Frankiem.
Zostały wspomnienia, stare zdjęcia i inne pamiątki z tamtych lat. Miałem wiele szczęścia, że los postawił ich na mojej drodze.
Gospodarz stanicy nie wiedział z czyjej inicjatywy ta tabliczka tam się znalazła. Franek związany był z Klubem Turystów Wodnych z Chełmna, pływał z nimi od lat na międzynarodowym spływie, któremu przewodzi Lech Bolt (w przyszłym roku będzie jego 50. jubileuszowa edycja). Dziś wiem, że to właśnie koledzy z Chełmna tak uczcili jego pamięć. Miły, serdeczny i wzruszający to gest a Franek w pełni sobie na tę pamięć zasłużył nie tylko dlatego, że był turystą-kajakarzem.
Po przerwie dłuższej niż planowałem, poruszony, z myślami rozbieganymi, z obrazami odległych czasów, płynę dalej. Bo w odległych czasach w 1979 r. śp. Wacław Krystym swoim podpisem i pieczątką potwierdził pierwszy wpis w mojej książeczce kajakowej po przepłynięciu Łaźnej Strugi. Jerzy Korek, co mi utkwiło w pamięci ubrany na biało, otwierał jako komandor spływ na Brdzie, kilka innych nazwisk na tabliczkach też brzmiało znajomo. 
Mijam cumujące jachty, ośrodki wypoczynkowe, przystanie.
Dopływam do Sokole-Kuźnica. Gdy słyszę pierwszy grzmot i widzę nadciągające ciężkie chmury staję w pierwszym przyjaznym miejscu. Gdzieś daleko cały czas grzmi, mam wszystko sklarowane i jestem już po kolacji, gotowy do snu, kiedy zaczyna padać deszcz. Odjeżdża wędkarz a burza z nową siłą całkiem blisko rozrywa niebo błyskawicami. Jest już zmrok, który potęguje te efekty. Zmęczony w końcu zasypiam. Rano budzi mnie odgłos ulewy. Postanawiam przeczekać. Leje przez kilka godzin, wiatr smaga strugami deszczu. Całkowicie przestaje padać dopiero po godz. 15:00. Zostaje tu na kolejną noc, bo nie widzę sensu, żeby dziś płynąć, skoro od celu dzieli mnie ok 18 km.
Następnego dnia nie pada, wieje porywisty wiatr, ale jest słonecznie.
I to ostatni dzień mojej wędrówki, w południe dopływam do mostu w Koronowie na Kanale Lateralnym prowadzącym do elektrowni w Samociążku.
Tu kończę spływ po 194 km samotnego pływania.

 

  Album Foto

 Zdjęcia z Brdy na mapie 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Z Brodnicy do Brodnicy kajakiem. Pętla

wtorek, 30 czerwca 2009 21:16

Foto album

9 czerwiec 2009

Termin uzgodniony na poniedziałek 15 czerwca. Płynę z Jackiem z Zakopanego (!) na identycznych kajakach - jedynkach Prijon Yukon. Musimy wiosłując pokonać ponad 530 km, żeby z Brodnicy dopłynąć do ... Brodnicy.
Nigdy tak długiej trasy nie płynąłem. Kiedyś trzeba spróbować.

30 czerwiec 2009

Pętlę w najbardziej optymistycznych wariantach, czyli zakładając, że trafimy na dobrą pogodę, bez przeciwnego wiatru na Wiśle, planowałem na 11 dni. Przepłynęliśmy ją pokonując 540 km w 10 dni wypływając w poniedziałek 15 czerwca o godz. 9:00 a do Brodnicy dopłynąłem ! (bo to nie było wcale takie pewne) w środę 24 czerwca o 16:20.

A więc sukces i satysfakcja.

 Z przystani Zakole w Brodnicy odpływamy z Jackiem foto ok godz 9:00. Mijamy znane z wcześniejszych spływów miejsca. Most zlikwidowanej kolejki wąskotorowej, polanę w Mszanie, ujście Rypienicy, most Pusta Dąbrówka, zagrodę Przerwa, łąkę Tomkowo, zniszczony most Smólniki, lasek w Białkowie. Wiedziałem już pierwszego dnia, że płyniemy szybko, bo stanęliśmy po przepłynięciu 54 km za Golubiem, który z daleka witał nas sylwetą zamku. Płynęliśmy do 18:30 wiedząc, że jutrzejsze przenoski wymagają czasu i trzeba wykorzystać dzisiejszą sprzyjającą pogodę. Namioty rozbiliśmy na niedawno skoszonej łące, lubię taki zapach suszącej się trawy i ziół. Jutro mamy dwa przenoszenia w Lubiczu - pierwsze na zaporze za ujęciem wody dla Torunia i drugie zaraz za mostem drogowym na młynie.
  Następnego dnia od rana intensywnie pada, odpływamy dopiero po godz. 11:00. Pakuję oddzielnie suchą sypialnię i mokry tropik. Na "popas" zatrzymaliśmy się przy intrygującym rozmachem - kompleksie wypoczynkowym oznakowanym jako "Osada Karbówko". Sprawnie przeprawiamy się na przenoskach i mijamy most kolejowy, pod którym radzę zachować czujność. Most obwodnicy zwiastuje końcowy fragment Drwęcy. My dopłynęliśmy aż! do ujścia Drwęcy do Wisły. Stanęliśmy w nie najlepszym, zakrzaczonym miejscu, ale lepszego po prostu nie znaleźliśmy.
A więc Drwęca w dwa dni - świetnie.
  Trzeciego dnia w środę wypływamy na Wisłę o 8:45, oczywiście widać już Toruń. Niestety wiatr mamy przeciwny, aż dech zapiera i oczywiście przeciwną falę. Powoli zbliżamy się do Torunia, mijamy most kolejowy, później Bulwar Filadelfijski, którego brzegi są remontowane i most drogowy. Za Toruniem Wisła zmienia kierunek swojego biegu. Jest trochę łatwiej płynąć, miejscami fala maleje.
W Solcu jestem o 14:40 mijając jedynie policyjną motorówkę płynącą w stronę Torunia ale nie wzbudziłem żadnego zainteresowania. Może dlatego, że miałem na sobie kamizelkę? Dobiłem do brzegu przy nieczynnej stanicy WOPR. W pobliskim sklepie zrobiłem zakupy i wyrzuciłem śmieci. Odpływam nie doczekawszy się Jacka. Swoim zwyczajem pewnie gdzieś stanął, żeby ugotować sobie posiłek. Przed mostem w Fordonie przestałem płynąć, żeby Jacek do mnie dołączył. Z przyjemnością na spokojnej już wodzie odpoczywając i wygrzewając się w słoneczku, patrzyłem na fordoński most z innej perspektywy. Przejeżdżam przez niego jadąc do RCO w Bydgoszczy i zawsze szukam wzrokiem czy Wisłą ktoś płynie. Tego dnia stanęliśmy na nocleg na prawym brzegu przed miejscowością Strzelce, wg mojego opisu (weryfikowanego po powrocie na 152 km od Brodnicy) pokonując dystans 54 km.
Od lat nie korzystam właściwie z wydanych przewodników. Są one nie aktualizowane i zawierają opisy, które niczemu nie służą. Grubsze, wydaje się, że zawierają więcej informacji a mamy do czynienia z komercją i psychologią. Zmieniły się czasy, możliwości dostępu do informacji, zainteresowania stały się bardziej wybiórcze, turystyka bardziej wyrafinowana, więc po co mi w kajakowym przewodniku historia np Malborka? Ja chcę z przewodnika wiedzieć co mnie czeka na rzece, jakie są punkty charakterystyczne na najbliższy czas, żeby zlokalizować swoje położenie bez uruchamiania gps'a.
  Noc minęła wybornie. To ważne. Widząc rano Wisłę spokojną, jak śpiące niemowlę, trzeba to wykorzystać. Nie wiemy jak długo pogoda będzie nam dzisiaj sprzyjać, spróbujemy dopłynąć do Grudziądza. Najpierw mijam Chełmno, dopływam do odnowionego mostu z przyczółkami ozdobionymi czerwienią kwitnących maków. Przed mostem zatrzymuję się słysząc jadącą na sygnale karetkę pogotowia i filmuję jej przejazd. Nie wiedziałem, że dla małego Wiktora będzie to najważniejsza relacja z mojego pływania.

Mijamy Świecie i ujście Wdy i ok godz 16:20 mijamy charakterystyczne bloki mieszkalne w Strzemięcinie - dzielnicy Grudziądza. Widać je z daleka. O godz 16:40 przepływam pod grudziądzkim mostem i po prawej roztacza się wspaniały widok na grudziądzkie spichrze. Pogoda radykalnie się zmienia, na horyzoncie widać ołowiane chmury, będzie lało. Zostałem w tyle fotografując, teraz przyspieszam i szykuję się do ochrony przed deszczem. Na kokpit zakładam fartuch, na siebie kurtkę i ostro wiosłuję. W pewnym momencie horyzont się zaciera, robi się siwy, zrywa się wiatr, uciekam pod brzeg i widzę, jak zbliża się do mnie ściana deszczu. Staję pod drzewem, liście drzewa osłaniają przed największym impetem ulewy. Po pewnym czasie ulewa słabnie, chmury jaśnieją i... wychodzi słońce. Płynę dalej, dostaję smsa, że Jacek znalazł dobre miejsce na 844 km Wisły po prawej stronie. Wkrótce tam jestem, ale żeby rozstawić namiot trzeba najpierw zrobić dla niego miejsce w wysokiej trawie.
Jesteśmy za Grudziądzem! a dokładniej 2 km za ujściem rzeki Osy, przepłynęliśmy 63 km. Widzę jak w najbliższych trzcinach i sitowiu buszuje jakieś rude zwierzątko, norka? Jutro, skoro Wisła będzie dla nas równie łaskawa, w myślach postanawiam - walimy ile się da.
 Rano pogoda wymarzona, słonecznie, woda - lustro. Jeżeli taka pogoda się utrzyma może uda się dociągnąć pod Tczew. Skoro płyniemy szybko, to dziś się rozstrzygnie czy będziemy płynąć 10 czy 11 dni. Cieszy to, bo w fazie planowania Jacek nie wierzył, że wersja 11 dniowa jest w ogóle możliwa.
 Szybko dopływam do miejscowości Nowe nad Wisłą, światła tego miasteczka było widać wieczorem z namiotu. Jacek jak zwykle zwodował się szybciej niż ja, widzę na horyzoncie właściwie nie jego a błyskające w słońcu jego wiosła. Dobijam do brzegu w pobliżu zabudowań i idę "się zatankować" a przy okazji wyrzucić śmieci. Wracam szybko, bo kajak został bez opieki, z pełnym pojemnikiem wody. O godz 11:20 mijam samotny dom na zalesionej, lewej wiślanej skarpie. Malowniczy to widok. Po 20 min przepływam obok filarów zniszczonego mostu w pobliżu Kwidzyna. W Korzeniewie mijam prom. Samotny kajakarz wzbudza zainteresowanie pasażerów. Obsługa promu umożliwia mi bezpieczne przepłynięcie pod liną, bo słyszę okrzyk:

- Dawaj, dawaj ! zaczekamy !

I popłynęliśmy, każdy w swoją stronę, oni po następnych pasażerów, którzy już czekali na przeciwległym brzegu a ja do Gniewa. Niedługo ukazuje się najpierw wieża kościoła a później sylweta zamku z czterema narożnymi wieżami. Widok zamku góruje nad okolicą i towarzyszy mi jakiś czas U jego podnóża również jest przeprawa promowa. Ujścia Wierzycy nie zauważyłem, mimo, że go wypatrywałem. Zaczyna padać deszcz, niezbyt intensywny, nawet się przed nim nie zabezpieczam, daje bowiem przyjemną ulgę w upalny dzień.
Dziwny to może widok dla postronnych, ale zawsze płynę w koszuli z długim rękawem, ciemnych okularach z kapeluszem osłaniającym głowę i kark, smarując się kremem z filtrem UV. Im większy upał tym bardziej trzeba się chronić. Kiedyś na Drwęcy wyskoczyłem zza zakrętu wprost pod wędki ... starszej pani. Upał niesamowity a ja kolana nawet miałem przykryte. Przeprosiłem, chociaż nie mogłem jej widzieć, a ona tylko zapytała:

- Nie jest panu za gorąco ?

Oczywiście, że było, ale ochłodzić się łatwo, tym bardziej, że wody dookoła nie brakuje, ale jeszcze łatwiej się poparzyć. Mimo środków zaradczych często pali twarz opalona odbitym w wodzie słońcem, trudno znieść wielogodzinną ekspozycję słońca bez okularów chroniących oczy. To nie szpan, to konieczność, warunek dłuższego płynięcia.

I tak mija godzina 13:30, Jacek pewnie jest już po obiedzie. Wisła wyraźnie potężnieje, teraz budzi naprawdę respekt, szczególnie kiedy koło burty wypływa duży wir, woda wtedy bulgocze a ja czuję siły działające na kajak. Trzeba je umiejętnie wykorzystać i dać się ponieść zgodnie z kierunkiem płynięcia. Obserwuję bezładnie płynący przede mną konar, właściwie fragment grubej sosny. Wpływa w wir, obraca się i znika pod wodą, żeby po kilku metrach wypłynąć, nadal w tanecznych obrotach. Trzeba uważać, to nie żarty!

Niepostrzeżenie dopływamy do Białej Góry. Stoi tam kilka łodzi. Śluzy nie widać, jest w głębi prowadzącego do niej kanału. A my? Zgodnie z postanowieniem walimy dalej... ile się da. Tczew jest dziś naszym celem. Nogat i Malbork zostawiam sobie świadomie "na później", może kiedyś tędy popłynę, bo zaraz za Białą Górą uchodzi do Nogatu rzeka Liwa. Można zacząć na Liwie, żeby Nogatem popłynąć przez Malbork i skończyć gdzieś... na Zalewie Wiślanym? Zawsze można znaleźć głupsze pomysły a ten wydaje się, przynajmniej mnie, sensowny.

 Godz 16:40 i po raz pierwszy widzę wykorzystanie Wisły jako drogi wodnej. Najpierw słyszymy jakiś obcy dźwięk, bo płyniemy razem. Odgłos narasta, podpływamy pod brzeg a zza zakrętu coś się wyłania. Przez lornetkę widzę, że to coś jest wielkie. Pierwszy pchacz pod prąd Wisły (dokąd?) pcha na barce dużą gabarytowo konstrukcję. Czekamy, aż przejdzie fala i słyszymy, że idzie następny pchacz. Stoimy przy brzegu cierpliwie. Robi się chłodno. Na biwak za wcześnie. Przed nami most na drodze Starogard Gdański - Malbork, jesteśmy właściwie w Tczewie. Widać hotel, który stoi nad brzegiem Wisły. Most w Tczewie jest remontowany, pierwsze przęsło z prawej osłonięte, zdejmowana jest farba i rdza. Piekielny hałas piaskarek, mijamy most i jeszcze większy hałas. Na błoniach Tczewa nad Wisłą rozstawione ogromne namioty. Powietrze i woda drży od decybeli. Ludzi niewiele, napitych jeszcze mało, bo kto to na trzeźwo wytrzyma? Ciekawe czy ktoś z nich słyszał kiedyś pieśń skowronka zawieszonego nad łąką? Uciekamy jak najszybciej bez słów, wiedząc, że musimy odskoczyć co najmniej 10 km, żeby mieć ciszę. Po próbach znalezienia odpowiedniego miejsca czynionych przez Jacka, na nocleg stanęliśmy, jak się później okazało na ostrodze, którą wypatrzyłem przez lornetkę. Wąsko, namiot trzeba stawiać ukośnie, ale udało się. Korzystając ze słońca ładuję z baterii słonecznej swoją komórkę. Teraz można wreszcie odpocząć. Dziś 73 km - to najdłuższy dzienny etap w moim życiu.

Sobotni ranek znów wita nas słoneczną pogodą, namioty szybko schną. Wisła jak młoda i piękna kobieta - bez jednej zmarszczki. Do Gdańskiej Głowy i Szkarpawy mamy stąd już tylko 16 km. Wisła właściwie za nami, teraz kolejnym "kluczowym" dniem będą pochylnie. Odpływam o godz 8:20, o godzinie 10:00 mijam most w Kiezmarku, konstrukcją przypomina most obwodnicy w Wyszkowie na Bugu. 15 min później stajemy u wrót śluzy Gdańska Głowa foto. Do Bałtyku stąd jest tylko 10 km !
 Razem z nami do śluzy wchodzi nieduży jacht płynący od strony Gdańska. Po wpłynięciu do komory pan z jachtu wspina się po drabinie, żeby opłacić śluzowanie, my zapłacimy później. Po śluzowaniu chcemy dobić do brzegu i to uczynić, ale operator krzyczy, że nie trzeba, wszystko zapłacone. Pan z jachtu zapłacił również za nas. Wyprzedził nas na silniku i pewnie nie usłyszał: "Dziękujemy"

Jesteśmy na Żuławach, na Szkarpawie! Nurt Szkarpawy raczej symboliczny, później jednak wyczuwalny.
Teraz do Brodnicy mamy już "z górki", przepłynęliśmy 304 km.

O godz 11:00 zbliżam się do ciekawego konstrukcyjnie i wyglądem mostu zwodzonego w Drewnicy, po 40 min mijam miejsce, które oznaczyłem na podstawie zdjęć satelitarnych. Wszystko się zgadza. Niesamowite.
Uciekam na brzeg, gdy słyszę za sobą ryk silników, mija mnie 8 wysłańców piekieł ubranych w czarne pianki, pędzących na skuterach wodnych. A za nimi motorówka WOPRu. Przecież dziś sobota, więc każdy korzysta z ładnej pogody na swój sposób.

Jacek daleko z tyłu, zaczyna się chmurzyć, przybijam do brzegu w Rybinie. Właściciel łąki, na którą wysiadam zwraca mi uwagę, że naruszam jego prywatność i bacznie obserwuje. Robi coś przy dużej, stacjonarnej, bo pozbawionej już kół, przyczepie mieszkalnej. Idę wzdłuż rzeki do sklepu z poczuciem szkód jakie mu wyrządzam, stąpając po pełnej kretowisk przyrzecznej łące. Kupuję przede wszystkim chleb, pomidory i ogórki i zapas piwa. Kupiłem również podstawę napoju energetyzującego - czyli butelkę Advocata. Rano robię sobie na drogę mały termos kawy dolewając trochę tego wynalazku. To jedyny oprócz piwa alkohol, jaki mam. Jacek w tym roku nawet piwa nie pije, stosując się do zaleceń lekarza.
Gdy wracam zaczyna padać, ale co mi tam! Pada jednak coraz bardziej, więc ubieram kurtkę i o 14:50 odpływam nadal bacznie obserwowany przez ćwoka.

O godz 16:40 mijam rdzewiejące "U-booty" chyba pozostałości po rurociągu. Mijam przystań przy przepompowni ze stojącymi w niej pływającymi urządzeniami i kilkoma jachtami. Zagadnięty nie zatrzymuję się długo, bo przede mną połączenie Szkarpawy, Zalewu Wiślanego i Nogatu. A mam wpłynąć w ten ostatni. Woda rozlewa się szeroko, rozgałęzień jest coraz więcej, uruchamiam gps’a. W momencie kiedy łapię już sygnał satelitarny widzę tablicę-drogowskaz wskazującą kierunek płynięcia Nogatem w stronę Elbląga.

Przepłynęliśmy Szkarpawę!

Ok godz 18:15 mijam prom w Kępinach mając już od dawna kontakt wzrokowy z Jackiem, który mnie wyprzedził. O 18:50 (czasy znam na podstawie zrobionych zdjęć) mija nas ponownie kawalkada czarnych wysłańców piekieł, tym razem w drodze powrotnej. Uciekamy do brzegu, zwolniła jedynie motorówka WOPRu, chyba ich ubezpieczała. Stojący obok sternika ratownik nawet przyjaźnie pomachał, może to były ćwiczenia jakiegoś oddziału szybkiego reagowania?

Dawno przestało padać, znów jest słonecznie i co ważne ciepło. Robi się późno, płyniemy ciągle wzdłuż ruchliwej drogi. O 19:40 jesteśmy przy wejściu z Nogatu w kan. Jagielloński. Jacek wylądował na prawym brzegu, na łące, wśród pasących się krów, przy typowych budynkach dawnych PGR-ów. Płynę do niego, przez zaporę zwartej roślinności chociaż decyzji nie rozumiem, uprzedzony, że druty pastuchów "trzepią". Kiedy chcę wysiąść z kajaka zapadam się w jakieś śmierdzące błoto. Natychmiast odbijam od brzegu, nie będę tu nocował. Uprzedzam go, że płynę dalej a spotkamy się jutro na szlaku. Decyzja spontaniczna, może ryzykowna zważywszy, że pora już późna. Rzeczywiście trzepie, gdy przepływam pod drutami uchylając wiosłem podwójną linię zaporową dla bydła. Po kilku minutach jestem w kanale Jagiellońskim i wiem, że muszę szybko znaleźć miejsce na nocleg. Po prawej jest zatoka obudowana z obu stron wałami i widzę mężczyznę zaganiającego krowy. Dopływam do utrzymanego w czystości pomostu, wysiadam budząc popłoch wśród bawiących się  pod wiatą dzieci. Zbliżam się do pana i pytam, czy mógłbym tu na wale rozstawić na jedną noc namiot. Pan podchodzi do mnie dziwnie długo, ale zrozumiawszy o co mi chodzi, każe wycofać się za niebieski płot, bo tam nie sięgają kamery monitoringu. Jestem na terenie przepompowni w Bielniku Drugim. Pan a nie ćwok pozwala na rozstawienie namiotu. Okazuje się być miłym gawędziarzem, wracając do studenckich wspomnień. Stawiam namiot prawie po ciemku i szybko się myję. Gdy gotuję sobie posiłek widzę jak w dole rozbłyskuje coraz więcej świateł Elbląga. Przychodzi pan a nie ćwok i pyta co mi potrzeba. Proszę o naładowanie akumulatora do aparatu foto i umawiamy się, że przyjdzie rano mi go oddać. Siedzę jeszcze trochę przed namiotem pijąc herbatę i patrząc w dół na Elbląg. Spokojny kładę się spać. Nagle w nocy coś każe mi się zerwać ze snu. Ogłupiały słyszę zewsząd szum przelewającej się, potężnej wody. Niczego nie rozumiem, ale jestem przekonany o niebezpieczeństwie. Pewnie porwało mi kajak. W piżamie wyskakuję przed namiot, może szła duża barka i pchała przed sobą olbrzymią falę. Spadam w dół bardziej niż schodzę. Kajak jest - ulga. Nagle ... wszystko cichnie. Wracam do namiotu, ale nie mogę już zasnąć. Co to było ? Przecież wszystko słyszałem a może mam jakieś halucynacje ?

Rano przychodzi pan i opowiadam o przeżyciu chwil grozy. Śmieje się i mówi, że zapomniał mi powiedzieć, że w nocy, bo wtedy tańsza jest energia, uruchomią się pompy. Jestem przecież na Żuławach. A nocuję właśnie na terenie jednej z przepompowni.
Przed odpłynięciem proszę jeszcze o wodę i oglądam 6 pomp, które w zależności od różnicy poziomów wód włączają się pompując wodę z niżej położonych terenów do Szkarpawy. A wszystko sygnowane symbolami Unii Europejskiej i datą 2004 rok - stąd ten niebieski kolor.

Żegnam się, dziękuję za wyrozumiałość i pomoc, życzę dobrej niedzieli. Dopiero teraz widzę, że po prawej na wodę schodzi Jacek. Gdy rozmawiałem poprzedniego dnia z operatorem przepompowni minął nas, bo również zrezygnował z tamtego "krowięcego" miejsca i rozbił się niedaleko za mną.

O godz 9:00 dopływam do Elbląga. Pierwszy widok nie jest sympatyczny bo wita mnie szary, brudny, przytłaczający wielkością obiekt przemysłowy, obok którego stoją zacumowane statki. Po 20 minutach jestem w centrum Elbląga przy uroczych bulwarach elbląskiej starówki z górującą nad miastem wieżą katedry. Lewy brzeg okupują rozstawieni wędkarze, domyślam się, że są to jakieś zawody (dziś jest niedziela). Przepływam pod mostem, przy którym jest znajomy camping. Stąd zaczynałem przed wielu laty spływ organizowany przez M. Kossakowskiego z płockiej Petrochemi. O 10:20 wpływamy na jez. Drużno. Jezioro bez dostępnych brzegów, płytkie i zarośnięte z wyraźnym kanałem, którym pływają wycieczkowe stateczki (tylko w jednym miejscu nad jego brzegiem stoją zabudowania) Nad Elblągiem krążą dwa szybowce i kilka razy wznosi się w powietrze samolot w lotach widokowych. Można tu zobaczyć wiele różnych ptaków, słychać ich odgłosy, bo jezioro to rezerwat ptactwa wodnego. O 12:10 jezioro się zwęża i zaczyna się kanał Elbląski. Płyniemy teraz do pochylni. Na pierwszej, która nazywa się Całuny, jestem o 13:20. Idę opłacić przewóz kajaków. Okazuje się, że mogę zapłacić za wszystkie 5 pochylni, co bardzo skróci czas potrzebny na ich pokonanie. Operator pierwszej uprzedza przez CB radio obsługę następnej pochylni. Przy okazji oglądam maszynownię pochylni. Wracam do kajaka i z góry widzę, że dopływa Jacek. Wpływamy na wózek, dajemy sygnał gongiem i jedziemy do góry prawie 14 m. Sytuacja powtarza się na następnej w Jeleniach - gong i jedziemy w górę tym razem o 22 m. Na trzeciej w Oleśnicy mijamy się z jadącym w dół w stronę Elbląga wycieczkowym stateczkiem. Na czwartej w Kątach musimy czekać, aż kolejny stateczek opuści pochylnię. Ruch się wzmógł głównie za sprawą starszych wiekiem, niemieckich turystów, którzy nas pozdrawiają - Gruss Got, Guten Tag! W końcu do 1945 r. to był Oberländischer Kanal - czyli Kanał Oberlandzki, przyjeżdżają zobaczyć gdzie mieszkali ich dziadowie, rodzice a może oni sami. Czuję się jak aktor, widząc wycelowane we mnie aparaty foto lub rzadziej kamery.

Wjeżdżamy na Buczyniec co obrazuje filmik, gdzie jest niewielkie muzeum, bo pochylnie są dziś zabytkiem - unikalnym, jeżeli chodzi o rozwiązania hydrotechniczne.

Planowałem, że tu się zatrzymam, wyrzucę śmieci, może coś zjem. Jacek zignorował to miejsce, ja próbowałem wysiąść. Nie dało się przy rozsądnym postępowaniu, nie chcąc się nie wywrócić. Trzeba tu próbować wyjść wcześniej zaraz po zejściu z wózka, gdzie nabrzeże to umożliwia.

Po godz 17:00 odpływamy z Buczyńca. Teraz jest pewne, że skończymy po 10 dniach płynięcia. Zaczynamy szukać miejsca na nocleg, jedno z nich mijamy, ładne ale okupowane przez podpite, hałaśliwe mieszane towarzystwo. Dalej po lewej widać niszczejący budynek po dawnym gospodarstwie rolnym, za nim wpływamy w odnogę prowadzącą do niewielkiego jez. Piniewo i tam stajemy na nocleg po przepłynięciu dzisiaj 41 km a od początku spływu 381 km.

Następnego dnia w poniedziałek dobrze, że dopiero po zwinięciu namiotów zaczyna padać. Odpływamy w deszczu. Wkrótce mijamy mosty koło miejscowości Awajki, później Rybaki pierwszy stary, kamienny i za nim nowy most na drodze nr 7. Przestało padać, ale niebo jest nadal pokryte deszczowymi chmurami. Wpływam na jez. Sambród, przepływam pod mostem kolejowym na zwężeniu jeziora i widać już napis Małdyty na stacji kolejowej. Kończy się jezioro, ponownie wpływa się w kanał. Teraz będzie most foto (po kliknięciu otworzy się jego powiększenie), który kiedyś sfotografowałem a za nim długie jez. Ruda Woda. Na jego początku po prawej stronie dobijam do brzegu przy polu namiotowym. Letni bar jeszcze zamknięty, chociaż namiotów i przyczep sporo, wyrzucam tylko śmieci i zmieniam baterię w aparacie foto, bo przestał robić zdjęcia. Jednak to nic nie pomaga, aparat się po prostu zepsuł. Od tego miejsca spływ będę ilustrował wcześniej zrobionymi zdjęciami. Odpływam, zaczyna znów padać i zrywa się wiatr. Jezioro ciągnie się przez 12 km i gdy jestem już przy jego końcu widzę kajaki. Płyną w przeciwną niż ja stronę w dużej grupie. Pod mostem na końcu jeziora mijam ostatnie z nich, czekają na poprawę pogody a most je osłania przed deszczem. Chwilę rozmawiamy, dowiaduję się, że to Spływ Świętojański, spływ o długiej tradycji. Wpływam na jez. Ilińsk, którego cały prawy brzeg zabudowany jest wszelkiego rodzaju domkami. Niedługo będę na rozwidleniu, prosto można popłynąć na Jeziorak i do Iławy w lewo do śluzy w Miłomłynie. Cały czas płynę osłonięty fartuchem i narzucie z kapturem, bo pada intensywny deszcz. Zrobiło się chłodno. I tak zmoknięci dopływamy do śluzy w Miłomłynie. Najgorzej jest kiedy po śluzowaniu muszę wyjść z kajaka i zapłacić za śluzowanie. Operator chwilowo jest zajęty więc cierpliwie zmarznięty czekam. Stojące obok mnie dzieci z autokarowej wycieczki szkolnej obserwując następne śluzowanie, pewnie się zastanawiają - co to za przyjemność płynąć w taką pogodę. Ale właściwie jest to pierwszy dzień, kiedy deszcz staje się dokuczliwy. Teraz przed nami następna śluza w Zielonej, do której Jacek przypływa pierwszy. Kiedy dopływam on jest już na brzegu i opłaca śluzowanie. Komplikuje tę operację duża pływając kępa roślinności, która po oderwaniu się od brzegu tarasuje wejście do komory śluzy. Obsługa próbują ją odepchnąć bosakami, ale nie mogą uporać się z problemem. Z opresji ratuje nas wracający do Ostródy pusty stateczek wycieczkowy. Wycofujemy się kajakami na polecenie jego kapitana, uruchamia całą naprzód i wtłacza w kilku podejściach tę kępę do śluzy. Musimy czekać aż komora się oczyści i napełni ponownie wodą. Teraz nasza kolej. Na dziś mam już dosyć pływania, ale musimy dopłynąć do jez. Ostródzkiego, brzegi kanału są niedostępne nie ma możliwości postawienia namiotu. Wreszcie ulga - kanał Elbląski się kończy i lądujemy na prawym brzegu nad jez. Ostródzkim. Szybko stawiam namiot, rozładowuję kajak i mimo deszczu idę się wykąpać. I tak jestem cały mokry. Dopiero teraz przebieram się w suche zapasowe ubranie, zamykam namiot i coś gotuję pod tropikiem. Robi się przyjemnie ciepło, słychać tylko odgłos deszczu uderzający o tropik, zmęczenie powoli mija, jest już dobrze. Ciekawe jaka pogoda będzie jutro.

Wstaję wcześnie rano, ranek jest mglisty, dookoła mokro ale nie pada. Dziś we wtorek postanawiamy dopłynąć w okolice Nowego Miasta. Ponieważ przy takiej pogodzie trudno cokolwiek wysuszyć przepakowuję namiot, odpinam sypialnię od mokrego tropiku i pakuję oddzielnie. O godz. 8:00 jestem już na wodzie, przed nami najpierw jez. Ostródzkie, z którego po 8 km wypływa Drwęca. Mijam Jacka i zatrzymuję się na początku Drwęcy na dużym, zagospodarowanym polu biwakowym. Stoi tam jedna przyczepa, pewnie zapalonego wędkarza, jest wiata, miejsce na ognisko, przyłącza energetyczne, są śmietniki. Pełne, więc swoje śmieci stawiam obok innych worków. Za 3 km będzie jaz w Samborowie foto, trzeba tu przenosić kajaki przez nasyp ruchliwej dwutorowej linii kolejowej. Wyciągam swój kajak na brzeg, dopływa Jacek i kolejno je przenosimy. Szybko idę do pobliskiego sklepu, bo nie mam już chleba. Jacek już odpłynął. Zrobiło się słonecznie i gorąco, na termometrze mam 32 stopnie ciepła, robię sobie dłuższy postój i się kąpię. Odpływam dopiero po godz 11:00 po zjedzeniu świeżych bułek. Jacek po drodze nie robił żadnych zakupów, nie kupował nawet pieczywa mając chleb o przedłużonej trwałości. Muszę to wypróbować, może na Brdzie. Do Brodnicy już nie będzie żadnej stałej przeszkody. Po kilku godzinach płynięcia mijam miejsce, gdzie w 2006 roku płynąc składakiem nocowałem przy przyczółku zniszczonego mostu przy wsi Raczek. Dziś ze zdziwieniem widzę, że stoi tam most drewniany na metalowych dźwigarach. Napotkany wędkarz mówi, że zbudowało go wojsko w ramach ćwiczeń. Niedługo z prawej mijam ujście rzeki Iławki, później most drogowy do Iławy w miejscowości Rodzone i most kolejowy. Po minięciu z prawej uregulowanego ujścia rzeczki Rudej przede mną most w Bratianie a po chwili mijam z lewej ujście rzeki Wel - rzeki z charakterem, szczególnie za Lidzbarkiem potrafi pokazać na co ją stać. Chciałbym ją przepłynąć kiedyś ponownie. W 1982 r. płynęliśmy w 5 kajaków od miejscowości Tuczki do Bachotka na III spływie kajakowym "Czterolistna Koniczyna". Były to czasy trudne w ogóle, również dla turystyki.

Kilka lat wcześniej opisałem wcześniejsze swoje kajakowe wędrówki w formie prezentacji na płycie CD, jednak forma bloga wydaje mi się bardziej nośna, dostępna dla większej ilości odbiorców.

Jacek znalazł już miejsce i stawia swój namiot na skoszonej łące. Jesteśmy tuż przed Nowym Miastem widać pierwsze domy tego miasta i nowomiejską farę. Kiedy wychodzę na brzeg słychać pierwszy grzmot. Będzie burza i oczywiście deszcz. Śpieszę się, żeby przed nim zdążyć, gdy kończę rozładowywać kajak zaczyna padać, ale mam już wszystko w namiocie, przyniosłem nawet wodę do mycia, kajak zamknięty pokrowcem. Urządzam teraz namiot, po umyciu gotuję solidny posiłek. Błyskawice i grzmoty co chwila rozdzierają niebo, leje deszcz i zerwał się wiatr. Zapada zmrok, gdy burza cichnie jestem już śpiworze. Ale dalej intensywnie pada sądząc po odgłosach deszczu bębniącego o tropik. Przepłynęliśmy już ok 475 km, dziś ponad 50 km. Do Brodnicy zostało ok 56 km.

Rano w środę niebo ołowiane, zamglone. Podobno padało prawie całą noc i wygląda na to, że również dzień będzie deszczowy. Składam mokry namioty nie czekając aż wyschnie. Wysuszę już w domu. Na wodzie jestem o godz 8:30 i ostro ruszam do przodu. Jacek zostaje w tyle. Mijamy mosty w Nowym Mieście - kładkę, most drogowy i później most kolejowy. Dokładnie godzinę po odpłynięciu wg widocznego na wieży dużego zegara mijam kościół w Kurzętniku. Po pokonaniu kolejnych kilometrów przepływam pod mostem w Nielbarku i zbliżam się do dawnej żwirowni w Głęboczku. Wypatruję miejsca, w którym ze śp. Romkiem Witkowskim i jego rodziną rozbijaliśmy na weekend namioty. Ale od tego czasu minęło tyle lat, wszystko wygląda inaczej a szczegóły zatarły się w pamięci. Za mostem w Jajkowie pogoda wyraźnie się pogarsza, zaczyna padać. Po prawej ciągną się wysokie wzgórza. Zbliżam się do ujścia Brynicy, zaraz za nim jest polana na wysokiej, piaszczystej skarpie, opisywana jako miejsce dobre na biwak. Kajaki muszą jednak zostać na dole, trudno je bowiem tak wysoko wciągnąć. Ale widok stąd jest piękny. To zdjęcie foto zrobiłem podczas samotnego spływu składakiem w roku 2006 już siedząc pod namiotem w dziwnych warunkach - padającym deszczu i ostro świecącym, zachodzącym słońcu. O godz 14:00 przepływam obok zadbanego siedliska. Po lewej pojawia się wysoka skarpa i o 14:45 mijam ujście Skarlanki - strugi łączącej jeziora Pojezierza Brodnickiego i mosty drogowy i kolejowy koło Nowego Dworu. Cały czas pada deszcz. A później już tylko siedlisko Bobrowiska, most kolejowy przed Brodnicą. Widać już wieżę fary, dopływam do kładki dla pieszych i mijam most przy Wieży Mazurskiej. Kilka osób na dużym moście zatrzymuje się obserwując jak płynę. Mijam kościół szkolny i mały most, kładkę w parku i most drogowy za Wieżą Krzyżacką. Płynę wzdłuż ogródków działkowych i o 16:20 dopływam do Zakola. Głośno wita mnie jej gospodarz p. Roman zaskoczony moim widokiem.

W ten sposób dopływam do miejsca, z którego 10 dni temu wyruszałem.

Pętla przepłynięta !

Foto album


Część zdjęć zlokalizowana na mapie Pętla kajakowa z Brodnicy do Brodnicy


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Po Liwcu

wtorek, 30 czerwca 2009 14:02

Album Foto

01 czerwiec 2009
Na przepłynięcie Liwca umówiłem się ze Zbyszkiem na wtorek 19 maja 2009 na godz. 16:30. U niego zostawiłem swój samochód. Mój kajak i wyposażenie załadowaliśmy na jego samochód. Na miejsce startu do Chodowa zawiózł nas jego syn po powrocie z pracy. Zajechaliśmy tam o 19:30, zwodowaliśmy się za mostem po prawej stronie wzdłuż ogrodzenia najbliższego domu, na podmokłej łące, niewygodnej, zarośniętej. Ale pora dnia i deszcz nie pozwalały na szukanie lepszego miejsca. Pakujemy się szybko, chociaż nieskładnie, jest już późno. Z mostu przypatruje nam się para młodych ludzi, odchodzą, gdy odpływamy. Śmierdzi. Okropny fetor przy każdym ruchu wiosła. Skąd tyle smrodu? pewnie pobliskie Siedlce zrzucają nieczystości. Oczywiście przypomina mi się Zalew Włocławski z inną nieco odmianą fetoru.
O zmroku mijamy ujście Muchawki i niedaleko za nim zatrzymuje nas zastawka, o której wcześniej nie wiedziałem. Z reguły przy budowlach hydrotechnicznych jest możliwość postawienia namiotu, tak jest również teraz. A przy tym jest to postępowanie racjonalne, oszczędzające siły i czas, bo przecież i tak trzeba przenosić kajaki. Największą niedogodnością w takim przypadku jest odgłos spadającej wody, na Działdówce, czyli początkowym odcinku Wkry, długo nie pozwalał mi zasnąć. Stajemy na nocleg o 20:30, prawie po ciemku rozstawiamy namioty a odgłos przelewania się wody nie jest dokuczliwy. Dodatkowo teren oświetla pobliska ferma drobiu. Deszcz, teraz padający z przerwami, nie pozwala na dłuższe rozmowy, kładziemy się spać. Bardzo długo nie mogę zasnąć i to nie dlatego, że po raz pierwszy śpię w nowym namiocie, ale jest mi bardzo gorąco w śpiworze, wreszcie znajduję na to sposób. Nie wchodzę do śpiwora, rozsuwam go i przykrywam się jak kołdrą. Niepotrzebnie brałem śpiwór cieplejszy, ale bałem się zimnych nocy. Rano jednak Zibi mówi, że bardzo zmarzł, mimo środków zaradczych w postaci ... nieważne jakich.

 Widok za Liwiec z pierwszej zastawki

 

 

 

Rano wita nas piękna słoneczna pogoda. Kajaki wodujemy po niewygodnej przenosce prawą stroną przez pokrzywy. Odpływamy z ładnego, ale bardzo zbeszczeszczonego przez miejscową gawiedź miejsca. Bez skrupułów dokładam im swoją puszkę po piwie. Bo stanowi ona ułamek procenta tego, co tam sobie zgromadzili oni - miejscowi. Widocznie im więcej wszelkiego śmiecia tym lepiej się czują, bo nawet sobie zbudowali ławeczki i stolik, żeby było przyjemniej odpocząć? W lepszym, słonecznym nastroju odpływamy o 8:45. Ciągle śmierdzi.

 Zastawka w Kisielanach















Do następnej zastawki w Kisielanach dopływamy ok. 11:30, przenosimy kajaki lewą stroną.

 



 Otwarta zastawka

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mijamy kładkę przed wsią Zaliwie i widać następną zastawkę, otwartą, którą przepływamy o 13:50.

 

 

Rzeka jest wąska, kręta, trzeba pokonywać zatory, głównie spowodowane przez bobry. Myślę, ze ich populacja powinna być już kontrolowana, spustoszenia wśród drzewostanu są ogromne, nakłady na odszkodowania i na ochronę przed nimi również. Rolnicy chronią drzewa owijając je warstwami grubej folii, bobry nie oszczędzają nawet sosen!

 

 

 Most Zaliwie - Mokobody











O godz 14:30 mijamy most Zaliwie - Mokobody.









 

 

 Zibi









Rzeka już się oczyściła i nie śmierdzi, płynięcie utrudniają tylko liczne powalone drzewa, które sprawnie mija Zibi



O 15:20 przepływamy pod metalową kładką, o 16:10 mijamy dużą wieś Wólka Proszowska i następną kładkę.
O godz. 16:30 stajemy na nocleg na łące przy lasku po przepłynięciu 25 km.

 

  

 

 

Następnego dnia rano budzą nas wędkarze, którzy przyjechali samochodem, szybko jednak odjeżdżają, ryb tu niewiele, woda płytka.

 


 

 

Łąka pokryta obfitą rosą.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Odpływamy ok. godz. 9:15 i niedługo mijamy ujście rzeki Kostrzyń, która zasila Liwiec swoimi wodami.








Od tego miejsca Liwiec staje się wyraźnie szerszy, potężnieje, mniej jest zatorów, można szybciej płynąć.

 Brzegi Liwca

 Brzeg Liwca

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

O godz 10:30 mijamy kościół i most w Wyszkowie a za mostem mały kamienny próg.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

O godz 12:30 mijamy zabudowania wsi Jarnice. Widać dwie wieże kościoła w Liwiu, o 13:10 dopływamy do zamku. Mijamy siedzących nad rzeką uczestników warsztatów malarskich malujących właśnie widoczny zamek. Naprzeciw zamku stajemy na krótki odpoczynek.









Płynąc dalej mijamy przyczółek zburzonej budowli, o 14:15 dopływamy do mostu Liw - Węgrów, mijamy reklamę zajazdu na Liwskich Mostach.






 

 

 

 

 

 

 

 

 

Po upływie pół godziny jesteśmy na zaporze w Węgrowie. Czeka nas trudna przenoska prawą stroną przez nasyp z ruchliwą ulicą. Po przeniesieniu kajaków Zibi idzie do pobliskiego sklepu na zakupy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

O godz 16:30 dopływamy do kolejnej, dużej zastawki Szemrowizna z podwójnym progiem.

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ok kilometra dalej na obszernej łące stawiamy namioty po przepłynięciu 30 km. Po toalecie, kolacji siadamy przy niewielkim ognisku, które rozpala Zbyszek. Rozchodzimy się jednak szybko, bo zaczyna padać deszcz.
Nad ranem słychać burzę, pada deszcz, czekamy aż wyschną namioty i o 10:30 odpływamy. O 12:20 most lokalny w Borzychach, trochę wcześniej ruiny mostu drewnianego.
















Przy zaporze małej elektrowni w Kalinowcu jesteśmy o 13:30.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niewygodna przenoska lewą stroną, przychodzi miejscowy pijaczek, szybko więc odpływamy mijając o 14:50 wiszące na linach kładki. Pogoda się psuje, padają przelotne deszcze, gdy pada bardziej chowamy się pod drzewami.
Mijamy zabudowania dużej wsi Sekłak o 16:10 mijamy Starowolę. O 17:00 stajemy na nocleg w ładnym miejscu przy brzozowym zagajniku. Znów zaczyna padać, ale namioty mamy już rozstawione a przepłynęliśmy 34 km.
Rano również pada, czekamy w namiotach na lepszą pogodę. Wreszcie w południe się przejaśnia, wychodzi nawet słońce i pomaga wysuszyć namioty. Odpływamy dopiero o 13:00 i po pół godzinie dopływamy do mostu koło Łochowa a później do mostu kolejowego. Na brzegach coraz liczniejsze domki letniskowe, pojawiają się płycizny, miejscami rzeka rozlewa się szeroko. Po lewej mijamy Urle, później most drogowy Wyszków - Łochów i po 17 km etapie stajemy przy wsi Nadkole.

 

 


Następnego dnia suszymy dokładnie namioty z porannej rosy.

 

 

 

 

 

 

Widzę po raz pierwszy w naturze hajstrę - czarnego bociana. Pokazuję zdjęcie, mimo, że nie jest najlepszej jakości, ale rzadki to widok.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

O 10:40 dopływamy do ujścia Liwca do Bugu.

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Stąd jeszcze 9 km do miejsca, gdzie się umówiliśmy z Tomkiem - synem Zbyszka.

 


O godz 11:30 mijamy nowy most drogowy przed Wyszkowem, o 11:50 most drogowy w Wyszkowie i w niedzielę w południe kończymy za mostem kolejowym, gdzie czeka na nas już Tomek i samochód. Tak przebiegł spływ Liwcem, przepłynęliśmy w sumie 124 km. Zbyszek okazał się dobrym towarzyszem w tej wędrówce. Jestem bardzo zadowolony, że przepłynąłem następną rzekę

Zdjęcia w porządku chronologicznym umieściłem w albumie Liwiec

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Wspomnienie

wtorek, 30 czerwca 2009 13:39

30 maj 2009
Przygotowałem zrobione kiedyś zdjęcie i dziś zamówiłem oprawiony Jego portret, który zawiśnie tam, gdzie przez ostatnie lata pracował w Bryńsku, jako dyrektor Górznieńsko-Lidzbarskiego Parku Krajobrazowego, gdzie zmarł 15 maja.


 Marian

  

Od chłopięcych lat biegaliśmy po "kocich łbach" ul. Ogrodowej. Wychowywany był przez ciocię  po śmierci w nieszczęśliwym wypadku obojga rodziców, gdy porażonego prądem męża starała się ratować żona. Niestety, zginęli oboje. Razem chodziliśmy do ... przedszkola w Strzelnicy czyli dawnym Domu Kultury, później do podstawówki i na wspólne wycieczki do Miejskiego Lasku, wyekwipowani przez Jego ciocię w butelkę zbożowej kawy i chleb ze smalcem. Przed maturą Marian zachorował i egzamin maturalny składał w sanatorium w Dzierżążnie k. Gdańska. Ożenił się z Elą - moją sąsiadką przez ścianę i balkon. Podjął pracę w dawnym Oddziale Transportu Leśnictwa i rozpoczął zaoczne studia na Wydz. Leśnictwa w Poznaniu zdany tylko na własne siły i samozaparcie. Przez cały czas, nawet gdy pracowałem w sierpeckim szpitalu mieliśmy wspólne dróżki, ścieżki, głównie nad jeziorami, w lasach. Gdy został dyrektorem Górznieńsko-Lidzbarskiego Parku Krajobrazowego zaczęliśmy się spotykać w szerszym gronie na "klasowych" ogniskach.
Dla młodzieży zamieszkującej okolice Bryńska organizował wakacyjne półkolonie. Wielką Jego pasją było żeglarstwo, był instruktorem, szkolił młodych miłośników tej dyscypliny sportu i turystyki. Ostatnio w rodzinnym gronie pływał po Adriatyku w Chorwacji.
   Przyjeżdżałem do Bryńska częściej, niż inni, gdy dzwonił, że kwitnie sasanka, lilia złotogłów czy orlik. Większość moich zdjęć przyrody powstała przy Jego pomocy, bo jak trafić do rosiczki okrągłolistnej, do storczyków czy żmiji zygzakowatej ?
Ostatnie moje z Nim spotkanie, było może troszkę zabawne, bo poszliśmy fotografować bobrowe żeremia. Łąka była jednak podtopiona i musieliśmy wracać, ale za to byliśmy świadkami wędrówek malutkich węgorzy w łąkowych strumieniach. Stąpając ostrożnie po kępach traw zobaczyłem, że Marian wpadł do bobrowej nory. Chciałem mu pomóc, bo błotnista woda sięgała do bioder, jednak oddał tylko aparat foto i domagał się nie pomocy a dokumentacji zdjęciowej.

 


 

Tych zdjęć już nie zobaczył. Nie wypiliśmy również tego, na co mnie 8 maja w ostatnim niestety mailu zaprosił:
"... Mam bardzo dobre piwo - "Dębowe Mocne" - i wódkę "Dębową" oczekuję poważnych i konkretnych propozycji. Marian"

    Została i ta wódka i wspólne plany i te ścieżki i niedokończone rozmowy i tyle dobra, które się zmarnowało i milczący mój akordeon i niezapalone ogniska i ... ta serdeczna łza.

 Za 3 dni wyjeżdżam na spływ kajakowy na Liwcu. Zawsze trud związany ze spływem komuś dedykuję i poświęcam, kogoś w ten sposób wspominam. Nigdy nie myślałem, że przyjdzie kolej na Mariana.
   Marian - Liwiec będzie Twój.
 Tylko dlaczego tak szybko ?

 

Postscriptum

 

W dniu 17 czerwca 2011 przy Ośrodku Edukacji Ekologicznej "Wilga" w Górznie odsłonięto tablicę poświęconą pamięci inż. Mariana Szulca. Niestety, nie wiedziałem o tej uroczystości, dlatego w niej nie uczestniczyłem.

 

   http://pu.i.wp.pl/bloog/93721639/45309068/DSCF8596_kopia_zF_big.jpg

  DSCF8597 kopia.jpg

 

 

A to zdjęcia zrobione 19-09-2014 w czasie wyjazdu ze Stasiem Mayerem

 

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 19 września 2017

Licznik odwiedzin:  90 987  

O mnie

Lubię turystykę kajakową,
fotografię i podróże.
GG:2290554

O moim bloogu

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  więcej...

Zapiski od roku 2009 wpisy początkowe  wpisy

 

Moje filmy

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 90987

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930